Szedłem przed siebie, a wiatr wiejący z północy, czesał moją sierść i rozwiewał grzywkę. Wiatr oprócz przenikliwego chłodu, przywlókł ze sobą jakiś znajomy mi zapach. Zapach wilka, ale nie umiałem zidentyfikować, jakiego. Z pewnością nie należy do watahy, ale chyba należał, bo woń była bardzo znajoma. I wtedy, po chwili zastanowienia, zerwałem się do biegu, by ją odnaleźć.
- Sidney! - Zawołałem, kiedy zapach stawał się silniejszy. Wiedziony instynktem, dotarłem do wadery, która mojej córki nie przypominała, ale istotnie nią była.
- Tato! - Krzyknęła i skoczyła do mnie. Przytuliliśmy się. - Tylko nie waż się mówić na mnie Sidney! Teraz jestem Frances. - Rzekła z dumą.
- Dobrze, Frances. Tak miło cię widzieć... Tyle lat!
- Wiele widziałam. Chcesz posłuchać?
- W streszczeniu. Muszę zawiadomić resztę rodziny.
- Pewnie. Więc. Byłam w Australii i potem zawędrowałam do Hiszpanii. Teraz znów jestem tutaj, w Ameryce. Tak się stęskniłam!
- Zwiedziłaś kawał świata. - Przyznałem.
- Ale nie odwiedziłam Francji...
- Twoja mama z pewnością zna drogę. Może w następnym miesiącu zorganizujemy ci jakąś podróż. - Rzekłem.
- Ok, byłabym wdzięczna. To co? Idziemy?
Poszliśmy więc po kolei do wszystkich członków naszej rodziny, by im powiedzieć, że Sidney wróciła w nowej odsłonie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zostaw po sobie ślad!