niedziela, 29 października 2017

Od Endless - C.D. Silence'a "Cztery królestwa"


Zaskoczyło mnie jego pytanie. Było to niecodzienne, nawet z mojej strony, a co dopiero ze strony innych osób. Jego chyba nie spotkała taka klątwa, jak mnie...?
- Emmm... A więc, twoja sierść jest w połowie granatowa, a w połowie fioletowa. Wydaje się szorstka, krótka i bez specjalnego połysku. Jesteś dość przeciętnie zbudowany, i poza kolorem sierści nie wyróżniałbyś się zbytnio z tłumu... I pachniesz papierosami... Ale mimo wszystko wzbudzasz szacunek - dodałam, spuszczając głowę i czekając na reakcję mojego towarzysza. Nie odpowiedział on jednak, a ja powoli usiadłam na zadzie, czekając na jego reakcję. Mruknął coś tylko pod nosem, ale poza tym nie zwrócił się do mnie. Dopiero w tej wolnej chwili poczułam, jak pieką mnie łapy. Naprawdę mocno je sobie obtarłam, jednak należało mi się coś takiego.
Siedzieliśmy w ciszy przez długi czas. Ku mojemu zdziwieniu, około godzinę po ostatnich wypowiedzianych przeze mnie słowach Silence'owi udało się zasnąć, w przeciwieństwie do mnie. Po pierwsze, nie umiałam spać w pozie siedzącej. Po drugie, nie chciało mi się spać - a przynajmniej tak sobie mówiłam. A po trzecie, nie dostałam pozwolenia na sen. I to raczej był główny powód tego, że nie pozwoliłam sobie na chociażby krótką drzemkę.
Według wielu moje postępowanie mogło być uważane za chorobę psychiczną lub jakiś trwały uraz z przeszłości. Owszem, mogło tak być, jednak ja się czułam normalnie. Czułam się z tym wszystkim dobrze, pasowało mi życie podporządkowanej jednostki. Lubiłam być tą słabą częścią wszystkiego. Tą, której każdy zawsze chce się pozbyć
- Nie śpisz? - z zamyślenia wyrwał mnie dość straszny w takich okolicznościach głos Silence'a. Przeszedł mnie dreszcz a w oczach pojawił się błysk zaskoczenia, co chyba trochę rozśmieszyło mojego towarzysza
- Nie mogę...
- Dlaczego?
- Nie kazałeś mi... - wyjaśniłam, jakby to była najoczywistsza oczywistość
- To śpij - warknął w odpowiedzi. Skuliłam się, po czym grzecznie zwinęłam w niewygodny kłębek i zamknęłam oczy. Teraz już nie musiałam udawać przed nikim, że oczy mi się kleją. Nie zdążyłam nawet przeanalizować jego reakcji, a już odpłynęłam

Następnego ranka obudził mnie ten drapiący, irytujący zapach. Otworzyłam oczy, i od razu dostrzegłam, kto jest jego źródłem. Przed dziurą stał bowiem Silence i palił papierosa. Nie wiedziałam skąd je brał, jednak ten zapach bardzo drażnił moje płuca. Pod tym względem mogłam narzekać na swojego towarzysza. Skrzywiłam się lekko i kaszlnęłam, niecelowo zwracając na siebie jego uwagę
- Wstajesz już? - zapytał spokojniej niż wczoraj wieczorem. Spuściłam wzrok
- Nie wiem, czy mogę...
- A chcesz?
- Nie mogę chcieć - odparłam według jednej ze swoich zasad, co chyba ponownie go zirytowało
- To w takim razie wstawaj. Będzie z tobą dużo roboty - warknął, a ja momentalnie wstałam i do niego podeszłam. Chciałam zapytać, czy mam się ponownie skuć, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język aby nie denerwować go bardziej. "Zła Endless..."
Nie śpieszyło mu się wypalenie tego źródła smrodu, a gdy tylko to zrobił powoli ruszył przed siebie w tylko sobie znanym celu. Oczywiście znów zwiesiłam głowę i za nim podążałam, nadal odczuwając ból łap. Kilkanaście minut później udało nam się dotrzeć do granic - miejsca, gdzie się "poznaliśmy". Ciekawiło mnie, co zrobi dalej. Czy rzeczywiście mnie odprowadzi, czy może jednak zostawi?
Ale jednak bardziej interesowało mnie, czy w końcu się odezwie

