niedziela, 28 maja 2017

Od Arcun'a - C.D. Last Hope "Jak tu dotarłem?"


Chciałem pokazać Hope co oznacza strach. Prędko wzbiłem się ponad chmury. Czułem strach Last. 
- Gotowa? - Zapytałem nie czekając na odpowiedź, ponieważ wiedziałem, że będzie brzmieć: ,,nie''.
Przystanąłem w powietrzu. Samica wiedziała, co się święci. Złapała mnie mocno łapą za futro. Wtem runąłem w dół. Czułem, że wszystkie wnętrzności zaraz mi wyjdą górą. Jednak leciałem, znaczy spadałem tak szybko, że nie trwało to nawet pół minuty. Bezpiecznie wylądowaliśmy...w wodzie. Byliśmy mokrzy. 
- Czy ty ogłupiałeś?! - Krzyknęła Hope.
- Nie, chciałem pokazać Ci, co oznacza adrenalina - Tłumaczyłem się.
Zaczęliśmy się śmiać. A z racji tego, że byliśmy w wodzie, ochlapałem samicę. Ta odpłaciła mi się tym samym. Zaczęła się bitwa. 

***

Czuliśmy się szczeniakami. Jak takie dzieci. Śmiech plus woda plus dwa wilki? MASAKRA. Raz niemal zachłysnąłem się wodą podczas jednej z głupawek.

***

Gdy nastąpiłem na kamień, który znajdował się na spodzie bajorka, poślizgnąłem się i wpadłem na samicę, która stała naprzeciwko mnie. Nie zdążyła się odsunąć. Na szczęście byliśmy na brzegu, ponieważ nie mogłem się zczołgać z wadery. Utopiłaby się. Ale od pasa w górę była na brzegu. Z resztą tak jak ja. Było mi trochę wstyd. Na pewno dziwnie to wyglądało. Jednak nikogo nie było, prócz nas. 
- Arc, złaź ze mnie bo się uduszę - Zaśmiała się.
- Myślisz, że to łatwe? - Mruknąłem.
Nie wiem czy serio udusiłaby się. 
- Bo Cię zepchnę i... - Zacięła się.
Jak na złość i z jednej, i z drugiej strony były skały. Nie szło stoczyć się ani w lewo ani w prawo. Nijak. 
- No właśnie - Mruknąłem równie niezadowolony z zaistniałej sytuacji. - Nie ma jak.
- Mam wstać?
- Nie, bo złamię kark.
- No to jak zejdziesz?!
- Nie wiem - Burknąłem.

< Last Hope? Niezręcznie, nieprawdaż? xd >

Od Ivy - Żywa dla siebie, martwa dla innych, część 3


Stałam w promieniach popołudniowego słońca, zastanawiając się nad dalszym rozwojem wydarzeń. Bezradność, która jeszcze przed chwilą grała pierwsze skrzypce w moim umyśle zaczęła przeistaczać się w uczucie do tej pory nie znane. To był pierwszy raz, kiedy poczułam nienawiść, zaraz potem obrzydzenie i wściekłość... Każde z tych uczuć było skierowane w stronę mojej już dawnej watahy, oraz matki, która zdradziła mnie bez najmniejszego zawahania. Ruszyłam przed siebie, co chwile smętnie zawodząc . Wiedziałam, że to ściągnie osobniki ze stada panującego na terenach dookoła jaskini, i dużo się nie pomyliłam. Po kilku minutach byłam otoczona przez samców z Alfą na czele. Każdy z nich dysponował odmiennym żywiołem, tak, aby skontrować ewentualną przewagę przeciwnika. 
- Należysz do ludu podziemi? - Zapytał czarny samiec wysuwając się bliżej środka okręgu, który utworzył wraz z resztą wojowników. 
- Należałam, i mam dla was pewną propozycję... - Powiedziałam spoglądając w zaciekawione ślepia basiora. 
- Miejmy nadzieję, że twoja propozycja przekona mnie, abym cię nie zabijał - Odpowiedział zatrzymując się. 
- Wskażę wam wejście do kryjówki tamtej watahy. Wiem o niestrzeżonym przejściu, jednak trzeba będzie trochę się ubrudzić - Powiedziałam wskazując łbem w stronę, z której przybyłam. 
Alfa zaczął rozważać moją propozycję, gdy odezwał się inny wilk. 
- Z całym szacunkiem, to może być pułapka. Pozwól mi wziąć swój oddział i wyruszyć. Jeśli mówi prawdę, pozbędziemy się intruzów... jeśli nie, będziesz wiedział gdzie się znajdują. 
Ruszyliśmy niecałą godzinę później.

