Nie wiedziałam, czy powinnam zostawać w watasze. Prawie nikt mnie tutaj nie znał. Byli tylko Texsa i Mojżesz, moi jedyni i zarazem najlepsi przyjaciele. Pewnego dnia postanowiłam zorganizować mały podwieczorek, na który ich zaproszę.
***
Przywitali się tradycyjnym gestem podania sobie łap. Przeszliśmy do mojej jaskini i zaczęliśmy jeść przyprawione ostro króliki. W pewnym momencie Texsa, która do tej pory siedziała cicho, jedząc swoją porcję, odezwała się, przerywając mnie i Mojżeszowi pogawędkę na temat tutejszej wilczej młodzieży.
- Tak właściwie, z jakiej okazji ten podwieczorek? - Zapytała.
- A jest w ogóle jakaś okazja? - Dodał Mojżesz, unosząc jedną brew. Obydwoje spojrzeli na mnie pytająco i z podniesionymi brwiami.
- Jest. - Rzekłam cicho.
- Jaka?! - Spytali chórem, lekko już zniecierpliwieni.
- Bo chciałam się was zapytać, czy jest jakiś sens, bym nadal należała do tej watahy...?
- Jest! - Wykrzyknął najpierw Mojżesz, a następnie moja przyjaciółka.
- W takim razie dlaczego powinnam tu zostać? - Zapytałam. Tym razem to ja uniosłam do góry jedną brew. Irytowało mnie, kiedy ktoś tak robił, a robili to bardzo często...
- Zobacz ile masz tu wspomnień... - Szepnął.
Poznanie Mojżesza, upadek Texsy, moje polowanie na bizony, zabawy ze szczeniętami... Już wiedziałam, że byłam głupia, i że zostanę tu już... na zawsze.
< Mojżesz / Texsa, jeżeli macie ochotę, któreś z was może dokończyć. >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zostaw po sobie ślad!