< Silence? >

Od Shattereda - Obowiązki

Jako młody Alfa zdawałem sobie sprawę z moich obowiązków. Pomimo że inni mogli uważać moich rodziców za bezwzględnych morderców - co było oczywiście prawdą i byłem tego świadom - nie mogłem sobie wyobrazić kogoś lepszego na ich miejscu. Test na rodzicielstwo zdawali świetnie. Jednak ja swojej roli nie byłem w pełni pewien...
Od zawsze chcieli, abym wychowywał się bezstresowo. Natura jednak obdarzyła mnie inteligencją większą niż resztę. Nie dało się przede mną ukryć nadchodzącej wojny i tego, że nie mamy dużych szans na wygranie jej. Musiałem pomagać swoim rodzicom, a nie bawić się i ganiać za własnym ogonem, jak by tego chcieli. Rozumiałem, że żaden prawdziwy rodzic nie chce wciągać swoich pociech w niebezpieczeństwo. Taka była jednak kolej rzeczy, nie dało się tego uniknąć i uważałem, że im szybciej będę w stanie cokolwiek zdziałać, na cokolwiek się przydać tym lepiej.
Byłem już coraz starszy, bliżej było mi do dorosłości niż szczeniaka. Wylegiwanie się i zabawy z rodzicami coraz częściej zastępowały samodzielne treningi walki, polowania czy próby odkrycia moich mocy.
Niestety, byłem osobnikiem bardzo upartym i samodzielnym. Wzbraniałem się wszelkimi sposobami przed naukami u mistrza, którego nawet nie wybrałem. Rodzice coraz bardziej na mnie naciskali pod tym względem, ponieważ jakkolwiek bardzo mnie kochali, i tak musiałem zacząć i ukończyć trening z Wilczej Szkoły, jak każde szczenię. W sumie nie dziwiłem im się - bo jak to by wyglądało, gdyby potomek Alf nie wykonał ich postanowień? Nie miało to prawa bytu i decyzja ta ciążyła nade mną
To dzisiaj własnie miałem podjąć się pierwszego zadania. Znaleźć sobie mistrza. Po śniadaniu bowiem rodzice enty raz próbowali namówić mnie do zaprzestania samotnych treningów. Jak zawsze próbowałem przeciągnąć to w czasie, co dość podniosło mojej mamie ciśnienie. I takim oto sposobem wręcz wykopała mnie z naszej Twierdzy i zostałem sam z narzuconym mi zadaniem. Cóż mogłem począć?
Szczerze się przyznam, że niezbyt wsłuchiwałem się w rady rodziców co do wyboru odpowiedniego nauczyciela. Jednak do głowy wbili mi jedno - według nich najlepszym kandydatem na moje miejsce był Silent Fear. Zapewne posłuchałbym ich rad i udał się na poszukiwania go, jednak po poznaniu pewnej części naszego klanu znalazłem kogoś, kto odpowiadał mi znacznie bardziej, zważając na to iż Silent z tego co wiem posiadał już inną uczennicę. Tak więc skierowałem się w stronę Martwych Pustkowi, aby odnaleźć wilka imieniem Silence. To jego uważałem za dobry materiał na mistrza. Do moich uszu dotarło, że wiele lat wcześniej był członkiem tej watahy, jeszcze zanim została podzielona na klany. Musiał więc dobrze znać jej historię, a tym samym dobrze znać się na "życiu". Może nie wyglądał imponująco, jednak jakiś czas temu pozwoliłem sobie na rozmowę z wcześniej wspomnianym Silentem, który już wcześniej go znał. Pomimo swoich "docinków i żartów" dowiedziałem się o nim dużo "dobrego" i nawet trochę mi zaimponował. Tak więc, jeśli już zostałem zmuszony, dlaczego miałbym szukać dalej?
Po drodze nie zastanawiałem się, jak rozpocząć rozmowę czy jak o to zapytać. Najlepszym wyjściem jest zawsze być bezpośrednim, i tak miałem zamiar zrobić. O dziwo, co było mi na łapę, udało mi się go znaleźć jeszcze przed jego lokum, więc od razu do niego podbiegłem i skinąłem głową na powitanie
- Witaj Silence, mam do ciebie dość ważną sprawę. Rodzice męczą mnie, żebym wybrał sobie mistrza i wydajesz mi się najlepszą osobą na to miejsce. Czy byłbyś w stanie pomóc mi z treningami? - zapytałem na jednych tchu i dałem mu czas na zastanowienie się

< Silence? >

Od Arcady'ego - C.D. Sierry "Potrafisz pokochać zabójcę?"