***

- Kurwa mać... - Kolejny wilk otarł się o coś przypominającego smar lub smołę. Uśmiechnęłam się pod nosem. 
- Jeśli się nie zamkniecie to my będziemy mieć niespodziankę - Upomniał go dowódca, kierując przy okazji uwagę do reszty drużyny. Dotarliśmy do ciemnego, zapleśniałego pomieszczenia, po wyjściu z kanału wentylacyjnego usłyszałam jedynie ciche stęknięcia. Faktycznie, ból grzbietu dawał się we znaki. 
- Zanim zaczniemy... dlaczego to robisz? - Zapytał przywódca.
- Zdradzili mnie... odebrali mi godność i wiele więcej... nie pozostanę im dłużna. 
W tle rozchodziły się odgłosy wieczornej modlitwy. Tym razem prowadził ją mój przyjaciel. 
- Osobiście uważam, że Alfa by cię o to nie zapytał, ale... jaka jest twoja cena? 
- Hm? 
- Czego chcesz? - Powtórzył jeden z zabójców. 
- Pozwolicie mi odejść, nie zabijecie wilka stojącego na podwyższeniu. Alfa naszego stada znajduje się w oznaczonym na zielono pokoju...
- Z czego wynika to zawahanie? 
- Pozwolicie mi policzyć się z moją matką.
Wszystkie samce, które mentalnie z pewnością były przygotowane na potyczkę przeniosły wzrok na ich generała. 
- Określę to w ten sposób, jeśli uciekniesz nim zabijemy ostatniego z tego stada, będziesz wolna... jeżeli znajdziesz swoją matkę szybciej niż któryś z moich wojowników, będziesz mogła się z nią rozprawić... a co do twojego przyjaciela... nie mogę obiecać, że go oszczędzimy. 
To, co usłyszałam nie do końca mnie satysfakcjonowało, jednak wiedziałam, że dostałam bardzo dużą szansę. To właśnie wydarzenia z najbliższej godziny były moim prawdziwym testem... testem na przetrwanie. Atak zaczęliśmy od podziału na grupy i rozmieszczenie ich po głównej jaskini tak, aby odciąć ewentualne drogi ucieczki. Symbolem do rozpoczęcia walk miał być wybuch pomiędzy modlącymi się wilkami. Wraz z przywódcą grupy uderzeniowej potwierdziliśmy obecność alfy w jego jaskini, a gdy tylko to nastąpiło Second - bo takim pseudonimem zwracali się wszyscy jego podwładni - zamienił wyglądem stworzonego przeze mnie klona oblepionego bombami dymnymi. Ustawiliśmy się na dogodnych pozycjach, przy okazji wypatrzyłam swoją rodzicielkę, o czym nie zapomniałam poinformować Second'a... co skwitował tylko znikomym kiwnięciem łba. 
- Zaczynaj... - Wyszeptał.
Zgodnie z planem, podrabiany samiec alfa wyszedł zza rogu, po czym najszybciej jak tylko mógł wbiegł w tłum. Pierwsza woń krwi, okrzyki zdziwienia i przerażenia dotarły do mnie, gdy pod strop jaskini wzbiła się biało-czerwona chmura dymu... bardziej jednak przypominająca bryzę. 
Zadbałam o to, aby mój wytwór dosłownie przytulił się do najlepszego wojownika w stadzie... efekt jednak był o wiele bardziej brutalny, niż się tego spodziewałam. Coś mignęło przed moim pyskiem, chwilę później dostrzegłam, że był to Second, rzucający się w wir walki. Za pomocą igieł wspięłam się na środek sufitu, po czym błyskawicznie zlokalizowałam moją matkę. Skoczyłam w jej stronę, aby po raz ostatni spojrzeć w jej obleśne oczy. Ruszyłam za nią, jednak zrobiłam to o kilka sekund za późno. Stalowe drzwi prowadzące do sypiali zamknęły mi się przed nosem. 
- *Myśl... myśl Ivy... *- Powtarzałam sobie co chwilę czując ocierające się o mnie, uciekające, przerażone wilki. 
Olśniło mnie po niecałej minucie. Zmieniłam swoją formę po czym powoli wpełzłam do środka formując swoje ciało. Ku uciesze przerażenia wymalowanego na pysku mojej rodzicielki... powstałam w akompaniamencie szybkiego oddechu i dziwnego westchnienia ulgi. Jednak nie przyszłam w odwiedziny...
- Ivy, kochana, co ty tu ro... - Jej wypowiedź przerwała "igła" przebijając się przez przeponę. Następne dwie zrobiły to samo , jednak tym razem wbijając się w ramiona i przyszpilając tą obłudną sukę do ściany. 
Dyszała...
Szlochała...
Próbowała się uwolnić, gdy do niej podchodziłam. 
- Już nie jesteś moją matką... - Wyszeptałam... - A ja nie jestem twoją córką! - Wrzasnęłam kierując czwartą i ostatnią igłę prosto między jej przerażone, zapłakane ślepia... wyrażające jedynie chęć złapania oddechu i obmówienia kolejnej bezsensownej modlitwy. Woń krwi dotarła do mego nosa, a widok czerwonej cieczy praktycznie ciurkiem spływającej na metaliczną podłogę tylko zwiększył uczucie dopełnienia zemsty. Zemsty za tak bezkarne odrzucenie mojej osoby... zmieszanie jej z błotem i sponiewieranie na oczach całego stada! Wróciłam do głównej jaskini, tam natomiast ujrzałam coś co momentalnie ostudziło moją zagotowaną krew. Większość jednostek leżała martwa lub dogorywała... Obcych wojowników już nie było, najpewniej poszli w głąb bazy szukając uciekinierów. Postanowiłam wyjść przez główną bramę... Stąpałam po kałużach, których większą część nadal stanowiła woda... jednak nie przypominały jej w najmniejszym stopniu. Szarpnęłam za uchwyt otwierając wejście dla światła odbijanego przez księżyc... księżyc, który ukazywał mi swój piękny kształt.
Zawyłam, jednak wycie to nie przypominało zwykłego śpiewu podczas pełni. Był to okrzyk, okrzyk przepełniony wściekłością, radością i satysfakcją. Świadczył o tym, że na prawdę opuszczam ciepłe gniazdko i wyruszam w świat... Na moje wycie odpowiedział inny głos. Był to alfa, a po kilku sekundach obok srebrnego globu gwiazdy utworzyły napis "Jesteś wolna". Wiedziałam, że to jego robota... zawyłam raz jeszcze, naciągnęłam zdjętą opaskę, po czym ruszyłam w stronę wschodzącego słońca. 

