Chichot przerodził się w śmiech, a śmiech w głośny śmiech. Przyznam jednak, że ja też zacząłem się śmiać.
- Sama się o to prosiłaś! - Zawołałem i zacząłem ją gonić. Śmialiśmy się, kiedy beztrosko ganialiśmy się po łące. Mimo, że byliśmy już dorośli, wciąż siedziały w nas szczeniaki, a jeśli nasze dusze pozostały młode, to gnieździła się w nas również pozytywna, szczenięca energia. Przewracaliśmy się, śmialiśmy się, goniliśmy się i łapaliśmy... Chciałem, aby ta chwila trwała wiecznie. Potem poszliśmy na kocyk, który rozłożyłem. Położyłem się, a SnowStorm wtuliła się we mnie.
- Snow...? - Szepnąłem.
- Tak, Zaru? - Odparła.
- Ale nie mówiłaś na serio z tym opiekunem szczeniąt? - Spytałem z uśmiechem.
- Oj, głuptasie! No jasne, że nie! - Roześmiała się. - A ty żartowałeś z medycyną? Bardzo mnie to interesuje, wiesz?
- Tak, tak, wiem kochanie. Żartowałem. Jestem z ciebie dumy, że podjęłaś się takiego wyzwania. Najlepiej, ucz się od Ginewry.
- Dzięki za rady. - Rzekła, a ja pocałowałem ją lekko w nos.
- Kocham cię, wiesz? - Spytałem.
- Tak wiem. - Odparła, ciągnąc mnie lekko za ucho.
< SnowStorm? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zostaw po sobie ślad!