Oszołomiony zimnem, które ogarnął moje ciało, strzepałem z siebie resztki śniegu i z resztkami pozostałej mi godności, podniosłem się. Spokojnie ruszyłem w ślad za Sierrą mrocznym korytarzem. Podobał mi się klimat panujący w tunelu — tajemniczy i niepokojący.
— Tak tu ciemno, że nic nie widać — powiedziała niezadowolonym tonem Sierra, zwalniając kroku.
Im dalej zapuszczaliśmy się w głąb tunelu, tym bardziej oddalaliśmy się od źródła światła.
— Nie bój się — szepnąłem tuż przy jej uchu, a ona lekko podskoczyła. — Obronię cię.
— Mówisz? — odszepnęła, uwodzicielsko ocierając się łbem o mój. 
Odszukałem w ciemnościach jej usta, całując ją żarliwie. Sierra padła na zimny kamień, a ja na nią. Podczas czułego gestu, przymknąłem oczy. Nagły, wyczuwalny nawet pod powiekami błysk skłonił mnie, abym otworzył oczy. Zobaczyłem, że ukochana wilczyca świeciła jaśniej od niejednej gwiazdy. 
— Ups — mruknęła. 
Uśmiechnąłem się szelmowsko.
— Wiedziałem, że potrafisz być olśniewająca, ale nie sądziłem, że aż tak — zażartowałem, schodząc ze Sierry i pomagając jej wstać na cztery łapy.
— Jak myślisz, Arc, dokąd prowadzi ten tunel? — zapytała, stając u mego boku i przybliżając się do mnie nieznacznie. Zrobiła to najpewniej nieświadomie. Bała się, ale starała się to ukryć.
— Chcesz iść dalej? — zapytałem, spoglądając w jej oczy.
Zawahała się.
Chciała coś powiedzieć, ale jej błyszczące znaki zaczęły blaknąć, dopóki znowu nie zapanowała ciemność. 
— Możemy znaleźć jakieś inne źródło światła — zaproponowałem szybko. 
Byłem ciekawy co jest dalej, lecz jednocześnie nie chciałem męczyć Sierry. Może i na początku była pewna siebie, lecz wszechobecny mrok zaplenił w niej strach.

< Sierra? >

Od Sierry C.D. Arcady'ego "Czy potrafisz pokochać zabójcę?"


Następnego dnia moje myśli w ogóle nie mogły opuścić Arcady'ego. Cały czas wracałam do niego. Kiedy próbowałam zająć się czymś, przed sobą widziałam twarz Arc'a. Wstałam powoli z posłania i postanowiłam wybrać się na polowanie. Postanowiłam wybrać mysz, nie miałam zbyt ochoty na jedzenie. Kiedy tylko wyszłam z jaskini, moim oczom ukazał się mały gryzoń szukający pożywienia w śniegu. Złapałam mysz w szczęki uśmiercając ją na miejscu, po czym wróciłam do jaskini, a tam zajęłam się jedzeniem. Oblizałam się z krwi, po czym wzięłam pierwszą lepszą książkę, której nie dokończyłam pisać i zaczęłam delikatnymi pociągnięciami pióra maczanego w atramencie stawiać wyraźne, ładnie ukształtowane litery na stronicach z pergaminu. To zajęcie pozwoliło mi skupić się na pisaniu, jednak kiedy ostatecznie skończyłam, znów powróciłam do poprzednich myśli. Westchnęłam głośno i wyszłam z jaskini. Ostatecznie wybrałam się na przechadzkę po górach. Wspinałam się po Szczytach Martwych Aniołów, idąc coraz wyżej. Kiedy znalazłam się na samym czubku góry, rzuciłam okiem na okolicę. Było to jedno z najpiękniejszych miejsc, moim zdaniem. Kiedy już miałam zacząć schodzić w dół, ktoś złapał mnie i przyciągnął do siebie, przez co gwałtownie zamknęłam oczy, wtulając się w znajomo pachnące futro. Odwzajemniłam pocałunek, po czym odsunęłam się od basiora. Przede mną stał nikt inny jak Arcady.
- Cześć. Więc nie tylko ja lubię chodzić po górach? - zauważyłam i uśmiechnęłam się delikatnie.
- W zasadzie... to szukałem ciebie. Chociaż przyjemnie było chodzić po tych górach wiedząc, że idzie się do ukochanej osoby. - odwzajemnił uśmiech, a ja zarumieniłam się lekko.
- Dobra, to może zejdźmy stąd. Chciałam ci coś pokazać. - powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Brzmi tajemniczo. No to chodźmy. - powiedział samiec i ruszyliśmy przed siebie, ślizgając się co chwila na śliskim śniegu. 
Kiedy znaleźliśmy się u podnóża góry, poszliśmy stamtąd w kierunku mojej jaskini. Samiec odruchowo wszedł do niej.
- Żegnaj, Arcady. - zaśmiałam się, omijając truchtem moją jaskinię, przez co spojrzał na mnie lekko zdziwiony, jednak zaraz mnie dogonił.
- Gdzie idziemy? - zapytał zaciekawiony, jednak nieco zniecierpliwiony.
- Jeju, zobaczysz. - przewróciłam oczami, uśmiechając się. - Coś ty taki narwany dzisiaj?
- Dobrze wiesz, że nie lubię czekać. - powiedział nieco ciszej, a moje serce na moment zabiło szybciej. - Ale dobrze, skoro muszę, to będę już grzecznie szedł. - dodał i uśmiechnął się głupkowato, trzepocząc rzęsami.
- No wiesz... - klepnęłam go w ramię, po czym zaśmiałam się cicho. - Ale z tą gzrecznością to mi się podoba. - mruknęłam uśmiechając się zadziornie.
Po chwili doszliśmy do wzgórza, stało pojedyncze przed nami.
- No i co? Wzgórze. - rzucił Arcady, po czym oparł się o stromy stok wzgórza.
Po chwili jednak, kiedy cały swój ciężar oparł o wzgórze, śnieg nie wytrzymał ciężaru i opadł, a Arcady stracił równowagę i się przewrócił. Moim oczom ukazało się "wejście", które zostało po opadnięciu śniegu. 
- Widzisz? To nie jest jakieś tam wzgórze. - powiedziałam zwycięsko i truchtem przeskoczyłam przez basiora, wchodząc w głąb, do podziemnych tuneli.

