sobota, 24 marca 2018

Od Bevan'a - C.D. Heather "Bardzo irytujący, czarny lis"


Z Sierrą za szczeniaka łączyła mnie wyjątkowa więź. Zapamiętałem ją o wiele lepiej niżeli ona mnie, jakby nie patrzeć była wtedy jeszcze mniejsza ode mnie. Odnalezienie dalekiej kuzynki, tak właściwie, na końcu świata, było wielkim zaskoczeniem. Powitaliśmy się wzajemnie z niemałym wzruszeniem.
Opowiedziała mi wszystko ze szczegółami, całą swoją historię, począwszy od dołączenia do klanu Luminosum Iter. Jak się dowiedziałam, Sierra związała się z Rhyanem, jednak to partnerstwo było zakazane, ukochany kuzynki podchodził z wrogiego klanu. Największym zaskoczeniem było dla mnie, gdy wilczyca wyznała mi, że spodziewa się potomka.
Naturalnie zareagowałam entuzjastycznie. Obiecałem kochanej kuzynce, że pomogę jej z wychowaniem szczeniaka, a także zapewniłem Rhyana, że będę czuwał nad jego partnerką. Basior stał się wtedy zdecydowanie bardziej spokojny, ale łatwo można było zauważyć ból w jego oczach. Czuł poczucie winy z powodu nieobecności przy ukochanej, kiedy potrzebowała go najbardziej. Sierra nie wydawała się być zasmucona, doskonale wiedziała, że Rhyan robił dosłownie wszystko, aby móc spotykać się z nią systematycznie. Podziwiałem za to ich dwójkę, byli tacy wytrwali w tym wszystkim.
— Wiesz co, boję się tego co się stanie, gdy dziecko się urodzi — wyznała mi pewnego wieczora kuzynka. Spojrzałem na nią, słuchając ją uważnie. — Nigdy nie dzieliłam się z tymi obawami z Rhyanem, ale co się stanie, gdy szczeniak przejmnie więcej cech należących do Wilka Księżycowego? Nie zrozum mnie źle, Bevan, po prostu martwię się o to. — Pogłaskała się po brzuchu.
Odwróciłem od niej spojrzenie, patrząc przed siebie, gdzieś w dal. Rozumiałem w pełni obawy Sierry. Nie każdy Księżycowy był zły do szpiku kości, ale czegoś, co natura przekazała w genach, nie łatwo było wyplenić. Sam nie chciałbym, aby moje ewentualne potomstwo cierpiało z powodu morderczej natury.
— Spokojnie, kuzynko. Pamiętaj także o tym, że dziecko przejmnie i twoje cechy — uspokoiłem ja. — Od was, jako rodziców, będzie zależeć dużo, ale to wasz potomek ostatecznie zadecyduje o wszystkim. Bądź dobrej myśli.
Rozmowa została zakończona na tym. Sierra intensywnie myślała nad swoim dzieckiem, co chwila głaskała się po brzuchu. Uśmiechnąłem się lekko. Z pewnością będzie wspaniałą matką.
Wkrótce postanowiłem udać się w odwiedziny do Rhyana. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że Cecidisti Stellae było niebezpiecznym klanem, ale mimo wszystko ja byłem takim wilkiem. Umiałem się obronić.
Będąc na pustkowiu w oddali dostrzegłem dobrze znaną mi sylwetkę, bowiem była to wilczyca, od której oberwałem gałęzią. Podbiegła do mnie spokojnym truchtem, oddalając się od upolowanej zwierzyny i niosąc w zębach kość.
— Znowu się spotykamy~ — Uśmiechnęła się wrednie.
— A co, tęskniłaś? — odparłem znudzony, spoglądając na nią.
— Stfu. — Wyplułam kostkę na bok. — Ta, może — dodała sarkastycznie.
— W ogóle, powiedz mi, kim ty jesteś w ogóle? Najpierw mnie śledzisz, a teraz zaczepiasz. Za kogo ty się masz? — warknąłem, postanowiłem ją trochę przetestować.
— Za Heather, dla ciebie Fałszywą — odpowiedziała, szczerząc się w moim kierunku zuchwale. — A ty, kim jesteś?
— Bevan. — Byłem już nią zmęczony.
— Bevan, Bevan — zaczęła naśladować mój znudzony ton głosu, przedrzeźniając mnie.
Kiedy się uspokoiła staliśmy chwilę w ciszy. 
— Zejdziesz mi wreszcie z drogi? — warknąłem ostrzegawczo, jednak na Heather nie zrobiło to większego wrażenia.
— Spokojnie, spokojnie — powiedziała, uśmiechając się chytrze. W tym momencie z wyglądu przypominała lisa, dosłownie i w przenośni. — Najpierw powiedz mi, jakie będę miała z tego korzyści. — Obejrzała dokładnie swoje pazury, następnie ponownie przeniosła na mnie swoje spojrzenie, wyczekując odpowiedzi.
— Mnóstwo, a konkretniej tyle co nic. 
Uśmiechnąłem się w jej kierunku najsłodziej jak umiałem.

