niedziela, 18 marca 2018

Od Heather - C.D Bevan'a "Bardzo irytujący, czarny lis"


Kiedy zapoznawałam się bardziej z terenami Klanu, do którego niedawno dołączyłam, zauważyłam basiora. Wędrował na granicy wciągając powietrze i rozglądając się co chwila. Postanowiłam śledzić go, tak na próbę, dla sprawdzenia swoich umiejętności i tego, czy czasem nie wyszłam z wprawy.
Wskoczyłam w gęste zarośla, a potem na niskie drzewo, z czasem jednak przeskakując wyżej, z gałęzi na gałąź. Nie mogłam jednak wejśc wyżej, bo aby to zrobić, musiałabym się wspiąć, a wolałabym nie zedrzeć sobie całych opuszek łap i nie połamać wszystkich pazurów. Wilk niczego nieświadomy kontynuował swoją podróż. W pewnym momencie jednak delikatnie poślizgnęłam się, przez co liście zaszeleściły. Cóż, zwaliłam. No trudno. Kontynuuowałam jednak śledzenie samca, ot tak, dla zabawy. W końcu się odezwał.
- Oddychasz tak głośno, że zakłócasz mi moją ciszę. - warknął patrząc w kierunku krzaków, które znajdowały się bardzo nisko nad ziemią, naprzeciwko mnie, po drugiej stronie.
- Patrzysz w tak złą stronę, że mam wrażenie, iż nie umiesz rozpoznać kierunków świata. - prychnęłam. To było pierwsze, co przyszło mi na myśl.
Odwrócił się i spojrzał wyżej, zauważając mnie. Przysunęłam się bliżej, tak, aby mógł na pewno mnie zobaczyć. Wolałam tym razem mu nieco ułatwić. Wyszczerzyłam się ironicznie w jego stronę.
- Mam ochotę cię zabić. - usłyszałam chłodne słowa padające z pyska basiora.
Rozśmieszył mnie tym tak bardzo, że prychnęłam głośnym śmiechem. Odłamałam szybko pierwszą, lepszą, grubszą gałąź i cisnęłam nią w niego. Ha, między oczy, zepsuty kompasie. Dodałam tylko:
- Pamiętaj, że ze mną się nie zadziera. - później się teleportowałam. I tyle mnie widział.
***
Jadłam właśnie upolowanego przeze mnie zająca na pustkowiu. Kiedy kończyłam jeść, moim oczom ukazał się czarny basior. Prawie się zakrztusiłam. Czego on tu szuka? Phf. Wzięłam jedną z kości zająca do pyska i truchtem ruszyłam w kierunku samca. Stanęłam dumnie przed nim.
- Znowu się spotykamy~ - uśmiechnęłam się wrednie, nadal trzymając kość w pysku.
- A co, tęskniłaś? - odparł znudzony, spoglądając na mnie.
- Stfu. - wyplułam kostkę gdzieś na bok. - Ta, może. - dodałam sarkastycznie.
- W ogóle, powiedz mi, kim ty jesteś w ogóle? Najpierw mnie śledzisz, a teraz zaczepiasz. Za kogo ty się masz? - warknął.
- Za Heather, dla ciebie Fałszywą. - odparłam szczerząc się w jego kierunku zuchwale. - A ty, kim jesteś?
- Bevan. - odpowiedział krótko już wyraźnie mną zmęczony.
- Bevan, Bevan - zaczęłam naśladować jego znudzony ton głosu przedrzeźniając go.
Kolejny wilk do kompletu, któremu nawet działam na nerwy. Świetnie.

< Bevan? >

Od Anais - Długo wyczekiwana prawda

Prawda, choć bolesna, kiedyś musiała wyjść na jaw. Całe moje życie było jedną wielką niepewną, a co gorsza nie miałam poczucia własnego jestestwa. Wizje, najprawdopodobniej z przeszłości, nawiedziły mnie coraz częściej, a zielone oczy pojawiające się w umyśle, zalewały mnie falą niezrozumiałego rozżalenia. Ciągle chodziło mi po głowie, kto to mógł być, a jedyną wilczycą, która znała odpowiedź na to czy inne pytania nieustannie rodzące się w mojej głowie, znała moja matka. 
Z dnia na dzień mizerniała, mnie z kolei z dnia na dzień bardziej zawodziła.
Od kiedy Savior uciął z nią wszelki kontakt, a ja osiągnęłam dojrzałość, uznała swoją egzystencję za niepotrzebną. Pogrąża w smutku, ślepo zapatrzona we własny ból, nie potrafiła dostrzec w życiu niczego dobrego, a jednak bywały momenty, kiedy nadzieja dodawała jej sił. Pozytywna brało górę, a ona potrafiła przez nieokreślony czas być dawną sobą. Stan ten trwał zazwyczaj krótko, to było jak gra w totolotka, bowiem mógł trwać dzień, dwa albo i nawet kilka tygodni. Z dnia na dzień jej nastawienie mogło powrócić do dawnego, czego w niej nie znosiłam.
— Nie mam zamiaru prosić cię o to, żebyś wreszcie wyznała mi prawdę. Po prostu to zrób — oznajmiłam chłodno pewnego wieczoru, zastając ją w jaskini z pustym wzrokiem wbitym gdzieś w przestrzeń. Wyglądała jak marionetka pozbawiona uczuć.
Dopiero po chwili spojrzała na mnie tępo, jakby odzyskując nieco świadomość i zdając sobie sprawę z mojej obecności. Zirytowało mnie to.
— No! Wyduś to z siebie wreszcie — warknęłam cicho. — Nie sądzisz, że czekałam dosyć długo, mamo? 
Inez uśmiechnęła się lekko, przechylając głowę w bok. 
— Nie sądzę, abym miała ci coś do powiedzenia Anais — odparła zuchwale. — Nie muszę ci się zwierzać z całego życiorysu.
— Należy mi się to — wyszeptałam złowrogo, zaciskając mocno zęby i starając się zapanować nad ogarniającą mnie furią. — Doskonale wiesz o tym, że już nic mnie nie trzyma przy tobie, prawda?
W jej oczach dostrzegłam cień strachu. Byłam jej ostatnią bliską osobą i bała się mnie utracić. 