< Arcady? >

Od Sam'a - CD. Ivy "Wytrwały cel"


Ivy zasugerowała mi parę tematów, które ją najwidoczniej ciekawiły. Zerknąłem na nią po raz ostatni nie znajdując żadnego powodu, dla którego mógłbym nie ujawnić jej pewnych kwestii. Może i znałem ją krótko, ale z pewnością mogłem śmiało przyznać, że jej ufałem. 
— Nie planuje w przyszłości zostać Alfą — mruknąłem w zadumie, myśląc jak wytłumaczyć jej to tak, aby zbytnio nie zdradzać swoich planów. Planów związanych z jej osobą. — Oczywiście nie znaczy to, że nie chcę wspierać rozwoju watahy — dodałem szybko, ale zauważyłem, że w jej oczach, że nie potępia mojej decyzji, co mnie uspokoiło. — Chciałbym wieść spokojne życie u boku... partnerki. 
Na słowo partnerka Ivy zareagowała nieznacznie. 
— Kontynuuj proszę — zachęciła mnie, gdy na chwilę zamilkłem zaintrygowany jej niespodziewaną reakcją.
— No tak — powiedziałem do siebie. — Odnośnie relacji z moim rodzeństwem to raczej nie ma o czym mówić. Nie mogę powiedzieć, że jestem do nich przywiązany, ale kocham ich. To w końcu moja rodzina. Myślę, że mamy zbyt dużą rozbieżność charakterów, żebyśmy mogli żyć obok siebie bez żadnych spięć. — Z moich ust wylał się potok słów. 
Bowiem wreszcie mogłem się komuś wygadać, powiedzieć bez obaw jak naprawdę się czuję wobec mojego rodzeństwa. Kilka razy próbowałem podjąć ten temat z rodzicami, lecz dla Avalanche zdawało się to zbyt delikatną sprawą — sądziłem, że to przez jej własne stosunki z rodzeństwem, a z kolei Elias przeżywał utratę mojej przybranej siostry, którą niezbyt dobrze pamiętałem. Brooke została zabita tuż po naszych narodzinach. 
— Rozumiem — rzekła Ivy, wpatrując się we mnie ze swego rodzaju zrozumieniem.
— Coś jeszcze chcesz wiedzieć? — zapytałam, spoglądając na nią wyczekująco. 
Zastanowiła się chwilę.
— Jakie stanowiska zamierzasz objąć? 
— Stratega — odparłem. 
Moja odpowiedź zaskoczyła Ivy.
— Tego się nie spodziewałam — powiedziała szczerze. — Jestem ciekawa jak dasz sobie radę na tym stanowisku — dodała z uśmiechem.
Ja również się uśmiechnąłem. 
— Mam takie jedno pytanie, ale nie jestem pewna czy dobrze je odbierzesz — zaczęła niepewnie. 
Zaintrygowany jej słowami, przechyliłem lekko głowę na bok. Nie zdałem sobie sprawy z tego odruchu.
— Jakie? 