< Heather? >

Od Clive'a - C.D. Samsawell'a "Śnieżka"


— Lepiej będzie, jeśli uda się tam co najwyżej dwójka — stwierdziłem.
Zostałem poparty przez rodzinę i ostatecznie zadecydowaliśmy, że udam się tam wraz z teściem. Czułem podekscytowanie zmieszane ze strachem. Nigdy nie zapuszczałem się na tereny nienależące do Luminosum Iter, właściwie to był pierwszy raz, kiedy złamałem jedną z ważniejszych zasad wszystkich klanów. 
— Słuchaj Clive, nie miałem okazji, żeby ci podziękować za to, że zająłeś się Sairą i Thistle — orzekł niespodziewanie Well. 
Posłałem mu krótkie spojrzenie. 
— Nie musisz za nic dziękować — odpowiedziałem. — Nie zrobiłem tego dla ciebie, tylko dla niej. 
Basior zaśmiał się, ale nie był to dźwięk przyjemny dla uszu.
— Doskonale zdaję sobie z tego sprawę — odparł z przekąsem. — Wiem, że zawiodłem własną córkę. I nie jest to żadne powód do dumy. 
Słuchałem Samsawell'a w ciszy. Rozumiałem w jakiej sytuacji został postawiony — ojciec zgwałcił jego jedyne dziecko. To był cios, na który nie był przygotowany. Właściwie nikt nie był.
— Saira czeka na ciebie — oznajmiłem po pewnym czasie, widząc przygaszone oblicze samca.
— Naderwane relacje trudno odbudować.
— Niby tak, ale to twoja córka. Pamiętaj o tym — odparłem cierpko.
Nie chciałem mieszać się w to bardziej niż musiałem, sprawa w głównej mierze dotyczyła Sairy i Samsawell'a, od nich właściwie wszystko zależało. Wraz z Sealiah mogliśmy jedynie nakierować skłóconą dwójkę na dobre tory.
Zanim się zorientowałem, przekroczyliśmy granicę dzielącą klany.

< Samsawell? >

środa, 21 marca 2018

Od Endless - C.D. Silence'a "Dziwne zdarzenie"

Poprzednie opowiadanie

Jakkolwiek bardzo chciałabym cokolwiek zrobić, nie mogłam. Chciałabym powiedzieć, że wiem jak wygląda śmierć - tak jednak nie było. To nie była śmierć, to była wstrzymana egzystencja. Czekałam w pustce, aż słońce ponownie wzejdzie i oświetli znany mi świat. Do tego czasu nie istniałam jednak. Nie myślałam, nie czułam, nie widziałam, nie słyszałam. Nic do mnie nie docierało, ponieważ nic nie mogło dotrzeć. Nie miało prawa, tak jak ja nie miałam prawa do niczego za życia... Może ta tymczasowa śmierć miała znaczenie symboliczne? Zerwanie z dotychczasowym życiem...?
Nie dane mi było jednak poznać odpowiedzi na to pytanie, a przynajmniej nie teraz. Udało mi się bowiem otworzyć ciężkie powieki, i zaczerpnąć powietrza, które wręcz paliło moje płuca. Do oczu napłynęły łzy, a głowa zaczęła boleć niemiłosiernie. Już drugi raz w życiu czułam taki ból, i zdecydowanie za tym nie tęskniłam. Nie wiem dlaczego jeszcze tu byłam. Powinno mnie tu nie być dobrych paręnaście księżyców, jednak moja moc nadal mnie ratowała. Czy moje życie miało jakiś sens? Czy istniał powód, dla którego ta moc nie chciała mnie wypuścić w ów otchłań na zawsze? W pewnym stopniu wierzyłam w przeznaczenie, i cicho liczyłam że rzeczywiście tak jest. Pragnęłam się do czegoś przydać...
Niewiele później udało mi się jakkolwiek opanować, uspokoić i zorientować w sytuacji. Byłam w swojej jaskini, roznosił się tu zapach ziół, a także... ta znana mi już dość dobrze, drażniąca woń tytoniu. Od razu uniosłam łeb do góry, a moim oczom ukazała się ciemna sylwetka leżąca w drugim kącie jaskini. To mogła być tylko jedna osoba... Pchnięta ostatnimi resztkami energii podciągnęłam się na łapach, i doczołgałam się do swojego "towarzysza". Widziałam, że nie jestem w dobrym stanie, więc zupełnie nie zwracając uwagę na to, jak słabą jestem, bardzo delikatnie, wręcz niewyczuwalnie przytknęłam swój mały nos do jego łopatki. Uwalniając kolejną moc, zaczęłam przesyłać ostatnie pokłady swojej energii do Silence'a. Przerwałam dopiero wtedy, gdy zaczęło mi się kręcić w głowie. Cicho westchnęłam i lekko się zataczając, wróciłam na swoje miejsce, aby nie naruszyć jego przestrzeni.
Pomimo wyczerpania, nie mogłam jednak zasnąć. Po prostu leżałam w bezruchu, wpatrując się w kamienną "ścianę" jaskini. Czas tak powoli mijał aż do rana, kiedy to mój towarzysz się obudził. Wyglądał znacznie lepiej niż jeszcze kilka godzin temu, w przeciwieństwie do mnie. Podszedł do mnie i bez słowa mi się przyjrzał. Prychnął tylko cicho, po czym wyszedł z jaskini. Ja natomiast przymknęłam oczy, wsłuchując się w ciszę. Ta została jednak przerwana niewiele później, do mojej jaskini jednak przybył kolejny wilk, tym razem biały. A konkretniej wadera, z obrożą na szyi. Ona również obrzuciła mnie dziwnym spojrzeniem, i próbowała dowiedzieć się co się stało. Niestety wyczuła ona zapach obcego wilka, i zaczęła zadawać jeszcze więcej pytań, próbując mi pomóc. Ja jednak próbowałam ją od tego odwieść, ponieważ wiedziałam że pomocy nie potrzebuję. Wszystko co mogło mi pomóc zostało wykorzystane, i byłam tego pewna. Niestety nie byłam w stanie nic powiedzieć, więc posłałam alfie jedynie niepewne spojrzenie. Zrozumiała chyba, że to nie ma większego sensu i jedynie powiadomiła mnie o śmierci kilku wilków i możliwym wybuchu. Uświadomiło mnie to, jak wiele szkód wyrządziłam, jednak nie dałam tego po sobie poznać. Bardziej obchodziło mnie to, aby nie odnalazła Silence'a... Który swoją drogą niewiele później ponownie pojawił się w mojej jaskini
Bez jakiegokolwiek protestu z mojej strony zaczął przygotowywać zioła, a następnie zmienił moje opatrunki. Nie musiałam patrzeć, aby wiedzieć, że nie byłam w najlepszym stanie. Wręcz przeciwnie, było ze mną źle i było to widać po wyrazie pyska Silence'a. Mruczał on coś pod nosem, jednak nie byłam pewna czy mówił to do mnie, do siebie, a tym bardziej co konkretnie mówił. Po prostu zdałam się na jego wolę, bo nic innego mi nie pozostało. W jakiś sposób mu ufałam, i nie obawiałam się tego, co zrobi. Gdyby miał się mnie pozbyć, już dawno by to zrobił...
Nadal jednak trzymało się mnie poczucie winy. Nie mogłam patrzeć na to, jak wygląda. Pomimo tego, że w pewien sposób go uleczyłam, nadal był ranny i nie podobało mi się to. Chciałam aby wpierw zajął się sobą, miał większe szanse niż ja...