C.D.N.

Od Silent Fear'a - C.D. Altheny "Brak spokoju"


Ciepłe mięso, jeszcze cieplejsza krew... Jedzenie jest bardzo podniecającą czynnością. Kochałem zabijać, a potem jeść. Tak, by lało się dużo krwi, a mięso rwało się niczym kartka papieru. Naprawdę, jedzenie było dla mnie czymś bardzo ważnym, prawie równie ważnym, jak zabijanie. A jedzenie w towarzystwie Altheny było jeszcze lepsze. W sumie, szczerze mówiąc, lubiłem towarzystwo innych wilków, a przynajmniej takich, które mi podchodzą. Althenę polubiłem niemal od razu, kiedy przekonałem się o jej charakterze z obserwacji jej zachowania, jednakże rozmawianie z nią i spędzanie wspólnie wieczoru pozwoliło mi poznać tajemnice, jakie skrywała w sobie. Nie chciałem ich wykorzystać do niczego, po prostu wciąż pozostała we mnie szczenięca ciekawość. Kochałem dowiadywać się nowych rzeczy, a Althena, jako że była ciekawą osobą, zaliczała się do istnej kopali nowych informacji.
 - Zabraliście mi go sprzed nosa - Rzekła oschłym tonem wilczyca, którą przed chwilą wyczuliśmy, a następnie wyłoniła się zza krzaków. Rozpoznałem w niej Withered Rose, najnowszy "nabytek" naszego Klanu. Dołączyła już jakiś czas temu, jednak nikt nowy nie dołączał do Cecidisti Stellae, tak więc wciąż była tą najnowszą.
Jak było widać, nie tylko my mieliśmy ochotę na jedzenie. Normalnie w życiu bym się nie podzielił, jednak relacje miedzy członkami Klanu należy pielęgnować. Jesteśmy na siebie skazani i powinniśmy trzymać się razem, bo gdy wróg zaatakuje, wszystkie uczucia, jakie żywimy do innego wilka będą musiały zniknąć. W Klanie trzeba sobie pomagać, szczególnie gdy jest taki mały. Oczywiście chciałem oddać Withered Rose część naszej zdobyczy, jednak przed oficjalnym powiedzeniem jej tego, popatrzyłem badawczo na Althenę, a ta skinęła głową, dając mi jasny sygnał, że powinienem zrobić to, co myślę.
 - Skoro tak mówisz, to dosiądź się - Powiedziałem. - Mięsa wystarczy dla trójki. 
 - Tak w ogóle, to cześć - Rzekła With, usadawiając się obok mnie, a następnie wgryzając w mięso. - Widzę, że nie tylko ja nie umiem spać.
 - Wydaje mi się, że nikt nie śpi - Stwierdziła Althena. - W naszym Klanie wszystkie osobniki prowadzą nocny tryb życia, z tego co się orientuję.
 - Ciekawe jak jest w innych Klanach... - Westchnąłem, pogrążając się w myślach. Wyglądało na to, że teraz będziemy siedzieli w trójkę, co bardzo mi się podobało. Coraz bardziej lubiłem towarzystwo, normalnie najpewniej odgoniłbym Withered Rose, jednak rozbicie Watahy na Klany mocno podziałało na moje podejście do innych wilków, szczególnie tych z Cecidisti Stellae - bo reszty wciąż nienawidziłem.