< Ivy? >

Od Ivy - C.D. Sam'a "Wytrwały cel"


Nie odwrócił się, choć pewnie sporo go to kosztowało. Wiedziałam, że młodzik zrobił to celowo, jednak mój umysł krążył dookoła innego tematu. Gdzieś w głębi biłam się z myślami, a dokładniej rozważałam jak wyglądałoby moje życie gdybym znalazła się w innym z klanów. Możliwe,że nigdy nie wzięłabym się za trening... Przecież nie powiem wszystkim, że ćwiczyłam ponieważ zazdrościłam umiejętności waderze, która zdecydowała się mnie przyjąć. W każdym razie, ile wspaniałych znajomości przebiegłoby mi przed nosem ... Cieszyłam się, że tu należę, i z pewnością nie planowałam tego zmieniać.
- Wiesz Sam... - Zaczęłam niepewnie, tak, aby nie wysłać mu sprzecznych sygnałów. - Również masz we mnie przyjaciółkę. 
Byłam pewna, że usłyszał, jednak nie odpowiedział. Mimo to postanowiłam ponownie się odezwać. 
- Więc, jak ci minęła wczorajsza lekcja? Myślisz, że złapiesz wspólny język z Pattonem? 
- Wydaje mi się, że tak. Jest to wilk wymagający, prawie każdy czuje do niego respekt, jednak potrafi przestawić się na dobrego nauczyciela. 
- Mhm... - Mruknęłam dający tym samym znać aby kontynuował. 
- W sumie to nie robiliśmy nic ważnego, choć pozyskiwanie informacji też jest swego rodzaju treningiem. Głownie opowiadał mi o wilkach z naszego klanu. 
- Rozumiem, więc, dowiedziałeś się czegoś ciekawego? 
- Tak, i mam do ciebie pytanie z tym związane. - Dopowiedział dość szybko, ponownie kierując wzrok w moją stronę. Zaskoczyło mnie to, ponieważ nie mogłam doszukać się w pamięci czegoś, co Patton mógłby o mnie wiedzieć. 
- Słucham zatem. Jeśli będę w stanie udzielić odpowiedzi to to zrobię. 
- Dlaczego zmieniłaś stanowisko? - Jego słowa zostały wypowiedziane tonem ciekawskim, wręcz nakazującym odpowiedź.
- Było kilka powodów, po pierwsze nie miałam co robić. Wroga mieliśmy, i nadal mamy tylko jednego, natomiast Patton nie chciał wysyłać mnie samej na tereny Cecidisti Stellae. Byłaby po misja samobójcza. A po drugie... uznałam, że nie jest to zadanie dla mnie. Bron, którą się posługuję często zabija na kilka uderzeń. Gdybym miała jakieś sztylety lub ewentualnie miecz czy włócznię... Po prostu Parasyte nie jest bronią do cichego zabijania. - Wytłumaczyłam nie zrywając kontaktu wzrokowego a wyraz pyska Sama wyrażał zaspokojenie ciekawości. 
Cisza po raz kolejny przepełniła nasz dialog, zastanawiałam się jak ułożyć sobie dzisiejszy dzień. Spojrzałam na łąkę rozpościerającą się przed moją jaskinią. Krople porannej rosy spoczywały na zmęczonych jesienną pluchą źdźbłach trawy a nad ziemią wisiała dość pokaźna mgła. Słońce natomiast dopiero co przebijało się przez gałęzie Orlego Lasu widniejącego na horyzoncie. Istotnie, dzień zapowiadał się pięknie. Jednak nie chciałam jeszcze wychodzić z jaskini, miałam inne plany na tą chwilę. 
- Więc może dowiesz się o mnie czegoś jeszcze. - Zaczęłam, a cała uwaga jak i zainteresowanie basiora skierowały się na mnie. - Początkowo miałam należeć do Virdi Agmen. Nie planowałam tui dołączać. 
- A co sprawiło, że jednak tu jesteś? - Zapytał zwracając się w moją stronę. 
- Przypadek, zrządzenie losu... albo jakaś inna siła nadprzyrodzona. Po prostu, nagle stwierdziłam, że nie mam zamiaru iść dalej, i znajdę alfę dokładnie tych terenów. Dobra, ale dość o mnie. Powiedz coś o sobie. 
- O mnie... nie mam co! - Zawołał przy okazji śmiejąc się. Również się uśmiechnęłam, po czym poczochrałam go po łbie. Lubiłam to robić, choć jemu najpewniej nie sprawiało to przyjemności.
- Nie chodzi mi o historię. Opisz siebie, powiedz jakie masz plany na przyszłość... jak wygląda wasza relacja z rodzeństwem. Jest dużo rzeczy, których o tobie nie wiem. Ty natomiast wiesz o mnie aż za dużo. Nie zdradzę ci ani jednej informacji więcej, puki sama czegoś od ciebie nie usłyszę. 
Na pysku Sama pojawiło się coś w rodzaju zadumy. Wybierał, lub układał informacje przy okazji co chwilę na mnie zerkając. Tak jak mówiłam, było to słodkie... biorąc pod uwagę, że nadal lekko się rumienił. 