Cały dzień minął w ciszy. Żadne z nas nic nie mruknęło, on najwyraźniej nie chciał, ja nie mogłam. Zniknął jeszcze na jakiś czas, przyniósł mi odrobinę wody i trochę pożywienia, jednak nie miałam siły aby go skosztować. Zbierałam siły na coś innego...
Gdy tylko nad lodową krainą niebo przybrało ciemnogranatową barwę, a sen zmógł mojego towarzysza, cichutko wstałam i bezszelestnie, bardzo powoli ponownie się do niego zbliżyłam. Przyjrzałam mu się, a po pysku spłynęła samotna łza. Naprawdę chciałam wynagrodzić mu to wszystko, co przeze mnie przeżył, jednak nie byłam w stanie. Bardzo mnie to bolało... Jedyne na co się zebrałam, to schylenie łebka i delikatne polizanie go po policzku. Starałam się to zrobić tak, aby się nie obudził, i chyba mi się udało
- Dziękuję... - szepnęłam cichutko, po czym ostrożnie wróciłam na swoje miejsce

< Silence? >

Od Heather - C.D. Bevan'a "Bardzo irytujący, czarny lis"

Patrzyłam na niego w ciszy przez chwilę, drżąc cała. Heather, nie, nie śmiej się.
- Pfft - parsknęłam śmiechem, widząc jego głupi uśmiech. 
- Z czego rżysz? - spojrzał w moją stronę.
- Z twojego głupiego ryjka, skarbie. Wyglądasz jak skrzywdzone szczenię z autyzmem - prychnęłam zadowolona z siebie. Serio tak wyglądał. Basior tylko przewrócił oczami, po czym wyminął mnie dłuższym krokiem i zaczął iść powoli przed siebie. Co ja mu takiego zrobiłam? Nah, ja jeszcze z nim nie skończyłam.
- Nie skończyłam z tobą, Bevanku - powiedziałam z rozbawieniem, doganiając go truchtem, po czym przeskoczyłam przez niego tak, że znalazłam się po jego lewej stronie.
- Jak mnie nazwałaś? - zatrzymał się gwałtownie.
- Bev, Bevan, Bevek, Bevanek - wymieniłam szczerząc się złośliwie w jego kierunku.
- Bevan najlepiej mi pasuje z tych wszystkich - mruknął coś, po czym przyspieszył.
- Ej, ej, bo mnie zabijesz, nie leć tak - prychnęłam, a basior nawet na mnie nie spojrzał - Mi tam odpowiada nazywanie cię tak, jak bym chciała. Tak też będzie. Od teraz.
- Kim ty niby jesteś? - usłyszałam po chwili.
- No mówiłam ci już.
Samiec postanowił się nie odzywać. Po prostu truchtając razem z nim w stronę, którą obrał, nie odzywałam się już, tak samo jak on. W sumie fajnie, że narzucił ostatecznie dosyć mordercze tempo. Dotrzymywałam mu kroku, biegnąc przy jego boku, jednak wyprzedzał mnie o połowę swojej długości. Był świetnym biegaczem, w końcu był też basiorem, do tego o wysportowanej sylwetce. Moim zdaniem poradziłam sobie nawet nieźle. Zatrzymał się gwałtownie po jakimś czasie, a ja obejrzałam się i zatrzymałam się nieco dalej, prawie uderzając w jakąś skałę.
- Co? Wryło cię w ziemię, czy jak? - zapytałam, przysuwając się do samca odrobinę.
- Tak, bo nadal zastanawiam się nad twoją głupotą - zmrużył oczy - Idź sobie. I nie wracaj.
- Ja wiem, że ty chciałbyś, żebym wróciła - rzuciłam, patrząc mu w oczy, po czym przeszłam przed nim, przesuwając mu ogonem pod nosem - Nawet jeśli nie, to przykro mi, jesteś na mnie skazany, autystyczny szczeniaku - dodałam uśmiechając się wrednie. Szczerze? Współczuję mu. Gdybym była nim, najprawdopodobniej rozszarpałabym mnie na miejscu.

