niedziela, 29 listopada 2015

Od Diesel'a - C.D. Brokenheart ''Bestia, którą się stałem''


Od tamtej nocy wiele się zmieniło, minęło już tak wiele czasu. Jednak wciąż wracam do tych chwil...
***
Przystawiając nos do ziemi, poczułem jedynie zapach świeżego śniegu. Zrezygnowany podniosłem głowę i otrzepałem się z białego puchu, po czym ruszyłem w coraz gęściejszy las. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, gdy po około kilometrze dostrzegłem świeże, wyraźne ślady. Około pięć młodych jelonków pod opieką starszego, posiadającego większe racice byka. Najwyraźniej tędy przemykały, być może w pogoni za resztą stada, za grupką łań, bądź bawiąc się, wspólnie ścigając. Potruchtałem po śladach, wyczuwając wyraźną woń ich ciał. Brokenheart znalazła się nagle obok mnie, nie wiadomo do końca skąd. Najwidoczniej również wyruszyła na polowanie za młodziakami. Jednak w tamtej chwili wolałem zostać sam. Coś jednak nie pozwalało mi zakończyć tropienia na rzecz Broken. To był głód. Pomimo iż w tamtym momencie czułem niewyobrażalny smutek, musiałem pamiętać o swoich potrzebach i ich zaspokajaniu. Dotarliśmy do miejsca, gdzie stara, sucha trawa przebijała się przez warstwę śniegu. Jelonki próbowały wygrzebać jak najwięcej, aby utrzymać się przy życiu. Jeden ze średniaków hasał wokół swoich towarzyszy i wyjadał im co znaleźli. Nie był tak czujny, jak pozostałe osobniki, biegał po całej okolicy. Byk go jednak pilnował. Brokenheart nie umiała odwrócić wzroku od starego zwierzęcia, które było dość doświadczone. Bez wyeliminowania opiekuna młodszych towarzyszy, nigdy nie udałoby nam się zabić tych dwóch sztuk, które były najbardziej oddalone. Pozostała trójka uciekła. Byka oddaliśmy do spiżarni watahy, sami zaś wzięliśmy mniejsze osobniki dla siebie.
 - Nie odzywałeś się przez całe polowanie. - Ciszę towarzyszącą podróży do rozstajów przerwał zdecydowany głos Broken. - Co jest?
 - Ojciec nie żyje. - Wydusiłem z siebie, unikając jej wzroku za wszelką cenę.
 - Przykro mi. - Odparła. - Co teraz zrobisz?
 - Nie wiem. Będę żyć dalej, ale muszę się otrząsnąć.
 - Diesel... wiem, że to trudne do pojęcia, ale rozumiem cię jak mało kto. Był dla ciebie kimś ważnym, ciężko ci się pogodzić z jego śmiercią. Nie udawaj twardego.
 - Czasem chciałbym, abyś nie była taka inteligentna. 
 - Wybacz, taka już jestem. Pomóc jakoś?
 - Już pomogłaś. - Uśmiechnąłem się.
***
Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zdążyłem się już wypłakać w jej ramię. Nie uznała tego za słabość, a za rzecz konieczną. Pokazała mi inną stronę siebie. Dziś szedłem ją odwiedzić. Moja dusza całkowicie się uleczyła. Wiedziałem, że kwiaty jej się nie spodobają. Jednak nie byłem nauczony dziękować komuś ważnemu w inny sposób.

< Broken? Jakość nie powala, ale muszę się znów wczuć w ten wątek >

Od Patton'a - C.D. Silence'a ''Przedsionek piekła''