< Withered Rose? A może Althena? >

Od Savior'a - C.D. Inez "Wybawienie? Czyli jak tu dotarłam"


Szedłem spokojnie ścieżką na kolejny obchód terenów. Naprawdę kochałem to robić i czułem się dobrze chodząc po terenach Viridi Agmen, gdzie przeważała uspokajająca mnie, wspaniała zieleń, a ptaki śpiewały wesoło przy akompaniamencie szumiących drzew. Wszystko było dla mnie idealne właśnie w tamtej chwili. Kompletnie się wyciszyłem, zamknąłem oczy i szedłem dalej zdając się na swoje pozostałe, wówczas wyczulone zmysły. Do moich uszu dochodziły przyjemne dźwięki lasu, moje łapy czuły ściółkę i wiedziały, gdzie mają iść, natomiast węch... węch wyczuł wilka. I to nie byle jakiego - tego wilka jeszcze nigdy nie czułem, więc musiał być obcy. Tak więc musiałem przerwać swoją chwilę relaksu i przyjemności i zadbać o bezpieczeństwo mojego klanu, szczególnie że na jego terenie znajdowały się szczenięta, które stanowiły o wiele łatwiejszy cel. Udało mi się zlokalizować intruza dosyć szybko, już po chwili miałem przed sobą ciemną wilczycę z zasłoniętymi przepaską oczami. Nie wiedziałem, czy ma to tylko dla ozdoby, czy po prostu jest ślepa i wolałem o to nie pytać. W każdej chwili byłem gotów do zaatakowania wadery, choć wyglądałem spokojnie, każdy mój mięsień był napięty i gotowy do wykonywania pracy. Wydawało mi się, że się mnie boi, lub bardzo nad czymś myśli. Przyjęła dumną postawę, jednak już po chwili skuliła się, co bardzo mnie zdziwiło. Wydawała się zagubiona i niezdecydowana. Ostatecznie, odezwała się i powiedziała, że chciałaby dołączyć do tego Klanu. Wtedy zrozumiałem, że domyśliła się, iż jestem Alfą i po prostu się zestresowała. Po zadaniu pytania, spojrzała na mnie kątem oka, a ja uśmiechnąłem się szczerze.
 - To dobrze się składa, bo jestem Alfą tego Klanu - Odpowiedziałem. - Mam na imię Savior.
 - Nazywam się Inez - Odparła i wyczekiwała na dalsze wydarzenia.
 - Nie ma problemu, Inez, chętnie cię przyjmę, jednak potrzebuję podstawowych informacji o tobie. A właściwie tylko jednej, chciałbym wiedzieć skąd pochodzisz i jaka jest twoja historia.
 - Tak więc pochodzę z Włoch - Zaczęła wilczyca, jednak lekko się zacięła. Chciałem jej pomóc.
 - Pewnie piękne miejsce - Rzekłem. - Chciałbym je kiedyś odwiedzić.
 - Tak, jest piękne, jednak jest tam bardzo ciepło. W skrócie, moi rodzice mnie odrzucili, bo byłam słaba. Przeżyłam parę przygód jako szczeniak. Przeżyłam wojnę, jednak moja wataha ją przegrała, więc musiałam dołączyć do wroga. Uciekłam stamtąd... Znów kilka przygód. I oto jestem.
 - Nie miałaś łatwo w życiu - Westchnąłem ciężko, podsumowując wywód wilczycy. - Zostajesz przyjęta. Oprowadzę cię po terenie i znajdziesz sobie jaskinię. 
 - Już zdążyłam trochę zobaczyć... 
 - Dobrze, więc pokażę ci tą część, której nie widziałaś. A jakie chciałabyś piastować stanowisko?
 - Chciałabym być alchemikiem.
 - Nie ma problemu. W takim razie chodźmy.

< Inez? >

Od Last Hope - C.D. Arcun'a "Jak tu dotarłem?"