< Bev, Bevan, Bevek, Bevanek? XD >

Od Bevana - C.D. Heather "Bardzo irytujący, czarny lis"

Poprzednie opowiadanie

Z Sierrą za szczeniaka łączyła mnie wyjątkowa więź. Zapamiętałem ją o wiele lepiej niżeli ona mnie, jakby nie patrzeć była wtedy jeszcze mniejsza ode mnie. Odnalezienie dalekiej kuzynki, tak właściwie, na końcu świata, było wielkim zaskoczeniem. Powitaliśmy się wzajemnie z niemałym wzruszeniem.
Opowiedziała mi wszystko ze szczegółami, całą swoją historię, począwszy od dołączenia do klanu Luminosum Iter. Jak się dowiedziałam, Sierra związała się z Rhyanem, jednak to partnerstwo było zakazane, ukochany kuzynki podchodził z wrogiego klanu. Największym zaskoczeniem było dla mnie, gdy wilczyca wyznała mi, że spodziewa się potomka.
Naturalnie zareagowałam entuzjastycznie. Obiecałem kochanej kuzynce, że pomogę jej z wychowaniem szczeniaka, a także zapewniłem Rhyana, że będę czuwał nad jego partnerką. Basior stał się wtedy zdecydowanie bardziej spokojny, ale łatwo można było zauważyć ból w jego oczach. Czuł poczucie winy z powodu nieobecności przy ukochanej, kiedy potrzebowała go najbardziej. Sierra nie wydawała się być zasmucona, doskonale wiedziała, że Rhyan robił dosłownie wszystko, aby móc spotykać się z nią systematycznie. Podziwiałem za to ich dwójkę, byli tacy wytrwali w tym wszystkim.
— Wiesz co, boję się tego co się stanie, gdy dziecko się urodzi — wyznała mi pewnego wieczora kuzynka. Spojrzałem na nią, słuchając ją uważnie — Nigdy nie dzieliłam się z tymi obawami z Rhyanem, ale co się stanie, gdy szczeniak przejmie więcej cech należących do Wilka Księżycowego? Nie zrozum mnie źle, Bevan, po prostu martwię się o to — Pogłaskała się po brzuchu.
Odwróciłem od niej spojrzenie, patrząc przed siebie, gdzieś w dal. Rozumiałem w pełni obawy Sierry. Nie każdy Księżycowy był zły do szpiku kości, ale czegoś, co natura przekazała w genach, nie łatwo było wyplenić. Sam nie chciałbym, aby moje ewentualne potomstwo cierpiało z powodu morderczej natury.
— Spokojnie, kuzynko. Pamiętaj także o tym, że dziecko przejmie i twoje cechy — uspokoiłem ją — Od was, jako rodziców, będzie zależeć dużo, ale to wasz potomek ostatecznie zadecyduje o wszystkim. Bądź dobrej myśli.
Rozmowa została na tym zakończona. Sierra intensywnie myślała nad swoim dzieckiem, co chwila głaskała się po brzuchu. Uśmiechnąłem się lekko. Z pewnością będzie wspaniałą matką.
Wkrótce postanowiłem udać się w odwiedziny do Rhyana. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że Cecidisti Stellae było niebezpiecznym klanem, ale mimo wszystko ja byłem takim wilkiem. Umiałem się obronić.
Będąc na pustkowiu w oddali dostrzegłem dobrze znaną mi sylwetkę, bowiem była to wilczyca, od której oberwałem gałęzią. Podbiegła do mnie spokojnym truchtem, oddalając się od upolowanej zwierzyny i niosąc w zębach kość.
— Znowu się spotykamy — Uśmiechnęła się wrednie.
— A co, tęskniłaś? — odparłem znudzony, spoglądając na nią.
— Stfu — Wypluła kostkę na bok, po chwili dodając sarkastyczne — Ta, może
— W ogóle, powiedz mi, kim ty jesteś w ogóle? Najpierw mnie śledzisz, a teraz zaczepiasz. Za kogo ty się masz? — warknąłem, postanowiłem ją trochę przetestować.
— Za Heather, dla ciebie Fałszywą — odpowiedziała, szczerząc się w moim kierunku zuchwale — A ty, kim jesteś?
— Bevan — Byłem już nią zmęczony.
— Bevan, Bevan — zaczęła naśladować mój znudzony ton głosu, przedrzeźniając mnie.
Kiedy się uspokoiła staliśmy chwilę w ciszy. 
— Zejdziesz mi wreszcie z drogi? — warknąłem ostrzegawczo, jednak na Heather nie zrobiło to większego wrażenia.
— Spokojnie, spokojnie — powiedziała, uśmiechając się chytrze. W tym momencie z wyglądu przypominała lisa, dosłownie i w przenośni. — Najpierw powiedz mi, jakie będę miała z tego korzyści — Obejrzała dokładnie swoje pazury, następnie ponownie przeniosła na mnie swoje spojrzenie, wyczekując odpowiedzi.
— Mnóstwo, a konkretniej tyle co nic 
Uśmiechnąłem się w jej kierunku najsłodziej jak umiałem.

< Heather? >

Od Silence'a - C.D. Endless "Dziwne zdarzenie"