<Sam, czego się o tobie dowiem?>

Od Arcady'ego - C.D. Sierry "Potrafisz pokochać zabójcę?"


Brakowało mi obecności Sierry, ale potrzebowałem też czasu dla siebie. Gdybym mógł, spędziłbym z nią każdą wolną chwilę. Kochałem ją i to bardzo. Niestety trudności z jakimi przyszło nam się zmierzyć, skutecznie uniemożliwiały nam realizację niektórych planów.
— Cholera — mruknąłem cicho pod nosem.
Pozwoliłem sobie położyć się w swojej jaskini. Niby miałem się do kogo zwrócić, ale co mogłem powiedzieć Silent Fear'owi lub Althenie? Westchnąłem głośno i pozwoliłem sobie na krótką drzemkę. Musiałem odpocząć od problemu.
Kiedy się obudziłem, zobaczyłem nad sobą przybranego ojca. Spoglądał na mnie z góry, trzymając w pysku sporych rozmiarów oskórowanego zająca. Ułożył go u moich łap, po czym odszedł bez słowa. Zamrugałem zdziwiony jego postępowaniem. Chciałem go zawołać, a nawet chciałem z nim podzielić się moim problemem, lecz czułem, że lepiej pozwolić mu odejść i nie kusić losu.
Spojrzałem raz jeszcze na zająca, po czym uśmiechnąłem się pod nosem. Jeśli Silent chciał, potrafił być inny. Jednocześnie ja miałem pewną rodzaju ulgę, gdyż byłem jego adoptowanym synem. Chcąc nie chcąc wilk był przywiązany do mnie, a ja do niego. 
W spokoju zająłem się spożywaniem mięsa. Delikatnie i miękkie rozpływało się w moich ustach. Nie tylko smak, ale i zapach świeżej ofiary sprawiał mi przyjemność. Metaliczna woń krwi roznosiła się po jaskini. Pomyślałem o Esmé. Jakby nie patrzeć każda krew pachniała tak samo, więc dlaczego nagle odrzucił mnie jej zapach? Przełknąłem głośno ostatni kawałek mięsa. Czy tak naprawdę nie podobało mi się jej zabicie? Czy może raczej bałem się, że Sierra mnie zostawi?
Z chłodną obojętnością stwierdziłem, że to była ta druga opcja. Wraz ze śmiercią Esmé przypomniałem sobie jaką przyjemność przynosiło zabijanie. Uśmiechnąłem się do siebie. Dosyć szybko uświadomiłem sobie, że jeśli chciałem być z Sierrą, ona musiała to zaakceptować. Byłem zabójcą, byłem w Klanie, który zabijał, nie chciałem łatwo porzucać mojej tożsamości. Nawet dla najważniejszej dla mnie osoby.

< Sierra? >

środa, 25 października 2017

Od Sierry C.D. Arcady'ego "Czy potrafisz pokochać zabójcę?"


