Szłam sobie brzegiem jeziora, zresztą jak zwykle kiedy jestem zamyślona. Przysiadłam nad brzegiem. Głośno westchnęłam.
-Hej!-usłyszałam za sobą znajomy głos. Odwróciłam się z uśmiechem.
-Cześć, Mada.-powiedziałam. -Co tam?
-A nic. Przyszłam cię, gdzieś zabrać.-powiedziała tajemniczo. Po chwili pochwyciła mnie w swoje łapy. Wzbiła się w górę.
-Maaadddddyyyyyy...-powiedziałam machając łapami w powietrzu. Przyjaciółka spojrzała na mnie.
-Nie wierć się.
Wkrótce wylądowałyśmy na polanie. Maddy zaprowadziła mnie, za drzewo. Zasłoniła mi oczy łapami.
-Co ty kombinujesz?
-Przekonasz się.
Odsłoniła mi oczy. Wokół mnie stało cała wataha. Wszyscy powiedzieli chórem:
-Niespodzianka. Sto lat! Sto lat, Whitney!
Wzruszyłam się. Przetarłam niezauważenie łapą łezkę.
-Ale skąd wiedzieliście?
-Dzięki, Madzie.-powiedziała wilczyca. Miała specyficzny styl i kolor sierści. Tak, to była Hekate. Podobno porozumiewała się z duchami i je lubiła, ale ja w to nie wierzyłam. Wyglądała na miłą.
-Tak, a Hekate to przygotowała.-Maddy uśmiechnęła się.
-Och, dziękuje Mada i... Hekate.-powiedziałam ucieszona. Hekate kiwnęła głową.
Rozejrzałam się dookoła. Wszystko wyglądało przecudownie. Na drzewie wisiały pióra różnego koloru. Na sznurkach wisiały... także pióra. Nawet postawili jeden wigwam, czyli indiański namiot. Był z bułanej skóry, a po bokach miał niebieskie i czerwone paski.
Dopiero teraz, że każdy z wilków miał w grzywie, wpięte małe piórko. Niektóre miały znaki na pysku, zupełnie jak Indianie! Wyglądali odlotowo.
-Chodź.-Hekate pchnęła mnie w stronę wielkiego tortu. Miał sześć warstw. Mienił się kolorami. Na samej górze znajdowała się świeczka, w kształcie numeru dwa. Widniał tam napis: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI URODZIN WHITNEY. Wzruszyłam się, ale nie chciałam płakać.
-No spróbuj.-zachęcała Maddy. Podeszłam bliżej do tortu. Gustaw ukroił mi kawałek i podał na liściu. Uśmiechnął się. Wilki patrzyły na mnie w skupieniu. Wzięłam kęs do pyska.
Na moim języku poczułam eksplozję smaków: jagody, borówki, mięta, orzechy. Ciasto było przepyszne. Z zadowoleniem oblizałam łapy. Przejechałam wzrokiem po zebranych. Wszyscy się do mnie uśmiechali. Odwzajemniłam ten uśmiech.
-Tort... jest boski.-powiedziałam do Gustawa. Wszyscy wiwatowali i świętowali. Wkrótce tańczyliśmy, śpiewaliśmy, wszyscy zaczęli mi składać życzenia.
Wkrótce dostałam prezenty. Gustaw dał mi miękką poduszkę do mojej jaskini, Ginewra medalion, przedstawiał wilka, od Maddy dostałam bransoletkę, zrobioną z drewna i z kryształkami w środku, zaś od Hekate magiczne pióro. Wszyscy obdarowali mnie wyjątkowymi prezentami. Nie zmieściłabym ich w mojej jaskini.
Najbardziej podobał mi się prezent od jednego wilka. Otóż dostałam od niego mały, świecący, pomarańczowy kamyczek. Podziwiałam wyszlifowanie kamyczka. Musiał włożyć w to wiele pracy i wysiłku.
Uszczęśliwiona pomogłam posprzątać przyjęcie. Zerwaliśmy sznureczki. Z drzewa zdjęliśmy piórka. Posprzątaliśmy jakieś "ekologiczne" śmieci, tj.: zużyte liście (służyły jako talerzyki). Rozłożyliśmy indiański namiot. Wkrótce polana wyglądała jak wcześniej.
-Szkoda, a było tak pięknie.-mruknęła Hekate. Maddy mrugnęła.
-Tak, ale cóż Hekate. Ważny był efekt.
-Masz rację.-Hekate rozchmurzyła się.
-Wiesz co, Hekate...-zaczęłam.
-Hmm...
-Zorganizuj mi na drugi raz urodziny.
-Ok, nie ma problemu.-zaśmiała się Hekate. Maddy przyłączyła się do niej.
Maddy i Hekate odprowadziły mnie do mojej jaskini.
Kiedy poszły położyłam się na posłaniu. Nie przypuszczałam, że czułam się taka wykończona. Natychmiast usnęłam.
Śniłam o moim przyjęciu urodzinowym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zostaw po sobie ślad!