Ta sytuacja coraz bardziej mi nie odpowiadała, choć jednocześnie i bawiła. Na początku naszej znajomości Arcun nie przypadł mi do gustu, jeśli dla niego każda wilczyca ma zachowywać się jakby była z porcelany, nie mogliśmy zostać przyjaciółmi. Jednak teraz chyba zrozumiał, że właściwie taki gatunek wilczyc jest na wymarciu - większość wader, które przyszło mi poznać potrafiły sobie upolować jedzenie, no bez przesady. Rozumiem, że uchodzimy za tą słabszą płeć, jednak są to nieco przestarzałe poglądy. Ja osobiście nie uważałam się za słabszą od basiorów. Na szczęście Arcun załapał o co chodzi i jak mniej więcej ma mnie traktować, abym nie wydrapała mu oczu.
 - Jestem już zmęczona - Powiedziałam, szukając jakiegoś argumentu, który przekonałby Arcun'a o zaprzestaniu dalszego lotu, ten jednak czuł się niewzruszony.
 - To teraz masz szansę, żeby odpocząć - Zaśmiał się, po czym jeszcze bardziej przyspieszył.
Lekko wirowało mi w głowie, jednak starałam się to ignorować, gdyż czynność latania była czymś bardzo interesującym, i jak się okazało, również przyjemnym. Nie myślałam, że kiedykolwiek będę latać. Co ciekawe, Arcunowi nie wyrosły skrzydła po wypowiedzeniu odpowiedniej formułki. Po postu wzbił się w powietrze i leciał.
 - Zastanawiałeś się kiedyś jak to jest mieć skrzydła? - Zapytałam, rozluźniając się.
 - Na pewno byłoby to komfortowe - Zaczął. - Wiesz, latasz kiedy chcesz. 
 - A z twoją umiejętnością tak nie można? Musisz czekać jakiś czas, aby lecieć?
 - Niby nie, ale używanie mocy męczy, sama wiesz - Odpowiedział. - Poza tym, lot kiedy ma się skrzydła, wygląda jakoś... ładniej.
 - To prawda - Przytaknęłam. - Ja lecę pierwszy raz w swoim życiu.
 - I może nie ostatni - Uśmiechnął się.
 - Nie wiem czy będę chciała to powtarzać - Westchnęłam. - Szczerze powiedziawszy, trochę się boję.
 - Ty nie wiesz co to strach! - Zaśmiał się. - Zaraz ci pokażę co to znaczy naprawdę się bać.
Lecieliśmy coraz wyżej i wyżej, miałam już powoli dosyć. Mówiłam Arcunowi, że już wystarczy, jednak ten był nieugięty. W końcu nie widziałam już nic, otaczały mnie same chmury. Wtedy wilk powiedział, bym mocno się złapała. Nie wiedziałam co zamierza...

< Arcun? >

Od Altheny - C.D. Silent Fear'a "Brak spokoju"


- Mam to potraktować jako komplement? – zaśmiałam się, a on wywrócił oczami
- Jak chcesz, ale zapomniałaś o głównej treści przekazu. Zbieramy się?
- Ok... – odparłam, po czym wstaliśmy i ruszyliśmy przed siebie. Nie wiedziałam, dokąd idziemy i Silent chyba również nie kierował się w jakieś konkretne miejsce.
Nie spodziewałam się po nim takiego „zwierzenia”. Nie wyglądał na ufnego wilka, zastanawiało mnie więc, dlaczego pozwolił mi dowiedzieć się czegoś tak istotnego. Możliwe że tak jak ja uważał, iż członkowie klanu – nawet tak wredni – powinni być jakkolwiek ze sobą związani. Według mnie to jest bardzo dobre, o ile wiadomo, gdzie jest granica. Z jednej strony ułatwiało to współpracę w walce, ale z drugiej klęska innego osobnika mogła negatywnie wpłynąć na innego. A to już nie jest ani trochę dobre, chyba, że wzbudziłoby to nienawiść i zmotywowało do dalszej walki. Na szczęście, naszemu klanowi nie groziło takie ryzyko. Chyba żadnemu z nas nie zależało na posiadaniu „sterty przyjaciół”...
- Co powiesz na małe polowanie...? – zapytał, wyrywając mnie z zamyślenia
- Em, pewnie... – odpowiedziałam, przyśpieszając kroku. Nie zwracając na niego uwagi, uniosłam głowę i węszyłam w poszukiwaniu zapachu jakiejkolwiek większej ofiary. W pobliżu jednak nic nie wyczuwałam. Nadal nie patrzyłam na mojego towarzysza, ale czułam na sobie jego wzrok
- Co ci jest? – ponownie się odezwał, gdy w końcu natrafiliśmy na ślad czegokolwiek. W końcu zwolniłam, lekko zawiedziona. Sarny – znowu...
- To samo co nam wszystkim – odparłam, sama nie wiedząc, co mi odbiło. Przez chwilę to ja czułam się jak ofiara, bezmyślne stworzenie. Musiałam się ogarnąć i znów zachowywać normalnie – Albo księżyc... Z resztą, nie ważne. Idziemy po te sarny czy szukamy czegoś innego?
- Mi obojętne...
- Świetnie. Więc skoro ci obojętne, to idź poluj na sowy – mruknęłam złośliwie, po czym ponownie wywrócił oczami i ruszył w kierunku, z którego dochodził zapach stada. Był on dość mocny, więc nie musieliśmy się spieszyć.
Niewiele później naszym oczom ukazało się dość pokaźne stado. Jednak mój wzrok przykuł duży samiec z wielkim porożem. Mimowolnie uśmiechnęłam się na ten widok
- Chcę go – mruknęłam, i nie czekając na Silenta, zaczęłam skradać się w jego stronę. Jeleń był czujny, jednak na pierwszy rzut oka widać było, że to jeszcze niezbyt doświadczony osobnik. Wykorzystałam to i gdy tylko odwrócił się i zaczął powolnie odchodzić, ruszyłam do ataku. W mgnieniu oka rzuciłam się na niego, próbując zacisnąć swoje szczęki na jego szyi, minimalnie jednak chybiłam. Kątem oka zauważyłam jak Silent jest tuż obok i usunęłam się z jego drogi moment przed tym, jak z całą swoją siłą skoczył na jelenia, przewracając go. Wtedy ponownie wkroczyłam do akcji i skoczyłam przednimi łapami na szyję zwierzęcia, wbijając w nią pazury i dusząc go. Dla nas obojga to była bardziej zabawa niż polowanie, ale Silent mimo wszystko nie czekał, aż dobijemy stworzenie, tylko od razu zaczął posiłek, wgryzając się w jego brzuch. Jeleń ostatnimi siłami próbował się uwolnić, ale kilka sekund później padł, zwijając się z bólu.
Dopiero po chwili mój towarzysz przypomniał sobie o mojej obecności i odsunął się na tyle, abym również mogła dostać się do części lepszego mięsa
- Jakby co, zabieram łeb – powiedziałam, zabierając się do jedzenia. Silenta pewnie nie obchodziło, co mam zamiar wziąć dla siebie, a co nie, ale mimo wszystko wolałam dać mu to do zrozumienia.
W trakcie posiłku jednak usłyszeliśmy szelest w pobliżu. Oboje odwróciliśmy się w stronę, z której dochodził dźwięk i przyjęliśmy odpowiednie pozycje do ewentualnego ataku czy obrony. Dopiero po chwili jednak poczuliśmy znajomy nam zapach wilka...