Zachłysnęłam się powietrzem i zaczęłam ciężko kasłać, po czym usiadłam i spojrzałam mu w oczy. Ślub?
- Arcady, obawiam się, że to niemożliwe. Oficjalnie nie jesteśmy jeszcze w tym samym Klanie... A poza tym... Uh, to trochę zbyt szybko. - wydusiłam, kiedy mój kaszel na chwilę przerwał, jednak nadal czułam ucisk w gardle.
- Rozumiem. - syknął, a ja wyczułam powiew chłodu w jego głosie.
- Arcady... - zaczęłam. - Nawet, gdybym bardzo chciała. I gdybyś ty też bardzo chciał...
- Chcę. - podniósł na mnie swoje habrowe oczy.
- ... to, jak już mówiłam, niemożliwe. - westchnęłam głośno. - Wybacz, nie umiem tego lepiej wytłumaczyć.
- Rozumiem. - powtórzył, wyraźnie naciskając.
Podeszłam i wtuliłam się w niego. Uraziłam go? Nie chciałam... 
- Ale kiedy przeniosę się do Cecidisti Stellae, od razu weźmiemy ten ślub. - szepnęłam cicho bardziej wtulając się w Arc'a.
Siedzieliśmy tak wpatrując się w dal, po czym oczy zaczęły mi się kleić. Ziewnęłam krótko, po czym spuściłam wzrok wpatrując się w podłożę.
- Będę musiał już iść. - powiedział twardym tonem, odsuwając się ode mnie i powodując, że prawie straciłam równowagę.
Jakaś część mnie wiedziała, że nie może go zatrzymać, a druga chciała krzyczeć, żeby został i jej nie zostawiał. Arcady podszedł i pocałował mnie krótko, po czym szybko odwrócił się, a kiedy wychodził, odwrócił głowę w moją stronę. Skinęłam tylko łbem i spuściłam wzrok, wpatrując się w ubity śnieg robiący za podłogę, a w moich oczach pojawiły się łzy, których basior nie mógł nijak zauważyć. Poczułam się naprawdę źle. Nawet nie wyszedł, a już za nim tęskniłam. Zawsze zostawał u mnie na noc, a wracał na swoje tereny dopiero rankiem. W końcu opuścił moje mieszkanie. Otarłam łzy, które po chwili znów wróciły. Wzięłam pierwszą lepszą książkę, która znajdowała się na mojej półce, lecz kiedy zaczęłam czytać, zaraz zaczęły zlewać mi się litery przez łzy, które non-stop powracały. Po chwili przytuliłam się do swojego koca i zasnęłam.

< Arcady? >

sobota, 21 października 2017

Od Silence'a - C.D. Endless "Cztery królestwa"


Zupełnie zignorowałem fakt, że moja teoria okazała się prawdziwa, Fallen widział ją jako swoją własną partnerkę. Jednak to nie usprawiedliwiało decyzji przez niego wydanej. Przecież wadera taka jak Endless w odpowiednich łapach mogła być cudowną bronią! Gdyby tylko nauczyła się kilku sztuczek... Mogłaby bez problemy zastąpić każdą samicę alfa! Co prawda musiałaby unikać kontaktu z płcią przeciwną, jednak przy odpowiednim podejściu owinęłaby sobie basiory piastujące stanowisko alf wokół palca... Po zachowaniu partnerki Fallena wnioskuję, że widziała ją inaczej niż my. Jeśli to by nie pomogło można było śmiało wykorzystać ją jako szpiega z poziomu zwykłej omegi. Nikt nas nie widział, nikt poza nami nawet nie wie o istnieniu tej wadery! Nie spędziła wiele czasu na naszych terenach, więc zapach też nie zdążył na nią przejść... podsunąłem mu pod nos perfekcyjną jednostkę do zabawy za liniami wroga, a ten... ten... Eh, ot tak odrzucił tak wielki potencjał. Wydobyłem ostatniego papierosa, po czym odpaliłem go za pomocą prowizorycznego krzesiwa. Wciągnąłem dym i po chwili wypuściłem czując delikatne drapanie w gardle. 
- A jak myślisz? Co teraz... jak się nazywasz? - Zapytałem energicznie przeciągając łapą po pysku.
- Endless. - Wyszeptała. 
- Tak więc Endless, robi się późno, a jak sama pewnie wiesz, znajdujemy się spory kawałek od granicy. Przenocuję cię, a rano odprowadzę. 
Samica nie zareagowała, najwyraźniej nie miała nic więcej do dodania, lub nie chciała dodać. 
W ciszy wędrowaliśmy przez stepowe tereny, a ja zastanawiałem się na jaku dużo mogę sobie pozwolić wobec niej... Fakt, że sama skuła się kajdanami dawał mi dość spory pogląd na sytuację. Podejrzewam, że mógłbym zrobić cokolwiek, i tak by się nie postawiła. Choć pokusa była dość spora postanowiłem poprowadzić tą relację w nieco innym kierunku. Weszliśmy do zajmowanej przeze mnie dziury w glebie, ułożyłem się na legowisku po czym spojrzałem w stronę nieznajomej. 
- Zdejmij te kajdany. nie są ci już potrzebne, o ile w ogóle były. - Mówiłem to tonem spokojnym, lecz pewnym siebie. Nie chciałem jej zrazić, pomijam fakt, że wyglądała jak samica z moich snów... Bardziej zależało mi na tym, co kryło się pod maską "ideału" 
- Ale mi to nie przeszkadza... - Szepnęła, jednak nie dałem jej okazji do dokończenia wypowiedzi.
- Mi to przeszkadza.Nie uciekniesz, nie skoczysz na mnie z łapami... więc na cholerę masz utrudniać sobie życie? 
Tym razem posłuchała, a lodowe twory z głuchym dźwiękiem stuknęły o ziemię. Widać było jak ciasno je sobie założyła, nosiła je niecałe dwie godziny, a otarcia już były bardzo dobrze widoczne. Zastanawiałem się jak ją podejść, co zrobić, aby przestała traktować mnie jak kogoś, kto od urodzenia trzyma ją pod butem... 
- Masz długą, delikatną, czarną, lśniącą sierść. Ogon, o zadziwiającej długości, nos, oraz część pyska pokrywa biała plamka, natomiast oczy są w odcieniu granatu... przypominają nocne niebo, bogato ozdobione w gwiazdy. Sama sylwetka wskazuje na to, że jesteś wysportowana, a zapach, który roztaczasz jest połączeniem woni kwiatu róży i czego intrygującego. Nie jestem w stanie dokładnie tego opisać. - Powiedziałem obserwując lekkie poruszenie na pysku samicy. Chyba nie spodziewała się, że usłyszy odpowiedź na tak dawno zadane pytanie. 
- Czy to... wszystko? - Po raz kolejny szepnęła.
- Raczej tak. - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Chciałem ją poznać, nie tylko od strony mocy i żywiołów, ale też charakteru. Czułem się niczym dziecko szukające skarbu na plaży... Miałem swoją wizję tego jaka jest, jednak musiałem tego doświadczyć żeby uwierzyć. 
- A... podobam ci się? - Kolejne pytanie lekko mną wzruszyło. Wiedziałem, że nie dowiaduje się tego pod kątem partnerstwa... jednak nie byłem w stanie domyślić się po co jej ta informacja. 
- Nie będę cię okłamywać, podobasz mi się. Jednak wygląd to tylko powłoka, coś, co można zmienić... i chyba ty rozumiesz to najlepiej, prawda? 
Nie odpowiedziała... 
chciałem zaproponować jej wodę lub jedzenie, niestety, nie miałem takich luksusów. Następnego dnia planowałem odprowadzić ją na tereny Luminosum Iter... a może nawet pod jaskinię samych alf... 
- Endless. - Zacząłem, chciałem zobaczyć jak odpowie na pytanie, które sama zadała... - Jak wyglądam? 
Było już późno, jednak nie miałem zamiaru jeszcze zasypiać.