Oczy zaświeciły się pełnym energii i zapału blaskiem, kiedy tylko łapa Silence'a zaczęła wywierać nacisk na czerwony przycisk, który po wciśnięciu zaświecił lekko, a wrota otworzyły się, wydając przy tym szurający i ciężki dźwięk. Duch eksploratora jeszcze nigdy nie dawał mi się tak we znaki. Czułem, że znajdziemy tu wiele rzeczy i doświadczymy jeszcze niejednej przygody. Naszym oczom ukazało się ciemne pomieszczenie. Posadzka była typową czarno-białą szachownicą, a sam pokój nie był za duży. Ciągnęły się od niego dwa skrzydła, o wiele rozleglejsze, pokryte tymi samymi kafelkami.
 - Powinniśmy się rozdzielić. - Zaproponował Silence, przekraczając drzwi jako pierwszy.
 - Najpierw znajdźmy światło. - Odparłem i zacząłem dotykać ściany w poszukiwaniu włącznika, którym okazała się duża dźwignia. Lampy rozbłysnęły i przyprawiły moje oczy o błędne ogniki. Kilka z nich gasło i zapalało się w ciągu kilku sekund nawet po pięć razy. - Które skrzydło bierzesz?
 - Lewe. - Odpowiedział. - Ty weź prawe.
 - Zgoda. - Rzekłem zadowolony. - Jakby cokolwiek się działo, mamy telepatię, teleportację i super szybkość. Co może pójść nie tak?
 - Wszystko. - Odparł Silence. Jego umysł realisty nigdy nie zmieniał toku myślenia.
 - Bez przesady, co najwyżej zginiemy. - Uśmiechnąłem się pod nosem i ruszyłem z wolna w swoją stronę. - Do usłyszenia.
 - Masz rację, śmierć nam niestraszna. - Rzekł mój towarzysz i ruszył o wiele szybszym marszem w swoją stronę. Mnie nigdzie się nie spieszyło. Korytarz przypominał mi jedną z chat, w której przyszło biesiadować ludowi Fireblood'ów za moich czwartych urodzin. To była nasza ostatnia biesiada, potem wyniosłem się na dobre, by wieść życie demona z krwi i kości, a nie jedynie z nazwy. Pomieszczenie było puste i bardzo długie, jednak z głębi było słychać bardzo wyraźny dźwięk jakiegoś mechanizmu. Modliłem się w duchu, aby nie był to jeden z tych robotów - nie miałem ochoty spotykać żadnego z nich, szczególnie w samotności. Dźwięk był regularny, a mechanizm był zbudowany na zasadzie wahadła, które przechodząc przez położenie równowagi wydobywało z siebie mechaniczny zgrzyt starości i prymitywności. Wreszcie ujrzałem źródło dźwięku: skrzynia, z której wystawała ręka, kołysząca się zupełnie jak wahadło w zegarze. Kiedyś już miałem do czynienia z tą pułapką: wystarczy dotknąć ręki, aby złapać się w myśliwskie sidła. Do dziś nie rozumiem, jak działał ten mechanizm, ale wiedziałem tylko jedno: prawdopodobnie był to zabytek z końca XX wieku. Poszedłem dalej i kilka metrów później natknąłem się na pierwszą kałużę kwasu. Obecność robota dawała o sobie znać, z kwasu parowało ciepło, a kałuża była jeszcze dość zwarta, nie rozlała się po całej podłodze. Oznaczało to jednak, że ma prawdopodobnie przebity zbiornik, ponieważ ślady ciągnęły się jeszcze długo, potem robot prawdopodobnie uruchomił funkcję czyszczenia i zacierał za sobą ślady. Więc wie o tym, że przecieka mu zbiornik na broń i stał długo w jednym miejscu. Tylko co to może znaczyć? Zagłębiłem się w myślach na tyle, że nie zauważyłem kolejnej pułapki. Kafelka wsunęła się pod podłogę, a ja tracąc grunt pod łapami, wylądowałem na niższym poziomie, w ciemnym pomieszczeniu. Patrzyłem ze zrezygnowaniem i zdenerwowaniem na sufit, gdzie uśmiechała się do mnie dziura, przez którą wpadłem. Dawała jedyne źródło światła i pozwoliła odnaleźć generator, który uruchomiłem. Spojrzałem przed siebie i zauważyłem dwa korytarze. Westchnąłem ciężko i ruszyłem w ich stronę. Musiałem dostać się na górę.

< Silence? Co ty przez ten czas robiłeś? >

Od Decron'a - C.D. Cassydy ''Nieważne co się stanie, zawsze będę przy tobie...''



Patrzyłem na waderę, a ta na mnie. Kiedy ratujesz kogoś, masz prawo czuć się dumny z siebie. Jeśli kiedykolwiek kogoś uratowałeś, narażając własne życie, masz odwagę lwa. Taki też jestem. Ratuję w potrzebie, ale nie każdego, rzecz jasna. Cassydy jest młoda i uważam, że powinna mieć jeszcze dużo czasu na przeżycie tego, co piękne, ciekawe... Myśli błądziły w mojej głowie. Zacząłem odpływać w inny świat. Świat przemyśleń, marzeń i koszmarów, oraz snów. To tam spełniało się wszystko, co chciałem. Ale też przeciwnie... To tam myślałem o wszystkim. Tego stanu nienawidzę, jak i kocham. Nagle usłyszałem ten śliczny jak srebrny dzwonek głos.

- Dziękuję... za wszystko. - powiedziała i rzuciła mi się na szyję. Ja położyłem łapę na jej grzbiecie.
- No... dosyć tej czułości... - rzekłem odsuwając ją od siebie. Tak naprawdę, chciałbym ją ściskać wieki. Ale nie chcę, by to wiedziała. Czytałem jej sen. 
- Wychodzę. - powiedziałem.
- Dokąd? - usłyszałem. Nie odpowiedziałem i wyszedłem. 
Pobiegłem na koniec lasu i później zjawiła się Cassydy. Zaprowadziłem ją do miejsca, jednego miejsca, kazałem zamknąć oczy. Po chwili, gdy je otworzyła, milion świetlików (zaprzyjaźniłem się z nimi) oświetlało nas. Ustawiłem jeszcze kilka świeczek, co nadało piękny wygląd. Zaczęliśmy jeść. Przystawka: nietoperz. Główne danie: jeleń. Deser: potrawka z wróbla. Po kolacji zaczęliśmy się całować. Tak, jak było w jej śnie... Później przytuliła się do mnie i zasnęła. Świetliki szybko zmieniły swoją pozycję, swoją i świeczek, tworząc oświetlenie w drodze do naszej jaskini. Ona obudziła się. Oparła się o mnie i wtuliła głowę w moją szyję. Zaczęliśmy iść dróżką w towarzystwie milinów świetlików i świeczek. Szliśmy - ja i ona. Był idealny moment. Nagle zatrzymałem ją.
- Cassydy... czy zostaniemy parą? To znaczy wiesz, jeszcze w typu randek, pocałunków... -spytałem spoglądając w jej głębokie oczy.