Nigdy nie byłem samcem, który zbytnio przejmował się losem innych. Traktowałem życie jak wojnę... a na wojnie trzeba przeżyć. Wszystkie ruchy są dozwolone, priorytetowym celem jest ochrona samego siebie. Zapewne znajdzie się wiele jednostek stających na piedestałach, podnoszących łapę w górę i drących się aż do zdarcia gardła - "Będę bronić mojej rodziny i klanu! Oni są dla nie najważniejsi!" Wiele osób nazwie ich bohaterami, będzie pochwalać decyzje, które podjęli... natomiast ja nazwę ich głupcami, samemu będąc określany mianem tchórza, samoluba i zimnego skurwysyna. Osobiście, pasuje mi taki podział ról... W chwili gdy oni będą zdychać przez swoją nieostrożność, zerkając w stronę wadery już tulącej się do innego basiora, ja zacznę uśmiechać się z bezpiecznej odległości... Przez swoją nieostrożność... swoją nieostrożność... nieostrożność. 
Tępy ból przeszył mój grzbiet na wskutek uderzenia o ścianę w dobrze znanej mi jaskini. Donośny huk ciągle dudnił mi w  uszach, a brzuch (mimo iż pokryty kamienną skorupą) obfitował w liczne rany kute, dość obficie broczące krwią. Zabawne, już drugi raz jestem w stanie ocalić swoją egzystencję dzięki mocy, którą posiadam. Do mojego nosa dotarła woń suszonego tytoniu przemieszana ze stęchłym, a wręcz ciepłym zapachem szkarłatu przelewającego się w moich żyłach. 
- Kurw... - syknąłem próbując sięgnąć po prowizoryczne opatrunki. Wykonane z ziół, które pożyczyłem z terenów Virgi Agmen. 
"Czyżbyś zapomniał co to ból, Silence?! Zawsze tak go lubiłeś, pragnąłeś być nim przesiąknięty! Był twoją mocą napędową! A teraz? Piszczysz niczym szczenie od kilku ran na tym bezwartościowym ciele. Nie osłabiaj mnie!" 
Psychopatyczny głos rozbrzmiewał w mojej głowie z każdą sekundą... a wraz z upływającym czasem wypływały ze mnie energie życiowe. Po krótkiej chwili poszukiwań odnalazłem odpowiedni zestaw, po czym przystąpiłem do opatrywania pokiereszowanego obszaru. Ran było dużo, nawet bardzo dużo. Na szczęście większość z nich była zwykłymi, prostymi wcięciami. Tylko dwie czy trzy okazały się nieco bardziej problematyczne.
Kończyłem robotę, czując jak łapy same trzęsą się z przerażenia. Tego głosu jeszcze nie znałem. I choć wydawał mi się dość bliski, mogę śmiało powiedzieć, że chyba nie do końca zerwałem więź z piekłem. Opadłem na i tak zakrwawione posłanie. Dość sporych rozmiarów liście, zioła zmielone na pastę oraz prowizoryczna substancja do przyśpieszenia zasklepiania się ran zamieniły mój dom w  swego rodzaju herbaciarnię. Won była nie do wytrzymania. 
- Ostatni raz w swoim życiu byłem uprzejmym basiorem. Już nigdy więcej nie pofatyguję się do żadnej jednostki... Co mnie tam poniosło?! - mówiłem sam do siebie wyraźnie podniesionym tonem... jakby miało to coś zmienić. 
Wyczerpanie spowodowane utratą dużej ilości krwi skutecznie utrzymało moje i tak lekko wyniszczone ciało w przeznaczonym dla niego miejscu. Posłanie... Ciepłe - tak naprawdę zimne... lodowate - posłanie. Dreszcze przechodziły mnie praktycznie co sekundę... doskonale wiedziałem, że najbliższe godziny będą kluczowe. Straciłem przytomność. 
Obudziłem się, sam nie wiem po jakim czasie. Rany przestały krwawić, jednak sucha trawa, na której spałem już suchą nie była... W kolorze również trawy nie przypominała. Jednak powód mojej pobudki był nieco inny, zdałem sobie z tego sprawę po zaczerpnięciu pierwszego oddechu. Czułem jej zapach. Coś, czego nie potrafiła zamaskować. Była tu? Jeśli tak, to kiedy i po co...? Wynurzyłem łeb z jaskini, a moim oczom ukazało się coś na kształt burzy piaskowej... tylko pozbawionej najmniejszych podmuchów wiatru. Gęsty pył spowił wymarłe pustkowia, i to właśnie on niósł zapach wadery, którą planowałem odwiedzić kilka godzin wcześniej. Nie chciałem tam iść. Miałem ochotę zapalić prowizorycznie zwiniętego papierosa, wrócić do jaskini i zmienić opatrunki, leżeć... drapać się. Nawet wizja gapienia się w ścianę była bardziej kusząca niż myśl o podróży przez rozpalone pustkowie spowite toną drobinek piasku. Mimo to polazłem, sam nie wiem dlaczego. Z każdym krokiem jej zapach stawał się silniejszy, natomiast mój niepokój wzmagały dwa truchła, które leżały na mojej drodze. Gdy dotarłem do centrum poczułem się niczym w środku cyklonu. Wszechogarniająca cisza i słup światła padający na ciało samicy. Była to End, choć z wyglądu w zupełności jej nie przypominała. Miała kremowo-białe futro z kilkoma zarysami jasnego brązu. Jej ciało było skąpane w szkarłacie, a wręcz aksamitny zapach mieszał się z metaliczną wonią. 
- Endless... - szepnąłem, liczyłem na jakąkolwiek reakcję. Gdy takowej się nie doczekałem ruszyłem w jej stronę aby poznać przyczynę. 
A tą znalazłem dość szybko. Przyłożyłem policzek do jej pyska, jednak nie wyczułem nawet delikatnego oddechu. Wadera nie żyła. Krzywiąc się z bólu usiadłem obok niej. Nie potrafiłem powiedzieć czemu jej śmierć aż tak bardzo na mnie zadziałała. Czułem się jakbym stracił przyjaciółkę, która znałem od lat... choć po raz pierwszy miałem z nią kontakt kilka dni wcześniej. Przy akompaniamencie dość sporego bólu zarzuciłem ją na grzbiet, po czym ruszyłem w kierunku jaskini, w której mieszkała. Stwierdziłem, że należy jej się godny pochówek. Mimo to droga zajęła mi o wiele dłużej - gdy wdrapałem się na śnieżny szczyt, księżyc już dawno zawitał na nieboskłonie. Ułożyłem End na posłaniu, które najwyraźniej zdążyła sobie ułożyć. Sam jednak byłem na tyle osłabiony, że nawet nie rozpatrywałem powrotu na tereny Cecidisti Stelae. Ułożyłem się w drugim końcu jaskini, dosłownie modląc się, aby do rana nikt inny nie postanowił jej odwiedzić.

