Kolejny zwykły dzień w kanionie Colorado - orły nad głową, tętent kopyt zbliżającego się stada mustangów, wycie strażnika tego miejsca... Tak, kochałem ten kanion. Tu się urodziłem i wciąż codziennie przychodzę.
- Upały się skończyły! - Zakrzyknął najmłodszy z fenków, budząc mnie.
- Hmm? - Spytałem zaciekawiony, powoli wstając na równe łapy.
- Za kanionem jest rzeka, która właśnie wylała.
- Haha, to chodźmy. - Powiedziałem i pokierowałem rodzinę fenków ścieżką. Dotarliśmy na miejsce. Nareszcie mogliśmy zanurzyć swoje ścierpnięte od suszy języki w zimnej wodzie. Stanąłem na płyciźnie i zawyłem, by zwrócić na siebie uwagę.
- Moi drodzy przyjaciele, mam ważne ogłoszenie. - Powiedziałem. - Muszę opuścić dom i udać się na zachód. Zapytacie zapewne: dlaczego? Otóż tam podobno są takie istoty jak ja i chciałbym do nich dołączyć.
- Nie mamy ci tego za złe. - Odpowiedział ktoś z tłumu.
- Leć już. - Odparł założyciel stada fenków.
- Dziękuję. - Szepnąłem i pędem pobiegłem w stronę prawdopodobnie nowej watahy. Już na granicach ujrzałem piękną istotę.
- Dzień dobry. - Powiedziała miękkim głosem, a delikatny wiatr czesał jej sierść.
- Witaj, niewiasto. - Odpowiedziałem.
< Hekate? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zostaw po sobie ślad!