<Cassydy? No sorry xd>

Od Forgotten Soul - Przeszłość [Quest #1], cz 1

Zachodzące słońce było obrazem, o którym ciężko jest zapomnieć. Barwiąc w dali naturę na kolor pomarańczowo-podobny. Śnieg równie delikatny, ułożony na gałęziach drzew, ubierał wszystkie w śnieżnobiałe szaty. Czarne ptaki na widoku słońca dodawały chwili piękna. Gdzieniegdzie można było dostrzec byłą obecność zwierząt na śniegu. Czy małe, duże ślady. Wszędzie znajdowały się obiekty umilające perspektywę. Delikatny wiatr czesał naszą sierść dając poczucie bezpieczeństwa. Wbijając wzrok w krajobraz, przystanęliśmy na chwilę, by poczuć delikatny smak przyjemności. Chwilę przerwał głos spokojnego basiora.
- To jedna z wielu rzeczy, które w ciemności nie da się dostrzec. - odpowiedział sunąc ogon po śniegu. Odwracając głowę ku wilkowi, po chwili doczekałam się zetknięcia z jego wzrokiem. Jaskrawa żółć oczu równie pięknie prezentowała się na tle białej sierści. Wpatrując się jeszcze przez dłuższą chwilę, obdarował mnie ciepłym uśmiechem.
- Dzięki niej, byłam w stanie dostrzec rzeczy, jakich pragnę. – odrzekłam delikatnie unosząc głowę
Wokół nas ponownie słychać było jedynie wiatr, oraz strumyk, dzięki któremu silny prąd nie pozwolił mu zamarznąć. Krajobraz coraz bardziej zalewał kolor pomarańczowy. Powiewy wiatru po chwili ustały, a na horyzoncie można było dostrzec stado śnieżnobiałych ptaków.
- Czasem… rzeczywistość ma piękniejsze barwy.
***
- Powinnaś odpocząć, sporo dziś przeszliśmy. - rzekł basior. Kiwnęłam delikatne głową. Wilk złapał w pysk skórę z niedźwiedzia, po czym kierując się w moją stronę, ułożył ją na moim plecach. Sam zaś usiadł przy wyjściu z jaskini. - Śpij dobrze. – wypowiedział znad ramienia. Jedyne światło teraz stanowiły gwiazdy. I znowu… cisza. Leżąc na boku w pyskiem na zimnej ziemi. Obserwując pustkę, nadsłuchiwałam najcichszego dźwięku. Na całe szczęście nie zanosiło się na wiatr. Pozostając w kompletnym bezruchu, nie byłam w stanie doczekać się snu. Nie ważne ile nie czekałam, życie nie zamierzało podarować mi tego jednego podarunku.
Mijały minuty, aż w końcu cichy szelest dał mi znak, że jeszcze żyję. Mógł być to jedynie zając, sarna, cokolwiek związane z naszym jadłospisem, lecz i tak nie miałam nic ciekawszego do roboty. Delikatnie zsuwając z siebie posłanie, narzuciłam na wilka spojrzenie. Na całe szczęście spał, więc nie zadawał by głupich pytań. Omijając jego ciało, powędrowałam wzdłuż dźwięku. Postawiłam jeszcze kilka kroków. Cisza. Nieco rozczarowana, miałam zamiar już zawracać. Kiedy to cichy, niewyraźny szept wprawił moje serce w szybszy ruch. Chwilę po tym, czułam czyjąś obecność za plecami. Raptownie odwracając głowę w tę stronę, zdałam sobie sprawę, że nikogo tam nie było. Choć czułam lęk, ruszyłam w stronę instynktu. Omijając drzewa, co chwilę odwracałam się wokół siebie. Wędrując w linii prostej, czułam, że powinnam jednak zawrócić. Oddech robił się coraz cięższy.
Po raz pierwszy, ciemność stała się moim wrogiem. Dotychczas chroniła mnie w swych objęciach. Kryła przed całym światem. Zapewniało ciepło, bezpieczeństwo… Teraz za to stawia mnie w losy własnego nieszczęścia. Szeptała, śpiewając pieśń strachu, który zalewał moje serce.
Nagle, delikatne płatki zaczęły opadać na ziemię. Chwila nieuwagi… i znowu ten głos. Nieco wyraźniejszy. Odzwierciedlał smutek. Złapał mnie za łapę, prowadząc swoją ścieżką. Stawiając niepewne kroki, nie miałam pojęcia czemu to robię. Wystraszona, zaczęłam obracać głową we wszystkie strony świata. Trwało to przez dłuższą chwilę, aż zatrzymałam wzrok na jednym miejscu. Wszystko wokół ucichło, zrobiło się spokojne. Wraz z moim sercem. Podeszłam do ciała wilka. Nie wykazywało najmniejszej oznaki życia. Ciemna smuga krwi sączyła się z jego gałek ocznych, zostawiając kilka śladów na pysku. Wzrok wbity miało w jedno miejsce. Usiadłam na zimnym śniegu, nie spuszczając wilka z oczu. Odczułam ciepło spływające po policzkach. Wycierając łapą pysk, dostrzegłam wyraźne ślady krwi na łapach. Poczułam lekką niepewność. W końcu krople zaczęły opadać na białą ziemię. Chwilę później, po twarzy spływały ogromne ilość tego metalicznego płynu. Obraz przed oczami powoli zaczynał zanikać. Wilk nadal leżał krwawiąc.
- Znowu… razem, – nie był to zwykły szept, a różne tony nachodzące na siebie. Zniknęły… wraz z ciałem.

Od Silence'a - Pisarz [Quest #3]

UWAGA, PONIŻSZY TEKST ZAWIERA WULGARYZMY! CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!

Zacieram dłonie, patrzę jak cały świat płonie. To wzbudza paranoje i tylko my we dwoje. Na końcu uniwersum czekamy aż glob w agonii utonie. Śmierć wszystko pochłonie, ciemność rozpalą pochodnie. Te małe ognie zagubionych dusz, w marszu wyglądają jak na kartce tusz. A raczej z niego plama, niebezpiecznie krwawa. Rozlewa się po liniach, tworząc barykady, na których wiszą zwłoki poległych, na polu chwały. Czerwona kropla spływa po skroni, myślisz , że to łatwe? Sam spróbuj się obronić. Sam wyjdź na środek sali i wykrzycz swoje imię. Inaczej wśród tłumu jako szarak zgnijesz. Wolałeś zamilknąć? Zamknąć ryj na klucz? W takim razie zdychaj i w próżni się duś! Patrząc na was z góry widzę tylko coś, widzę co się stanie i jak padnie ktoś. Widzę waszą śmierć  Twoja będzie krwawa! Każdą kończynę wyrwie z Ciebie pierdolony szatan! Ciągle podróżuję i sieję zniszczenie! Teraz wasza kolej, rozpierdolę ziemię! Przełamię ją na pół, po czym zgniotę w pył, a z waszych istnień pozostanie dym.