< Endless? >

wtorek, 20 marca 2018

Od Endless - C.D. Fallena "Dziwne zdarzenie"

Poprzednie opowiadanie

Minęło już kilka dni od kiedy zostałam przyjęta do klanu Luminosum Iter. Od tamtego czasu nie widziałam się jednak z Silencem, basiorem który mi pomógł. Myślałam jednak o nim, sama nie wiedziałam, dlaczego. Miałam dziwne poczucie, że powinnam mu się odwdzięczyć, może na to liczył...? Pochłonęło to moje myśli wyjątkowo mocno, nie chciałam nawet wynurzać się ze swojej jaskini z pustymi łapami. Dzięki niemu byłam teraz bezpieczniejsza niż wcześniej, a przez ten krótki czas jaki z nim spędziłam zdążyłam dostrzec, że nie jest jednostką, która puszcza wszystko płazem...
Nie chciałam również odwiedzin z niczyjej strony. Pragnęłam być teraz samą, aby nareszcie samodzielnie znaleźć wyjście z sytuacji. Zaszyłam się więc w dość małej jaskini wysoko w Szczytach Martwych Aniołów - nazwa tych gór pasowała do mnie idealnie, a przynajmniej do tego jak się ze sobą czułam... Do tego wszystkiego, oczywiście uprzednio zawiadamiając resztę klanu, zabezpieczyłam jedyne bezpieczne wejście tutaj kilkoma minami ukrytymi w lodzie. Niestety, jedna osoba nie była o tym powiadomiona...

Uświadomiłam to sobie, gdy do moich uszu dobiegł dźwięk dużego wybuchu. Od razu zdałam sobie sprawę, co było tego powodem i zerwałam się na równe łapy, wybiegając przed wejście do jaskini. Kawałek dalej moim oczom ukazała się szkarłatna plama, tak dobrze znanego każdemu wilkowi płynu. Byłam z nim dobrze zaznajomiona, jednak teraz na ten widok serce podeszło mi do gardła...
Nie zważając na niebezpieczeństwo związane z dużym prawdopodobieństwem zejścia lawiny i wpadnięciem na kolejne miny, ruszyłam w stronę tamtego miejsca. Teraz bardzo tego żałowałam, bowiem gdy tylko do mojego nosa dotarł znany mi zapach papierosów, do oczu napłynęły mi łzy. I to nie z powodu tego, iż drażnił mnie ten swąd, teraz było inaczej. Bałam się, wiedziałam już do kogo należała ta krew...
Wykrzyknęłam jego imię, mając cichą nadzieję, że to nie było nic poważnego. Odpowiedziała mi cisza, a ja zaczynałam popadać w histerię. Do czasu, gdy jednak fala śniegu z dość dużym opóźnieniem całkowicie mnie pokryła. Niewiele później, moja 'wędrówka' była zakończona, prawdopodobnie u podnóża gór...
Byłam cała obolała, zaczynało mi brakować tlenu, miałam także kilka ran, z których również sączyła się krew. Nie to jednak było najgorsze. Tym, co zupełnie odebrało ze mnie chęć ucieczki była myśl, że coś poważnego mogło stać się Silence'owi. Tak bardzo nie chciałam go zranić... Było to jednak coś innego niż z każdym innym. Teraz bałam się znacznie bardziej, uważałam że znacznie bardziej należy mi się śmierć z własnej woli...
Co jednak, jeśli nie stało mu się nic poważnego? Co by wtedy pomyślał, gdyby wiedział o mojej śmierci? Zapewne w ogóle by nie pomyślał... Byłam mu obojętna, to że mi pomógł nie wywyższało mnie ponad innymi... O co ja się w ogóle łudziłam?
Coś jednak kazało mi walczyć. Coś pchało mnie do tego, aby się odkopać i stanąć z nim oko w oko. Bo czułam, że taka okazja jeszcze się nadarzy. Dlatego MUSIAŁAM walczyć, nawet jeśli miałabym nie wrócić z ów spotkania żywa. Nie obchodziło mnie to, nie obchodził mnie sposób mojej śmierci. Obchodził mnie on...
Łapy mimowolnie zaczęły grzebać w śniegu, a po dłuższym "kopaniu" znów mogłam zaczerpnąć tlenu i dostrzec słońce, mocno odbijające się od śniegu... Wręcz na ślepo stawiałam kroki przed siebie, czując że krew coraz szybciej zaczyna ozdabiać ów biały puch. Westchnęłam tylko i ostatkiem sił pobiegłam w kierunku, gdzie po raz pierwszy się spotkaliśmy. Coś podpowiadało mi, że to tam powinnam się kierować, co jednak miało okazać się wielkim błędem... Z każdą chwilą byłam słabsza, jednak nie robiło mi to większej różnicy. Moje łapy odbijały się od śniegu, aby następnie dotknąć soczystej trawy. Ponownie trafiłam do tego magicznego miejsca, teraz jednak wyglądało zupełnie inaczej. Wydawało się codziennym, niczym nie zaskakującym widokiem... Zamiast tryskać pełnią barw stało się szare, wręcz zamazane... Nie, to moje oczy się zamykały. Łapy zaczynały się o siebie plątać, potykać... A ja traciłam siły aby nad tym zapanować... Niewiele później padłam jak długa dokładnie w miejscu, gdzie stałam gdy spotkałam Silence'a. Gdzie on teraz był?! Ja... Potrzebowałam go...! Musiałam wiedzieć, co z nim... Nie było mi jednak dane...
Teraz zostało tylko czekać. Czekać do mojej śmierci, do wybuchu. Do śmierci mojej, i kolejnych, niewinnych istot. Zostały ostatnie sekundy...