<Endless?>

Od Arcady'ego - C.D. Sierry "Potrafisz pokochać zabójcę?"


— Nie zrozum mnie źle, ale nigdy bym nie pomyślał, że będziemy razem — wyszeptałem. — Wiesz to zdawało mi się zbyt — zamilkłem, szukając odpowiedniego słowa — nieosiągalne.
Przez chwilę towarzyszyła nam cisza, a jedyne co słyszałem, to jej spokojny oddech.
— Wiem, Arcady, wiem — odszepnęła. — Ale cieszę się jak nie wiem co, że jesteśmy razem. 
Zerknąłem na ukochaną i uśmiechnąłem się pod nosem. Moja wizja bycia z silną i niezależną wilczycą została spełniona. Sierra taka była. Jednak z czego wynikała ta niezależność? Wilczyca nigdy nie wspominała mi o nikim bliskim w jej Klanie, choć z drugiej strony mogła przede mną zgrabnie ukrywać ten fakt.
— Nie masz tu nikogo bliskiego? — zapytałem. — Mam namyśli twój Klan. 
— Nie — odparła chłodno Sierra. Musiałem uderzyć w jej czuły punkt. — Oczywiście, czuję się źle z tym, że będę musiała go zmusić, ale nie jestem pewna czy czułam jakąś więź z innymi — wyjaśniła niechętnie.
— Rozumiem — odparłem.
Współczułem jej. I to wyjaśniało, dlaczego bardziej niż ja wyczekiwała naszych wspólnych spotkań. W porównaniu do niej, mogłem powiedzieć, że miałem wilki, które były mi bliższe.
— A ty? — zapytała.
— Myślę, że mogę polegać na moim przybranym ojcu — Silent Fear'ze i Althenie. Była moją Mistrzynią — odparłem, a w oczach Sierry dopatrzyłem się zazdrości. — Nie zapominaj o tym, że mamy siebie nawzajem — szepnąłem czule. 
Partnerka uśmiechnęła się delikatnie. Moja słowa poprawiły jej nastrój. 
— Cieszę się, że jesteś przy mnie — powiedziała, spoglądając na mnie z miłością.
Byłem pewien, że chce z nią spędzić całe moje życie.
— Weźmy ze sobą ślub — powiedziałem szybko.

< Sierra? >