Od Silence'a - Zmiana perspektywy [Quest #2]

UWAGA, PONIŻSZY TEKST ZAWIERA WULGARYZMY! CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!

Poranne słońce powoli wspinało się na nieboskłon, nie przynosiło jednak ciepła. Lśniąca powłoka delikatnie mieniła się tysiącem barw, a nawet najmniejszy nacisk na jej delikatną strukturę wywoływał mnóstwo pęknięć. Wilki, które nie przepadały za zimnem wciąż kryły nosy pod ciepłymi skórami upolowanych zwierząt. Można było jednak znaleźć kilka wyjątków, jednymi z nich był trzy wilki. Dwa czarne i jeden biały. Powoli przemierzały las w poszukiwaniu jakiegoś zdatnego do upolowania zwierzęcia. Przychodziło im to z wielkim trudem, śnieżna warstwa bardzo skutecznie zakryła ślady, a zapach łownych ofiar skryty był pod grubą, zimną warstwą. 
- Black, masz coś? - Zapytał biały wilk co chwilę przekształcając broń znajdującą się w jego łapie. 
- Aż tak bardzo ci się spieszy? - Zapytała wadera. 
- Dupa mu zmarzła, po prostu chce wracać do domu. - Szybka docinka wyrwała się z ust do tej pory milczącego samca.
- Daj spokój Silence. - Zaczęła wadera. - Miałeś nam pomóc, a nie sypać suchymi tekstami. 
- Pomagam. 
- Niby jak?! - Zapytał biały basior. 
- Dwa jelenie, blisko dwudziestu metrów od nas. A wydrzyj się tak jeszcze raz to sam będziesz je gonił. - Wysyczał wilk opuszczając łeb. 
Dwójka towarzyszy uniosła uszy próbując wyłapać delikatne dźwięki wydawane przez mało czujne stworzenia. Jednak zamiast spokojnych dźwięków wydobywających się z gardeł wielkich worków mięsa dało się usłyszeć ogłuszające zawodzenie. Cała trójka rzuciła się sprintem aby zbadać dziwną sytuację. Sam fakt polowania nie byłby dziwny... jednak wszystkie wilki były aktualnie prawie w centrum watahy. Szybko wypadli na splamioną czerwienią polanę. Ich oczom ukazały się dwa wilki: żółty i niebiesko-zielony. Samica i biały samiec przyglądali się całemu zjawisku... jednak niebieskooki wilk wyszczerzył kły, wyjął broń i zjeżył sierść. Doskonale wiedział, że ta dwójka nie należy do ich społeczności, do tego wiedział dlaczego zaszli tak daleko. 
- Patrz Mikki. - Zaczął intruz przełykając kawałek surowego mięsa. - Iskierki. 
- Fakt, spierdalać... dla waszego dobra. - Wydusił żółty wilk ponownie wgryzając się w leżące truchło jelenia. Biały samiec wyszeptał coś do samicy, a ta prawie w natychmiastowym tempie odbiegła w stronę przeciwną. Intruzi widząc iż oba samce nie mają zamiaru rezygnować oderwali się posiłku i zbliżyli się do rdzennych mieszkańców.
- Bezprawnie naruszyliście tereny naszej watahy... - Każde słowo wychodzące z czarnych jak smoła ust samca było przesiąknięte nienawiścią i chęcią do walki. - W innym wypadku będziemy zmuszeni podjąć walkę. Kolejnego ostrzeżenia nie będzie. 
"Najeźdźcy" w odpowiedzi wyciągnęli swoje oręże. Niejaki Mikki posiadał katanę o niebieskim ostrzu, natomiast wadera, która jak dotąd nie ujawniła swojego imienia podniosła długi, prosty kij obity na obu końcach czarną stalą. Walka byłą nieunikniona... bardzo szybko zwarły się wszystkie ostrza. Czarny basior walczył z samcem władającym kataną. Miał on sporą przewagę, jednak złe jej wykorzystanie mogło go bardzo łatwo zgubić. Druga walka tocząca się kawałek dalej była o wiele bardziej wyrównana. Oba oręże były na podobny zasięg, przez co walczący mogli wykazać swoje prawdziwe umiejętności. Podczas gdy żółty wilk spierał się z czarnym basiorem, śnieżnobiały samiec skutecznie wyprowadzał ataki. Kilka ciosów umożliwiło mu doszczętne okaleczenie lewej łapy samicy, przez co walka z nią stałą się o wiele łatwiejsza. Wojowniczka została zepchnięta z ofensywy do defensywy, podczas gdy sytuacja na drugim polu bitwy była dość odmienna. Samiec o ciemnej sierści stał prawie dwa metry od przeciwnika trzymając się za lekko rozciętą klatkę piersiową. Ignorując czerwoną kroplę ściekającą po jego policzku rzucił się do ataku. Nie był on jednak w stanie zaskoczyć "samuraja" z wrogiej watahy. Szybki cios kataną pozbawił samca broni, która odleciała na blisko pięć metrów. Rozcięta prawie do kości łapa drżała brocząc czerwoną cieczą. Wrogi wilk zbliżył się i przyłożył ostrze swego miecza do szyi obrońcy. 
- Żegnaj... psie! - Warknął, jednak ostrze przecięło jedynie powietrze. 
Dotychczas dumny pysk basiora nagle wykrzywił się w grymasie bólu. Silence stał w miejscu lądowania tomahawka, a wcześniej wspomniana broń tkwiła głęboko w udzie agresora. Całości dopełniła lodowa strzała, która spowodowała wywrócenie się wilka. Oboje najeźdźców leżało na ziemi z zimnym i umazanym krwią metalem przy gardle. 
- Wataha. - Wysyczał wilk władający halabardą. 
- Gówno cię to interesuje! - Wrzasnęła pokonana wadera.
Smolisty samiec nie mógł się opanować, złapał mocniej uchwyt, wziął zamach i... 
- Silence! - Głos tropicielki rozległ się za jego plecami. Wraz z samicą na całe widowisko przybył samiec alfa, Flash. 
- Co się dzieje, dlaczego chcesz dokonywać egzekucji na nieznajomych? - Zapytał sarkastycznie wyraźnie oburzony dowódca. 
- Owa dwójka wkroczyła bezprawnie na nasze tereny, gdyby tego było mało zapolowali na naszą zwierzynę i odmówili dobrowolnego odejścia. 
- I to jest powód do takiego zachowania? 
- Wykonywałem swoje zadanie, takie polecenie dostałem od alfy. 
- Alfy? Nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek kazał ci podnosić łapę na nieznajomych. 
- Ty nie... ale Gustaw to już inna sprawa. - Po tych słowach wilk odwrócił się i począł odchodzić. 
- Jeszcze raz się tak do mnie zwróć, a pożegnasz się ze stanowiskiem Gammy. - Wrzasnął samiec wskazując kierunek północy. To właśnie tam była najbliższa granica. - A wy won! Przyleziecie jeszcze raz a nie będę was wypraszał osobiście. 
Po owym ostrzeżeniu intruzi zwlekli swoje ociężałe i poranione ciała, po czym udali się we wskazaną stronę. 
- Silence! - Donośny krzyk rozbrzmiał po całym lesie. - Co ty sobie wyobrażasz?! 
- Nie posiadam wyobraźni. - Wilk odpowiedział obojętnie. 
- Wiesz, że mogłeś rozpętać wojnę?! Czy ty używasz czasem mózgu?
- Posłuchaj mnie Flash. Ufam Ci jako przywódcy... jednak rozkazy, które dostałem zostały wydane przez samca... którego już nie ma na pozycji dowódcy. I dopóki ty nie wydasz mi nowych, nie mam zamiaru zaprzestawać działań powierzonych mi wcześniej. Tak jak mówiłem, ufam ci jako alfie i jako członkowi tego stada, pomimo iż jesteś z innej watahy. Ale nie mam zamiaru patrzeć jak łowcy wracają po kilku godzinach z może dwoma sarnami, a wrogie wilki robią sobie ucztę z naszych zwierząt. Mówisz, że mogłem wywołać wojnę... z wielką chęcią zginąłbym za tą watahę. Zginąłbym za Ciebie, za Star, za Pattona i wszystkie inne wilki chodzące po tych terenach. Czekam jedynie na rozkaz. 
Samiec alfa nic nie odpowiedział, jedyne co zrobił to pokręcił głową i odszedł w swoim kierunku.

