Moje serce zaczęło bić cztery lata temu w jednej z watach Hiszpanii,w czasie długiej, bezksiężycowej nocy ostatniego miesiąca roku. Pierwszą istotą, którą ujrzałem była wielka wadera o niebiesko-białym futrze, zaś drugą- biało-karmelowy basior. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że są to moi rodzice. Przez prawie następna dwa i pół roku wiodłem szczęśliwe życie, wypełnione niezmąconym szczęściem. Niestety po tym okresie wybuchła wojna, a ja jako młody, dobrze zbudowany wojownik musiałem opuścić rodzinną jaskinię i ruszyć na front, pozostawiając opiekę nad rodzicielką ojcu.
Po upływie pół roku, poseł przyniósł mi wiadomość o narodzinach mojej siostry-malej Callie. Natychmiast udałem się do dowódcy oddziału, aby poprosić go o pozwolenie na wrócenie na parę dni do rodziców i obejrzenie jej. Nie zgodził się, więc byłem zmuszony ruszyć z powrotem na pole walki. Teraz zabijałem już jedynie, aby przeżyć.Po następnym tygodniu spotkał mnie kolejny cios- straciłem ojca na polu chwały,a matka uciekła z Callie poza granice rodzimej ziemi przed czwórką napastników. Teraz już nic mnie tutaj nie trzymało, więc ... opuściłem front i udałem się samotnie na ich poszukiwanie, dobrze wiedząc, że nie mam po co wracać, gdyż zostałem uznany za tchórza i dezertera. To jednak mnie nie obchodziło, bo miałem ważniejszą misję do spełnienia- ocalić je przed wrogami.
Po upływie roku, w czasie którego straciłem już prawie wszelką nadzieję na ich ochronienie, dotarłem do wielkich bagien. Nie mając innego wyjścia, zacząłem się w nie zagłębiać, licząc na to, że może w którymś z nich zakończę swój marny żywot i dzięki temu połączę się z najbliższymi na Tęczowym Moście. Po przejściu paru metrów, wyłowiłem nikły plusk dochodzący z lewej strony. Natychmiast ruszyłem w tamtą stronę, a po chwili moim oczom ukazała się piękna, rudo-biała, skrzydlata, podobna do lisa, wadera, która poruszała się lekko niby nimfa. Dosłownie zabrało mi głos, ale jej na całe szczęście nie, bo zapytała:
-Kim jesteś i czego tutaj chcesz?:
-Na imię mi Ril, pochodzę z Hiszpanii i poszukuję miejsca na ziemi, w którym mógłby zapomnieć o pewnej sprawie.
-W takim razie dobrze trafiłeś, bo obecnie znajdujesz się na terenach należących do Watahy Krwawego Wzgórza. A tak w ogóle, to jestem Texsa.- przedstawiła się.
-Miło mi poznać.- powiedziałem z uśmiechem i dorzuciłem.- Piękne, niespotykane imię.
-Dziękuję, jeżeli chcesz mogę zaprowadzić Cię do Alf, tylko najpierw musisz wiedzieć o dwóch rzeczach.
-Słucham.
-Po pierwsze: szykujemy się do wojny, a po drugie-jesteśmy w żałobie po stracie jednej z córek Alf i matki jednej z tutejszych, rocznych wader imieniem Callie.- wyjaśniła.
Przez dłuższą chwilę patrzyłem na nią wytrząśnięty, nie mogąc uwierzyć, w to co przed chwilą usłyszałem. Czyżby moja siostra jeszcze żyła i była tutaj?! W końcu, upewniłem się:
-Powiedziałaś Callie?
-Owszem, ale o co....?- zaczęła, ale nie dałem jej dokończyć.
-Wspominała może, że pochodzi z Watahy Honorowej Walki, straciła ojca i ma na szyi pomarańczowy naszyjnik na czerwonej obroży, a przy tym włada żywiołem wody?! - wykrzyknąłem, czując , że zaraz pęknę z radości.
-Zgadza się.- potwierdziła.- Ale może wyjaśnisz mi o co chodzi?
- Jesteś aniołem nowej nadziei! Proszę, zaprowadź mnie do niej jak najszybciej, to moja siostra, którą znam jedynie z jednego zdjęcia, które udało mi się znaleźć w jaskini moich rodziców!
<Texsa, kontynuuj, proszę.>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zostaw po sobie ślad!