< Silent? Kogo dołączymy do Party? :P >

Od Kristin - C.D. Savior'a "Jak tu dotarłam?"


- Cóż... Dla mnie nie ma to różnicy który z Was by mnie oprowadził - powiedziałam.
- Hmm... Skoro reszta jest zajęta to chodź ze mną - basior uśmiechnął się, po czym zaczął iść w głąb lasu.
Już po kilku sekundach wędrówki po lesie rozpadało się na tyle, by moje futro było całe przemoczone. Przez jedną, krótką chwilę zastanawiałam się, czy opłaca mi się biec do oddalonej o kilkadziesiąt metrów jaskini, ale zauważywszy ciemnogranatowe chmury wiszące nisko nad ziemią, szybko podjęłam decyzję.
Równym krokiem ruszyliśmy w stronę powalonego drzewa, które znajdowało się niedaleko nas. Gdy tylko weszliśmy do "pomieszczenia", burza rozpętała się całkowicie. Już nie zwracałam uwagi na coraz bardziej nasilający się deszcz; i tak byłam już wystarczająco przemoczona. Miałam tylko nadzieję, że nie zachoruję. Tylko wtedy mi tego brakowało.
Stał tuż przed wejściem i z dumnie uniesioną głową obserwował otoczenie.
- Tu nie jest tak źle... - odezwałam się w końcu.
- Mam rozumieć, że ci się podoba? - zapytał, odwracając głowę w moją stronę.
- Chyba tak - odpowiedziałam jak zwykle z uśmiechem. - Jest tu wystarczająco dużo miejsca... No dobra, bardzo dużo miejsca. Znajdzie się coś miękkiego do spania i będzie dobrze. A na razie chyba przeczekam tu tą burzę...
- Dobrze. Ja niestety muszę wracać do reszty. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała to będę niedaleko - uśmiechnął się. Dumnym krokiem podszedł do wyjścia, po czym opuścił mój domek. 
Zwinęłam się w kłębek na twardym podłożu i zaczęłam wsłuchiwać się w szum deszczu. Po chwili do tego doszły jeszcze grzmoty, a błyski piorunów rozświetlały wnętrze. Idealnie zdążyłam. Niecierpliwie czekałam na koniec burzy... 
Było juz po zachodzie, a to oznaczało, że wszystkie jeleniowate wyszły na polany, by się posilić. 
- *Może pójdę się po niej przespacerować? I tak nie mam nic lepszego do robienia tutaj.* 
Podniosłam się i opuściłam mój dom. Kierując się w stronę polany, przyglądałam się każdemu mijanemu przeze mnie drzewu. Po kilku minutach byłam u celu. Przyczaiłam się w krzakach na obrzeżach polany aby jelenie i sarny się nie spłoszyły. Obserwowałam zabawy małych jelonków, rozglądałam się także w poszukiwaniu roślin, które mogły by mi się kiedyś przydać. Zobaczyłam jedną z nich, tylko problem w tym że były one na drugim końcu polany, tuż za stadem. Świetnie, po prostu super! Pierwszy dzień i już utrudnienia! Ale no cóż... Muszę sobie jakoś z tym poradzić. Postanowiłam obejść polanę dookoła nie płosząc przy tym jeleni. Ruszyłam w drogę.