Od Spirit'a - Dobra rada i kolejna lekcja

Tata jak co dzień przygotował śniadanie dla całej naszej rodziny.
- Wyśmienite! Jak ty to robisz? - Zapytała mama oblizując się.
- To moja słodka tajemnica. - Powiedział tata uśmiechając się.
- Tato, możemy odwiedzić przyjaciół mamy? - Zapytała Aravel przeżuwając kawałek mięsa.
- Jasne, lecz pod okiem mentorów i mamy, jeśli wam pozwolą, możecie iść. - Odpowiedział tata.
- Pójdziemy zapytać nauczycieli i wilka o którym nam mówiłaś, czy możemy mieć u niego swoją pierwszą lekcję? - Zapytała Aravel podgryzając kość ze śniadania.
- Jasne. - Odpowiedziała mama.
- Tato, pójdziesz z nami? - Zapytałam.
- Nie, ja muszę pójść na polowanie abyście miały co jeść. - Odpowiedział.
- Dobrze, więc chodźmy! - Powiedziała mama po czym otworzyła swoją wielką, skórzaną torbę. - Wchodźcie, polecimy, będzie szybciej. - Powiedziała mama.
- Mamo, mogę lecieć na twoim grzbiecie? Będę się mocno trzymać! - Zapytała Aravel gdy już miała pakować się do torby.
- Jasne, tylko uważaj abyś nie spadła! - Powiedziała troskliwie.
Byliśmy z siostrą w środku torby, było tam strasznie ciemno, ale i ciepło oraz przytulnie.
- To już tutaj, później dolecimy jeszcze w jedno miejsce do mentorów, dziś będziecie pokazywać swoje najlepsze strony podczas walki. - Wyjaśniła mama.
- Super! Uwielbiam walkę! - Krzyknęła Aravel entuzjastycznie.
- Ja tam nie lubię walki... - Odpowiedziałem niechętnie.
Aravel weszła do środka jaskini, mama czekała tuż za nią, my podążaliśmy za siostrą.
- Kim jesteście i czego tutaj chcecie? - Powiedział wilk powarkując.
- Jestem Aravel, córka Sheiry, a to moje rodzeństwo. - Przywitała się.
- Sheiry? Przepraszam, nie przedstawiłem się, mam na imię Decron i jestem jej przyjacielem, bardzo chciałem was poznać. - Odpowiedział wilk zmieniając ton na nieco spokojniejszy.
Wtedy weszła mama i powiedziała. - Przepraszam że nie zawiadomiłam cię o odwiedzinach.
- Nic nie szkodzi, sam chciałem do ciebie przyjść aby je zobaczyć. - Odpowiedział.
- Mogą tutaj zostać na chwilę? Zaraz wrócę, mam jeszcze jedno pytanie, mogą mieć tutaj swą pierwszą lekcję walki? Polecę teraz zapytać ich nauczycieli czy zgodzą się. - Powiedziała mama do wilka.
- Jasne, byłbym zaszczycony. - Odpowiedział.
- Do zobaczenia! - Powiedziała mama po czym wystrzeliła w powietrze.
- Pa. - Powiedział wilk.
- Pa mamo. - Pożegnaliśmy się z mamą.
- Chcecie coś do jedzenia lub picia? - Zapytał wilk w kapturze.
- Nie, dopiero jedliśmy śniadanie, czy to smok stoi na twoim grzbiecie? - Zapytała siostra.
- Tak, nazywa się szpon. - Powiedział wilk uśmiechając się do stworzenia.
- Chciałabym kiedyś mieć smoka... Ale to tylko marzenie... - Odpowiedziała Aravel.
- Marzenia czasem się spełniają. - Powiedział wilk próbując poprawić humor siostrze.
- Ta... Jasne. - Odpowiedziała Aravel.
Wtedy do jaskini weszła nasza mama razem z mentorami.
- Cześć Crystal, widzę że jesteś nauczycielem jednego z tych szczeniąt. - Powiedział Decron.
- Tak, Niko. - Odpowiedziała krótko.
- Mógłbym sprawdzić atuty szczeniąt? Będę delikatny! - Zapytał Decron, wszyscy mentorzy pokiwali pyskami na tak.
- Więc kto pierwszy? - Zapytał.
- Ja bym mogła... - Zgłosiła się Aravel i podeszła do wilka.
- Gotowa? - Zapytał.
- Zawsze! - Uśmiechnęła się.
