Zanim się spostrzegłem, zacząłem traktować Whitney jak córkę. Czułem się do niej przywiązany. Miałem nadzieję, że Ginewra i Gustaw, pozwolą mi ''przygarnąć'' Whitney.
Tak też się stało.
-Tak się cieszę, Etan...-powiedziała wesoło Whitney. Pełna życia jak zwykle. Tylko ona potrafiła wywołać uśmiech na mojej twarzy.
-Ja też.... hmm... córko...-powiedziałem niepewnie. Whitney zaśmiała się.
-Wole jednak jak mówisz Whitney.
-Ja też. To byłoby trochę dziwne.
-Tak, bardzo.
Zaśmialiśmy się. Przypomniałem sobie o jednej ważnej rzeczy.
-Whitney, chodź ze mną.-powiedziałem. Posłusznie poszła za mną. Poszliśmy do mojej jaskini. Ze skalnej pułki, zdjąłem jasnoniebieską apaszkę. Podałem ją Whitney.
-Dla ciebie.-mruknąłem. Whitney rozpromieniona podziękowała. Zawiązałem jej prezent na szyji.
-Będzie pasowało mi do oczu?-spytała. Kiwnąłem łbem z przekonaniem. Whitney nastawiała uszu i podniosła dumnie ogon do góry.
-Naprawdę ci się podoba?
-Oczywiście, tatusiu.-zaśmiała się. Skrzywiłem się.
-Taki stary nie jestem...
-Ale taki młody jak ja, to też nie...
Pokiwałem łbem z politowaniem. Przed nami długa droga. Muszę nauczyć się, jak być ojcem, ale jak pogodzić pracę z ''córką''.
-Coś się stało?
-Nie, martwię się, że nie będziemy mieli czasu się widzieć.
Czemu? Ja jestem trenerem ,a ty wojownikiem...
-No. Ale mam tylko jedno stanowisko.-pomyślałem nagłos. -A ty masz chyba jeszcze jedno? Whitney kiwnęła głową.
-Tak, tropiciel...
-Masz bardzo dobry węch, więc nie ma co się dziwić...
-Uda nam się.-powiedziała Whitney z nadzieją.
Mam taką nadzieję. Zobaczymy co czas przyniesie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zostaw po sobie ślad!