Dziś z samego rana zaczęły mnie brać bóle przedporodowe. Byłam bardzo szczęśliwa, bo mój brat miał już trójkę dzieci, ale przecież było ode mnie dużo starszy. Mimo wszystko, bardzo mu zazdrościłam. Byłam podekscytowana, że choć nie mam partnera, mogę być szczęśliwa. Swoją drogą, chyba zacznę sobie kogoś szukać. Ale kto by chciał samotną matkę z niesfornym szczenięciem? Żaden basior mnie nie zaakceptuje, a tym bardziej nie pokocha. Ale mówi się trudno.
- ''Ginewro... Już czas!'' - Wysłałam naszej alfie wiadomość, a ona po dziesięciu minutach była już na miejscu.
- Jak się czujesz, Kya? - Spytała.
- Źle... Nie uprzedzałaś, że to tak boli! - Odparłam.
- Już dobrze... - Uspokoiła mnie i przystąpiła do działania.
Po kilku minutach usłyszałam już cichutkie piski mojego dziecka, które było wycierane i suszone przez medyczkę.
- To samiczka... Prawda? - Spytałam.
- Nie zgadłaś. - Odrzekła, uśmiechając się. - To samczyk. Jest czarny jak noc.
Podała mi go do łap, a ja objęłam go delikatnie.
- Ale jesteś piękny. - Szepnęłam.
- Wybrałaś mu już imię? - Zapytała.
- Tak... To będzie Thunder. - Odparłam.
- Gratulacje. Ja będę się zbierać. Muszę wpaść na badanie kontrolne twej kuzynki i jej syna, Spark'a.
- Urodziła? Jak super! Pogratuluj jej ode mnie. - Rzekłam, a wadera kiwnęła głową i wyszła, a ja mogłam nacieszyć się Thunder'em.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zostaw po sobie ślad!