

- Może spacer? - Zaproponowała Roxy pewnego razu.
- Okej. - Odpowiedziałam niczego nieświadoma. Z resztą ona też o niczym nie wiedziała...
Kiedy wolnym krokiem, rozmawiając i śmiejąc się, szłyśmy przez las, z mroku gęstych, dwustuletnich dębów i kilku młodych, ciemnych świerków, wyskoczył jakiś wilk. Rozpoznałam w nim brata Roxy, Ty'a, który miał zostać alfą, ale rada uznała, że jego młodsza siostra, czyli wadera mi towarzysząca, która teraz skamieniała ze strachu, ma nią zostać. Był wściekły. Wiedziałam, że chciał ją zabić tylko po to, by odziedziczyć stanowisko po rodzicach i wyeliminować jedyną konkurentkę. Nim zdołał wykonać ruch, odepchnęłam go i zaczęliśmy walczyć. Moja przyjaciółka nic nie robiła, nawet nie uciekała. Wybałuszyła tylko oczy, a łapy i ciało odmówiły jej posłuszeństwa. Kiedy wilk mnie unieszkodliwił, byliśmy oboje we krwi, ale ja leżałam ciężko na ziemi, natomiast on zatapiał zęby w tętnicy mojej przyjaciółki. Zaśmiał się, puszczając jej gardło i odbiegł. Wezwał alfę i uparcie twierdził, że to ja zabiłam Roxy, a on chciał ją chronić i jeszcze ucierpiał. Nie dali mi dojść do słowa. Moich rodziców skazano na banicję, ale nie mieli mi tego za złe i za to byłam im wdzięczna. Oni po prostu wiedzieli, że to nie ja zabiłam Roxy, bo zrobiłabym to bezpodstawnie, a nigdy nie zabiłam nikogo dla przyjemności. W ogóle nikogo nie zabiłam! Próbowałam to udowodnić, ale na próżno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zostaw po sobie ślad!