- Zacznijmy. - Odpowiedział po czym próbował zaatakować ją w bok, uniknęła tego i ugryzła go w nos.
- Daj z siebie wszystko! - Krzyknął Decron, a ona podrapała go w prawy bok, ugryzła go w opuszkę prawej przedniej łapy, zapiszczał cicho. Potem wilk powalił ją na ziemię, chciał ugryźć ją w szyję, kłapnął pyskiem obok, ale odsunęła się i wstała po czym ugryzła go w szyję, głośno zapiszczał.
- Dobra, koniec. Świetnie sobie radzisz jak na szczenię, ledwo żyję, jesteś niesamowita, gdzie się tego nauczyłaś? - Zapytał zachwycony dysząc.
- Brawo Aravel, jesteś świetna w walce, choć niektóre z twoich uników nie były najlepsze, jesteś jeszcze szczeniakiem, więc masz czas na naukę.
- Dziękuję. - Odpowiedziała po czym zasnęła z wycieńczenia.
- Kto teraz, maluchy? - Zapytał wilk po czym raz spojrzał na mnie a raz na siostrę.
- ... - Podeszła bez słowa jakby bezbronna.
- Gotowa? - Zapytał.
- ... - Tylko skinęła łbem na tak i rzuciła na niego wyzywającym spojrzeniem, wilk prawie powalił ją na ziemię kopiąc w podbrzusze, lecz odskoczyła po czym ugryzła go w kark, a on upadł, ale po chwili wstał i czekał na atak, wskoczyła na jego grzbiet i wbiła pazury w jego ciało, wilk zapiszczał. Potem prawie odrzucił ją do ściany jaskini, ale odskoczyła i tym razem ugryzła go w tylną, lewą łapę, upadł.
- Jesteś bardzo szybka i świetna w unikach, lecz trochę gorsza w atakach, brawo mała. - Powiedział wilk, a Demon podszedł do niego aby opatrzyć jego rany. Wilk na nowo wstał a Crystal dała mu trochę jedzenia i wody, aby poczuł się lepiej.
- Chcesz walczyć ze mną czy ze swoim mentorem? - Zapytał Decron.
Spojrzałem na rany wilka i odpowiedziałem: - Nie chcę abyś cierpiał, będę walczył z mentorem.
- Dobrze. - Odpowiedział, położył się na swoim posłaniu i patrzył na przebieg mojej walki.
- Gotowy? - Zapytał Demon.
- ... - Nic nie odpowiedziałem, jedynie zacząłem się skradać prowadząc okrąg dookoła wilka, ten obserwował me ruchy, więc przez chwilę udawałem że chcę skoczyć na jego grzbiet, czyli lekko podskoczyłem po czym ugryzłem go w tylną, prawą łapę. Postanowił ugryźć mnie w kark lecz nie myślałem o bólu, odskoczyłem od wilka a on także trochę ode mnie odszedł, powarkiwałem na niego po czym szybko odbiegłem w prawo a potem wróciłem na swe miejsce, wilk obrócił się w korzystną dla mnie stronę a ja ugryzłem go w kark, upadł a ja dalej trzymałem go za kark aby nie wstał. Po chwili puściłem aby mógł wstać i powiedzieć czy zdałem.
- Nieźle, tylko na przyszłość staraj się wykonywać jak najmniejsze ruchy, a nawet jeśli takowy wykonasz, zrób to tak, aby skołować przeciwnika aby móc łatwiej zaatakować. Zdałeś.
- Dzięki za radę, popracuję nad tym. - Odpowiedziałem.
- Posiedzicie jeszcze u mnie czy wrócicie do domu? - Zapytał.
- Wracamy Niko? - Zapytałem siostry.
- Możemy iść, tylko jak ją zaniesiemy? - Zapytała siostra wskazując pyskiem na Aravel.
- Demonie, pomożesz nam ją zanieść? Nie chcę jej budzić.
- Jasne! - Odpowiedział wilk.
Wróciliśmy razem z Demonem do domu a on położył Aravel na jej posłaniu, my z Niko ułożyliśmy się na swoich legowiskach.
- Pa, Demonie. - Pożegnałem się.
- Do zobaczenia. - Odpowiedział i cicho odszedł.
Zasnęliśmy wszyscy blisko siebie i zapomnieliśmy o całym świecie, to był dzień pełen wrażeń.