< Silence? Dzięki tobie nie wyszłam aż tak z wprawy XD >

poniedziałek, 19 marca 2018

Od Aleksandra - C.D. Lynn "Ciekawość świata i nie tylko"


Widząc jej błagalną minę, westchnąłem ciężko i przewróciwszy oczami, oświadczyłem, mając lekką nadzieję, że odwiodę ją tym sposobem od tego ryzykownego pomysłu:
- Muszę Cię tylko ostrzec, że wykroczymy poza tereny całej naszej Watahy.
- Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że się boisz? - to mówiąc, w odpowiedzi wzruszyła ramionami i, posławszy mi zaczepne spojrzenie, postąpiła parę korków przed siebie.
Cóż miałem robić...? Ruszyłem niechętnie za nią. W końcu teraz, gdy już zdecydowałem się ją oprowadzać, stałem się za nią w pewien sposób odpowiedzialny, czy tego chciałem czy nie. 
- Jeśli musimy już robić coś takiego, to przynajmniej trzymajmy się blisko siebie. - przemówiłem do niej tonem, który zwykle rezerwowałem jedynie dla rozkapryszonych, krnąbrnych szczeniaków. 
- Nie bądź taki sztywny! - zaśmiała się, dając mi kuksańca w bok. - Przecież tak blisko naszych ziem, na pewno nie może nam się nic złego przydarzyć! 
- Na Twoim miejscu nie byłbym tego do końca pewny. - odparłem, rozglądając się z uwagą dookoła. Doskonale bowiem zdawałem sobie sprawę z tego, że jedynymi istotami nam podobnymi, które dość często się tu zapuszczały, były te należące do Klanu Cecidisti Stellae. Z tym , że raczej nie chciałem się z nimi teraz spotkać. Nie znałem bowiem w ogóle faktycznych umiejętności walki Lynn, więc w razie jakiekolwiek konfrontacji, liczyłbym tylko na własne siły. Mimo słuchów, które do mnie co jakiś czas dochodziły przez usta innych wilków, jakoby Alfy uznawały mnie za jednego z najlepszych swoich wojowników, wiedziałem, iż w porównaniu z nimi, wypadają one raczej skromnie. Dodatkowo tamtejsze osobniki były niemal w stu procentach skutecznymi zabójcami, które pozbawiły już życia wiele istnień. 
Z tych rozmyślań wyrwał mnie jakiś szelest dochodzący z gęstych krzaków po naszej lewej stronie. Towarzysząca mi wadera zdawała się go nie zauważać, gdyż spokojnie szła naprzód. Postanowiłem to wykorzystać, więc jednym szybkim susem skoczyłem w zarośla, zbijając zaczajonego w nich osobnika z łap. Już zamierzałem zadać pierwszy cios, gdy nagle usłyszałem dobrze znany mi głos Talestii:
- Natychmiast ze mnie złaź wariacie! 
Otumaniony uczyniłem, co mi kazała i rzekłem:
- Przepraszam, spodziewałem się kogoś innego. Co tu robisz?
- Chyba nie myślałeś, że będę spokojnie patrzeć jak Ty i...ta piękna nieznajoma - tu rzuciła znaczące spojrzenie w stronę Lynn. - pchacie się prosto w paszczę nieznanego.
- Chcesz powiedzieć, że śledziłaś nas przez cały czas?
- Owszem, ale najwidoczniej Ys zbyt dobrze Cię wyszkoliła...

<Lynn?>

niedziela, 18 marca 2018

Od Ivy - C.D. Sam'a "Poza watahą"