< Ktoś? >

Od Celty - C.D. Castiel'a "Patrząc w przód"


Wszystko mnie bolało, byłam wykończona, dosłownie jak zwłoki. Jak tylko Castiel wszedł do środka, uśmiechnęłam się do niego ciepło.
- Są cudowni, prawda? - nachyliłam się nad synami, trącając ich delikatnie nosami. 
- Skarby - mój partner usiadł obok mnie, dziękując po cichu Alfie, który nam pogratulował, a później się oddalił. - Tomoe i Moon - szepnął cicho, wlepiając w nich swój wzrok. - Są tacy tyci, tyci.. Tacy bezbronni. 
- Właśnie po to tu jesteśmy, żeby ich ochraniać - Polizałam go delikatnie po policzku. - Spokojnie, damy sobie radę, twoi rodzice nam pomogą, inni członkowie Klanu będą zachwyceni. Nic więcej do szczęścia nam nie trzeba - pomachałam wesoło ogonem. 
Miałam dzieci, wyjątkowego partnera. Mogłam się cieszyć swoją własną rodziną, teraz moim zadaniem było ją chronić od wszystkiego złego razem z Castielem. Tak oto minęło sporo czasu, szczeniaki wyrosły na tyle, by mogły poruszać się samemu w jaskini, wokół niej oraz z jednym z dorosłych trochę dalej. Bracia byli nierozłączni, wszystko robili razem, nawet jak coś zbroili to każdy stawał za drugim murem - jak tu ich nie kochac? Cud miód i malina. Wychowanie ich należało do o dziwo prostej rzeczy, czasami sprawiali kłopoty, jak to dzieci. Dziś postanowiliśmy się wybrać w czwórkę nad jezioro. Temperatura sięgała chyba powyżej dwudziestu siedmiu stopni, każdy z nas chciał zaczerpnąć zimnej, orzeźwiającej wody. Mało tego, dzieciaki mogły się pobawić, trochę popływać, a my byśmy mieli czas dla siebie. Zostawiłoby się ich na kilka sekund samych..Co mogliby zrobić? W końcu są mali, a jak się powie, żeby siedzieli na miejscu, to tak zrobią. Spojrzałam na swojego partnera, machając wesoło ogonem.
- Co się tak uśmiechasz? - spytał.
- A nic, tak tylko. Zaraz się chyba położę w cieniu, bo nie wytrzymam tego gorąca. Mam wrażenie, że zaraz się rozpuszczę... 

< Castiel? :3 >

sobota, 27 maja 2017

Od Clive'a - C.D. Estranged "Lodowa kraina"


Wpatrywałem się chwilę w  Estranged. Z łatwością można było stwierdzić, że była naprawdę urodziwą waderą. Tylko ślepy by tego nie zauważył. Przeleciałem ją wzrokiem, przyglądając jej się lepiej po raz kolejny z tym wyjątkiem, że wtedy byłem bardziej dyskretny.  Posiadała średni wzrost, średnie umięśnienie i średnią masę. Nie wyróżniałaby się niczym, gdyby nietypowe umaszczenie, które z pewnością zwracało uwagę, ale to na oczy zwracało się najbardziej uwagę.
— Idziemy? — ponagliła delikatnie mnie młoda Alfa, była lekko speszona.
— Tak — odparłem szybko, otrząsając się z zamyślenia. 
Opuściliśmy jaskinię. Estranged prowadziła, a ja kroczyłem wolno za nią. Szliśmy w milczeniu, choć odnosiłem wrażenia, że wilczyca parę razy chciała zacząć jakoś rozmowę, a w ostatniej wycofywała się z tego. Opanował mnie jakiś przypływ troski i postanowiłem wyręczyć waderę.
— Dosyć tu zimno — powiedziałem to, co pierwsze przyszło mi do głowy.
Nie było to zbyt błyskotliwe rozpoczęcie konwersacji.
— Emm... No tak — Uśmiechnęła się serdecznie, jednak widocznie była zmieszana moimi słowami. — W końcu zimowe tereny, prawda?
— Prawda — odparłem ze śmiechem.
Zazwyczaj trudno było przełamać pierwsze lody, więc ponownie nastąpiła niezręczna cisza, którą postanowiłem po chwili zostawić. Skoro rozmowa się nie kleiła, nie było sensu jej utrzymywać. Nieco się zawiodłem. 
Tereny powoli zmieniały się i z roległych nizin zaczęły zamieniać się w wyżyny, aż w końcu zaczęliśmy iść pod górę. Marsz szedł mi nieco trudno przez lewą łapę. Jej mięśnie męczyły się o wiele szybciej niż reszta ciała, była okropnie słaba. Zatrzymałem się, a Estranged nie słysząc moich kroków zatrzymała się. 
— Coś nie tak? — zapytała, podchodząc do mnie.
— Spokojnie. Po prostu moja łapa — Wskazałem na nią łbem, a widząc niezrozumienie na obliczu różowej wilczycy, dodałem: — Mam niedowład.
— Rozumiem, ale mogłeś mi wcześniej o tym powiedzieć — mruknęła, patrząc na mnie z lekkim zatroskaniem. 
— I co by to dało?
Estranged nie odpowiedziała, po prostu zwróciła łeb w stronę szczytów. Intensywnie nad czymś myślała. Po chwili znowu przeniosła wzrok różowych tęczówek na mnie. 

