Na szczęście Patton i Lyx szybko to dostrzegli.
Lyx chwycił swój bas i zaczął grać [jego instrument potrafi zabijać, więc było to pożyteczne w tej chwili], a Patton śpiewał, co również pomagało mu w walce, zatem same plusy.
- Marsz wilków, serio? - Spytałem słysząc już kawałek melodii.
Idziemy razem, nas nie pokona nikt.
Przed wilczym stadem, już opór wszelki znikł.
Hejże wilki, hejże hola!
Litości niechaj nie zna brat!
Tu silne szczęki, silna wola
I zdobędziemy ... cały świat!
Potem przyłączyłem się do śpiewania.
Idziemy stadem,
Na świat nasz pada cień.
Wilczą gromadę dziś czeka wielki dzień.
To samo zaśpiewaliśmy kilka razy, ale dało to nam niesamowitego kopa.W prawdzie wrogowie dziwnie się na nas patrzyli, ale to ich dekoncentrowało, a ich dekoncentracja oznaczała łatwiejsze zadanie dla nas.
Byłem wściekły na siebie za to, że pocałowałem wtedy Merkury. Może za wcześnie? Może ona tak na prawdę nic we mnie nie widzi?
Biłem się z myślami, a parzy okazji z wilkami. Każdego jednego traktowałem jako osobne zagadnienie.
Siałem terror i zniszczenie na polu walki i po pewnym czasie przestałem o tym myśleć - musiałem się skupić na najważniejszym - na przeżyciu. Ale czy to właściwie jest tak ważne jak Merkury...? Nie, ona jest ważniejsza.
Ale co mogłem poradzić? Nie mogłem się dekoncentrować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zostaw po sobie ślad!