Drzemka Sam'a była wręcz idealnym momentem na przeprowadzenie własnego rozpoznania w otaczającym nas terenie. Rozglądając się spostrzegłam kilkanaście większych bądź mniejszych kamieni, krzewów, drobnych drzewek oraz dość wysokich żywych pomników natury wyposażonych w rozłożystą koronę liści. To właśnie jedno z takich drzew miało posłużyć mi jako punkt obserwacyjny, jednak osobiście nigdy nie podjęłabym się ryzyka wspinaczki na taką wysokość. Niewiele myśląc wytworzyłam jednego z klonów, nad którymi panowanie nie sprawiało mi już większego problemu. Po kilku minutach kukła prowadzona moimi zmysłami znalazła się na szczycie, dość skutecznie trzymając się jednej z grubszych gałęzi. Rozejrzałam się dookoła, wizja, którą udostępniła mi moja przywołana kopia ukazała wręcz więcej niż tylko mogłam sobie wymarzyć. Niedaleko nas znajdował się wodospad. Nie za duży, lecz idealny aby choć na chwilę odpocząć i przy okazji powtórzyć wiedzę zdobytą do tej pory. Byłam jednak ciekawa jeszcze jednej rzeczy, jakie to uczucie lecieć w dół, chociaż z takiego wysokości. Zwolniłam uścisk kolna,a ten momentalnie poszybował ku ziemi, łamiąc przy okazji kilkanaście gałęzi. Najwyraźniej właśnie te dźwięki obudziły młodego basiora, który to powoli wstał i przeciągnął się. 
- Długo spałem? - Zapytał zmieszany. 
Odpowiedziałam uśmiechem, po czym przecząco pokręciłam łbem. Widok, który ujrzał musiał być... przynajmniej dziwny. Dwie identycznie wyglądające wadery, jedna leżąca pod zaskakującą ilością gałęzi i patyków, druga natomiast stojąca nad ofiarą wypadku wykonując dziwne gesty. Każde poruszenie łapą miało na celu zebranie informacji o potencjalnych obrażeniach a ostatecznie doprowadzało do usunięcia klona. 
- Mam dla nas nowy cel podróży. - Powiedziałam, nawet nie dając możliwości na omówienie sytuacji, której był świadkiem. - Kawałek dalej jest wodospad, jeśli się pospieszymy to zdążymy tam przed zmrokiem. 
Oczy młodzika zalśniły swego rodzaju zaskoczeniem. 
- Przed zmrokiem? - Powtórzył nieśmiało. - Myślałem, że...
- Wrócimy na tereny watahy? - Zapytałam lekko przekrzywiając łeb. - Nie. Z całym szacunkiem, ale widza na temat obszaru położonego tylko tyle od naszych terenów to nieco za mało. Należy odejść jeszcze kawałek dalej, dzięki temu dowiemy się skąd może nadejść potencjalny atak. Wiadomo, że im bardziej dogodny teren tym to prawdopodobieństwo jest większe. 
- Największe jest przy granicy z Upadłymi. - Szepnął Sam. Zdawał się wciąż nie zapominać, kogo uważamy za wroga. 
Nie odpowiedziałam, ponieważ uznałam, że nie ma nic do dodania. W akompaniamencie śpiewu ptaków, powiewów dość ciepłego wiatru i własnego towarzystwa ruszyliśmy w stronę narzuconego przeze mnie celu podróży. Zgodnie z moimi przypuszczeniami dotarliśmy do niego dobrą godzinę przed zachodem słońca. Przyjemny szum wody rozbrzmiewał w naszych uszach, natomiast ja rozpoczęłam drobne przygotowania do ewentualnego obozowiska. Wybrałam miejsce jak najbardziej osłonięte od wiatru wraz z moim podopiecznym zebraliśmy dość spore ilości suchej trawy, mające posłużyć nam za posłanie. Jako prowiant zarówno młody basior jak i ja zjedliśmy po dość sporym kawałku sarniego udźca, zapiliśmy wodą, po czym legliśmy na miękkich legowiskach.
- Wow... - Sam przerwał niezręczną ciszę, najwyraźniej widok bezchmurnego, gwieździstego nieba wywarł na nim ogromne wrażenie. 
- Nigdy nie spałeś pod gwiazdami? - Zapytałam również przekręcając się na grzbiet i patrząc w taflę nieboskłonu. 
- Zdarzyło się, ale nigdy w takim momencie. - Odpowiedział wyraźnie uradowany zaistniałą sytuacją. 
Kiedyś słyszałam, że każda z gwiazd symbolizuje duszę uwolnioną od cielesnego cierpienia... piękne, lecz mało prawdopodobne twierdzenie.
- Gdybyś zbytnio zmarzł to powiedz, znajdziemy trochę suchego drewna i rozpalimy ogień. - Rzekłam ponownie przekręcając się na bok.
- Dobrze...
- i jeszcze coś, będę chciała przeprowadzić ci swego rodzaju test. Obudzę cię za... kilka godzin. Tym razem to ty będziesz musiał utrzymać wartę do świtu. 
- Ja? - Zapytał zaskoczony.
- Tak, masz tylko nasłuchiwać. Jeśli zdarzy się coś dziwnego, usłyszysz jakiś szmer nie obawiaj się mnie obudzić... a tymczasem, możesz się zdrzemnąć. 
Złożyłam swój łeb pomiędzy łapami, jednak nocną cisze ponownie zmącił głos Sam'a.
- Ivy... - Zaczął niespokojnie. 
- Tak, o co chodzi? - Powróciłam do poprzedniej pozycji ponownie nawiązując kontakt wzrokowy.

<Sam?>

Od Lynn - C.D. Aleksandra "Ciekawość świata i nie tylko"


Bielik amerykański w pewien sposób kojarzył mi się z Aleksandrem i to właśnie w jego kierunku spojrzałam. Silny, odważny, a jednocześnie niezależny i samotny. Ale przecież nie mógł przez całe swoje życie być sam? Nikt nie potrafiłby żyć w ciągłym osamotnieniu. Kiedyś, w przeszłości, musiał posiadać wilki, na których mu naprawdę bardzo zależało. 
Wypuściłam delikatnie powietrze przez usta, wracając spojrzeniem do niezwykłego ptaka. Po całym lesie rozgległ się jego dostojny okrzyk, jakby dając jasno do zrozumienie, że to on tu królował i lepiej tego niekwestionować. Uśmiechnęłam się do siebie. Orzeł znikł. 
— Wracając do wcześniej — zaczął Aleksander, marszcząc brwi. — Wspominałaś, że w dawnej watasze nie miałam z kim porozmawiać na temat walki. 
— Owszem — przytkanęłam. — Nie pochwalano u mnie umiejętności bojowych, Było to dla mnie głupotą, bo każdy wilk powinien coś umieć lub posiadać jakieś podstawy — powiedziałam, wyrzucają c z siebie żal.
Towarzysz słuchał wypowiedzi, którą kontynuowałam. Zeszłam na temat walki, opowiadając mu o swoich spostrzeżeniach czy zdaniu na temat stylów walki. Zaskakujące, że co jakiś czas wtrącał swoje uwagi lub nawet zgadzał się ze mną w pełni. Przyjemnie prowadziło mi się z nim konserwację. 
— Aleksander, przeszliśmy cały las wzdłuż i wszerz — zakomunikowałam, bo znaleźliśmy się na jego skraju. 
Basior rozejrzał się wokół. 
— Racja. Lepiej będzie, jeżeli wrócimy. 
— Ale ja nie chcę wracać! — krzyknęłam, zachowując się niczym szczeniak i patrząc na niego błagalnie. — Chodźmy dalej.
— Nie wiemy jakie niebezpieczeństwo... — upierał się wilk, ale weszłam mu w słowo. 
— Proszę!

< Aleksander? >