Dopisek od admina: wybaczcie za brak poprawionych błędów, ale trzeci raz poprawiałabym praktycznie to samo opowiadanie. Dosyć ;-;

wtorek, 24 listopada 2015

Od Cassydy - C.D. Decron'a ''Nieważne co się stanie... zawsze będę przy tobie''


Zmieniłam nastawienie do mojego współlokatora, chociaż nie jestem pewna, czy on też zmienił swoje nastawienie do mnie. To wszystko przez sen, i to nie byle jaki sen; obudziłam się pewnego słonecznego poranka, po czym wyszłam z jaskini. Słońce grzało niepewnie oświetlając delikatnymi promieniami całe tereny tego przepięknego miejsca zwanego Watahą Krwawego Wzgórza, przy tym samym ogrzewając ziemię. Był to piękny, słoneczny i ciepły poranek. Postanowiłam przejść się ścieżką wgłąb lasu. Czułam jak moja dusza rwie się do tańca. Świergot ptaków wypełniał las wesołą melodyjką płynącą harmonijnie po niebie, ku słońcu. Ogarniało mnie wewnętrzne ciepło, zupełnie tak, jakby zaraz miało się wydarzyć coś niespodziewanego, nieoczekiwanego zupełnie. Gdy doszłam do kresu podróży, stało się. Na skraju lasu spotkałam Decrona. Nie kogo innego, jak właśnie tego, który jest ze mną od momentu wkroczenia na te tereny. Tym razem jednak nie był taki jak zawsze. Po chwili uniósł się i stanął przede mną w całej swojej okazałości. Nie miał już na sobie ''bluzy'', o ile można to tak nazwać. Podszedł do mnie krokiem powolnym, lecz pełnym dumy, po czym zaprosił na kolację. Lekko zaskoczona rozejrzałam się wokoło i ku mojemu zdziwieniu zapadł już zmrok. Ruszyłam za basiorem, a ten zaprowadził mnie na klif, kazał usiąść, zamknąć oczy i czekać. Gdy tylko pozwolił mi otworzyć oczy, ja szybko to uczyniłam i z niedowierzaniem patrzyłam na miliony światełek otaczających nas. Najwyraźniej nie miała to być zwyczajna kolacja. Decron przyniósł również jelenia, którego spożyliśmy w przemiłej atmosferze wśród milinów świec. Była to romantyczna kolacja. Po ukończeniu posiłku basior pocałował mnie namiętnie, co wywołało u mnie niezwykłe uczucie. Nie myślałam, że posunie się tak daleko, mogło by się przecież wydawać że mnie nie lubi. Potem już nie mogłam przestać o nim myśleć. Od początku ''czułam do niego miętę'', jednakże bałam się tego okazywać. Teraz byłam pewna, że mogę mu to odwzajemnić. Moglibyśmy całować się tak wieczność, lecz zawsze coś się kończy. Poczułam się senna, więc wtuliłam się w miękkie futro basiora, co skończyło się nieznacznie tym, że zasnęłam na jego piersi. To był najcudowniejszy dzień mojego życia. Krótko potem usłyszałam jednak czyjś głos, i zdałam sobie sprawę że to był tylko sen, nierealna rzeczywistość, coś co się nigdy nie spełni, co nigdy nie miało miejsca. Obraz powrócił do normy, a ja dostrzegłam sylwetkę mojego współlokatora. Jego futro zdawało by się bardziej szare, niż dotychczas. Na jego pysku malował się wyraz lekkiej niepewności, ale i mały uśmiech. Podłożył mi jedzenie pod nos, i kazał się posilić. Po zjedzonym posiłku usiadłam i dostrzegłam bandaże na łapach. Jedyne pytanie jakie nasunęło mi się w tamtej chwili na myśl, brzmiało ''Skąd te bandaże?!''. Po chwili przypomniałam sobie jednak co się stało. Było to na polowaniu. Łoś podczas drugiego ataku wrzucił mnie do wody, przez co mogłam zemdleć i się potłuc. Ale zaraz, zaraz. W takim wypadku by mnie tu nie było... a jednak jestem. Czyżby Decron mnie... uratował?