< Estranged? >

Od Alexis - C.D. Jason'a "Pierwsze kroki"

Poprzednie opowiadanie

 - Chodźmy nad Rzekę! - Krzyknęłam wesoło.
Cieszyłam się, że Jason postanowił zabrać nas na wycieczkę. Nasza rodzina powiększała się, ponieważ syn i jego partnerka dorobili się dwójki szczeniaków, tak więc zostaliśmy dziadkami. Jednak nie czułam się przez to staro, wręcz przeciwnie, dało mi to nowego życia. Obraliśmy kierunek na Nieskończoną Rzekę. Wiele rzeczy w moim życiu zmieniło się od czasu rozpadu na Klany, między innymi moja nienawiść do wody. Starałam się do niej przekonać, jednak jeszcze ani razu do niej nie weszłam. Zaraz po rozpadzie na Klany przemieniłam się, najpierw zmienił się mój wygląd, a z czasem również żywioły i moce, dzięki czemu już nie byłam wilkiem Ognistym, więc woda nie stanowiła dla mnie zagrożenia. Moje ciało już nie płonęło żywcem, a żywioły sprawiały, że nie musiałam się bać przykrych konsekwencji, jakie mogły mnie czekać po wejściu do wody. Tak więc, dziś postanowiłam spróbować i wejść pierwszy raz od praktycznie początku swojego życia do rzeki.
 - Kto popiera pomysł Alexis? - Zapytał Jason.
 - Skoro i tak idziemy w tamtą stronę, to wydaje się to dobrym pomysłem - Uśmiechnęła się Celty. Szczenięta szły już przed nami, ciesząc się, że ponownie będą mogły odwiedzić Nieskończoną Rzekę. Bardzo lubiły tamto miejsce. O dziwo, Castiel biegł tuż przy nich, zachowując się zupełnie jak szczeniak, co bardzo mi się podobało. Cieszyłam się, że ułożył sobie życie i znalazł wspaniałą partnerkę, przy której czuł się swobodnie i był choć trochę mniej wredny, wciąż pozostając sobą. Celty odkopała w nim pokłady dobroci, za co byłam jej bardzo wdzięczna. Cieszyłam się z takiej synowej. Ona i Cas obdarowali mnie wspaniałymi wnukami i mnóstwem szczęścia, dzięki któremu na nowo nabrałam chęci do życia i chciałam z niego czerpać jak najwięcej.
 - W takim razie nad Nieskończoną Rzekę! - Zakrzyknął Jason i wszyscy ruszyliśmy w tamtym kierunku, rozmawiając głośno, śmiejąc się i wygłupiając. Miałam nadzieję, że nie natkniemy się na Savior'a, który był raczej spokojnym przywódcą. Na pewno nie miałby nic przeciwko naszej wycieczce i hałasowi, jednak mimo wszystko wolałam go nie denerwować.
Nawet jako Beta miała dosyć słaby kontakt z Alfą naszego Klanu, w sumie tak jak wszyscy. Praktycznie nie wychodził ze swojego terenu, ciągle skakał gdzieś po drzewach i obserwował wszystko i wszystkich. Zastanawiałam się, dlaczego tak to wygląda. Chciałabym go lepiej poznać.
Dotarliśmy nad Rzekę. Szczenięta natychmiast pobiegły do strumyka i zaczęły się chlapać, natomiast reszta rodziny ułożyła się na brzegu, by odpocząć. Jason, widząc, że stoję nad brzegiem, lekko się przestraszył i podbiegł do mnie. 
 - Przecież boisz się wody - Powiedział.
 - Tak, ale chcę przełamać swój strach - Odrzekłam. - Teraz woda nie stanowi dla mnie żadnego zagrożenia. 
 - Rozumiem, w takim razie nie zatrzymuję cię - Uśmiechnął się mój partner i złożył na moich ustach pocałunek, ja natomiast zamoczyłam łapę w wodzie, powodując dreszcze na całym ciele. 
Nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji mojej decyzji...

< Moon >