<Decron? Wena mnie naszła, kiedy wyłączyli prąd... ciekawe co ty wymyślisz :P>

Od Jason'a - Przypływ mocy

Wszedłem do jaskini i zacząłem się ciekawie rozglądać. Muszę przyznać, że ta jaskinia nie jest ani najlepsza ani najgorsza. Jest fajna... nawet. Przeciętna. Taka mi wystarczy. Nagle coś mnie tchnęło, żeby... Zacząłem liczyć swoje pieniądze. Dużo zaoszczędziłem, jak i zarobiłem kiedy nie byłem w Watasze Krwawego Wzgórza. Obliczyłem, że starczy mi na "coś fajnego". Wybrałem się więc na targowisko. Widziałem różne stoiska. Zauważyłem amulety. Przyznaję, wszystkie były kuszące... Ale najbardziej moją uwagę przykuły Wilczy Nieśmiertelnik i Amulet Władzy. Wybrałem Amulet Władzy. Zapłaciłem należną kwotę i założyłem amulet. Na początku nic się nie stało. Ale później, kiedy poszedłem do domu, moje znaki zaczęły tak szybko mrugać, że nic nie widziałem. Trochę się przestraszyłem, ale potem wszystko się zatrzymało. Stałem normalnie w środku mojej jaskini. I nic. Nagle... Chuchnąłem. Z mojego pyska wydobyło się lodowe powietrze. Następnie uniosłem łapę i wyczarowałem płomyk ognia. Później wyczarowałem tornado. Miałem jeszcze mnóstwo mocy, jak i żywiołów. Mogłem nawet latać bez skrzydeł. Nie żałowałem i nie żałuję swojego wyboru. Kiedy znów uzbieram, kupię inny amulet. Chciałbym mieć też zwierzę... I będę kiedyś miał, na pewno! Potem jeszcze bawiłem się długo swoimi nowymi żywiołami i mocami...

Od Kiiyuko - Kartki z kalendarza

Obudziłam się rano w mojej dziupli. Ziewnęłam, wyskoczyłam z niej i przeciągnęłam się. Tak... pachniało już zimowym wiatrem. Był w końcu koniec listopada... A jednak śnieg. Ale... spadnie go jeszcze więcej! Cieszę się z tego powodu, ulepię chyba z tysiąc bałwanów, przystroję milion choinek i będę urządzać bitwy na śnieżki niczym szczeniak... To cudowne, że mogę żyć, że świat dał nam zimę. Bo bez niej byłoby nudno... chociaż mamy ją na co dzień. Ale nie taką prawdziwą zimę... Tylko sam śnieg. Wytworzyłam prześliczny karmnik i powiesiłam go na gałęzi, wczoraj... Ptaki już się do niego zleciały i zaczęły zajadać. To był piękny obraz. Teraz zamierzałam wyjść na polowanie, tak... Była pora na śniadanie. Zeszłam na dół i spotkałam tam Amica pijącego gorącą czekoladę i Safirę czyniącą to samo. Zoryę i Alois'a też. 
- Ja wstałam ostatnia? - spytałam rozglądając się po wszystkich.
- Na to wygląda. - odparła czarna wadera i wzięła łyk czekolady.
- Mhm... - mruknęłam i usiadłam między nią a Zoryą. - A tak w ogóle, co u was?
- Nic, a co ma być? - burknął samiec patrząc na mnie.
- No... nie wiem...
- To też właśnie. - odpowiedział Zorya i spojrzał na Alois'a. - Ale on ci chętnie opowie. - dodał z uśmieszkiem na pysku. Alois zgromił go wzrokiem, a ten, kiedy śmiał się, przestał.
- To nie było śmieszne... - odparła Safira patrząc na niego unosząc brew.
- Wychodzę na polowanie, nie wiem, ile czasu mnie nie będzie, także na razie. - powiedziałam wychodząc.
- Na razie. - odparł Amico.
- Pa. - pożegnała się Safira.
- Na razie. - mruknęli Zorya i Alois w tym samym czasie patrząc na siebie. Ja wyszłam z jaskini i wciągnęłam powietrze. Nagle zaczął wiać wiatr. Mocny wiatr. Zaparłam się łapami w śniegu, bo by mnie zdmuchnęło. Wyrwało nawet krzak... Po chwili, gdy na chwilę przestało, by później znów zacząć, zaczęłam tropić i wytropiłam stadko koni. Nie zamierzałam na nie polować. Ładnie wyglądały biegnąc po śniegu. Ale zaraz... one biegły na mnie! Jeden z nich - czarny ogier - zaczął biec prosto na mnie ze swoim stadem. Wszystkie konie mnie obiegły, ale on biegł na wprost mnie. Wykonałam skok i siedziałam na jego grzbiecie. On biegł dalej, nie zatrzymując się. Nagle właśnie to zrobił, ja przytrzymałam się grzywy zębami, a on stanął dęba. Konie zaczęły rżeć, a kiedy on przestał, ja zeskoczyłam i zaczęłam biec przed siebie. Odwróciłam jeszcze kilka łeb do tyłu i wpadłam na kolejny trop - tym razem kaczki. Nie było to zbyt pyszne jedzenie, ale na wilka wystarczy. Robiłam kilka wielkich kółek wokół kaczki i podbiegłam by zaatakować. Nagle złapałam ją, ale w moich zębach zostało tylko kilka piór ze skrzydła. Wyrywając pióra zraniłam także skrzydło, więc kiedy zwierzę leciało, upadło po chwili. Nie musiałam się męczyć - spadło z wysoka, więc nie musiałam go zabijać. Zaczęłam jeść. Kości i resztę, której nie zjadłam wrzuciłam do rzeki. Później truchcikiem poszłam do lasu. Zauważyłam tam małą kulkę - był to lis. Nie potrafił gadać, najwyraźniej nie był magicznym stworzeniem. Żal mi się go zrobiło. Nigdzie nie było jego mamy, czy innego członka rodziny. Na oko wyglądał na 2 tygodnie... Włożyłam go do torby i popędziłam pod jaskinię, wpadłam do niej i jak strzała popędziłam do swojego pokoju. Tam poszukałam czegoś, czym maluch mógłby się pożywić. Miałam mleko, przecież doiłam krowę... kiedyś. Ale było dobre, nie zepsute. Dałam to liskowi, któremu dałam na imię Fire, bo tylko na takie imię reagował. Później spędziłam resztę dnia z liskiem...