< Inez? >

Od Sierry - C.D. Rhyana "Czy potrafisz pokochać zabójcę?"


Minęło dosyć sporo czasu odkąd oficjalnie zostałam partnerką Rhyan'a. Miałam wrażenie, że dojrzeliśmy bardziej, i że nasz związek przestał być tylko jakąś niepoważną, obojętną miłostką. W miarę możliwości spędzaliśmy ze sobą czas, jednak zdarzało się to coraz rzadziej niestety, ponieważ musieliśmy jednak bardziej się ukrywać. Przyznam szczerze, że męczyło to mnie, jak zarówno mojego partnera. Niestety, musieliśmy nadal pozostawać w ukryciu, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas.
Pewnego dnia również spotkała nas, jak i niektóre wilki z Watahy dosyć... dziwna sytuacja. Z niewyjaśnionych przyczyn kilku z nas pozmieniało swój wygląd. Tak po prostu, pewnego dnia obudziłam się obok Rhyan'a w zupełnie innym ciele. Na początku zdziwiłam się, niedość, że swoją zmianą, to jeszcze tym, że obok mnie leży obcy wilk. Okazało się jednak, że to faktycznie nie tylko mnie dotknęło. Z czasem przyzwyczailiśmy się i zaakceptowaliśmy to.
Do Klanu, w którym jestem obecnie, dołączył także mój kuzyn - Bevan. Kiedyś nawet dobrze się przyjaźniliśmy, jednak nie pamiętam go zbyt dobrze. Cieszę się jednak, że postanowił zatrzymać się w tej Watasze. Kiedy Rhyan'a nie było, dotrzymymywał mi towarzystwa, a nawet opiekował się mną. Uważałam, że to zbędne, do czasu, kiedy zaczęłam czuć się gorzej. Byłam bardziej ospała i mdliło mnie, zwiększył się również mój apetyt. Po jakimś czasie okazało się, że jestem w ciąży. Można powiedzieć, że nawet wahałam się jak powiedzieć o tym ukochanemu. W końcu zdobyłam się na odwagę i powiedziałam mu, że będzie ojcem. Było to dla nas obu ogromne zaskoczenie, jednak cieszyliśmy się razem. Bevan obiecał nam także pomóc, kiedy Rhyan nie będzie mógł być przy mnie.
I nie, nie miałam tego za złe partnerowi, nic z tych rzeczy. I tak, może wolałabym, żeby to on był obok mnie, co było raczej oczywiste, ale wiedziałam, w jakiej sytuacji obecnie się znajdujemy. Zdołałam przekonać Rhyan'a, aby nie odchodził na razie z Cecidisti Stellae, nie wiadomo, jak mogłoby się to dla nas skończyć.
Leżałam na swoim posłaniu czytając jakąś pierwszą lepszą książkę. Dwa czerwone znaki na mojej klatce piersiowej, które pojawiły się na moim ciele wraz z mianą wyglądu, świeciły mocniejszym światłem niż zwykle. Zaczynało mnie to irytować, gdyż nie mogłam zasnąć przez bijące światło, dlatego zajęłam się czymś innym. Książka jednak po jakimś czasie zaczęła mnie nudzić, więc odłożyłam ją i zaczęłam się rozglądać. Jaskinia oświetlona czerwonym światłem z tej perspektywy wyglądała nawet bardziej przytulnie niż zwykle. Poprawiłam się wygodniej, a wtedy światło zgasło. Poczułam się nagle bardziej senna. Jakby po prostu cała energia ze mnie ulatywała. Ziewnęłam, po czym wstałam, aby okrążyć się wokół własnej osi i ułożyć z powrotem, by później spróbować zasnąć. Wtedy nagle pasy zaświeciły znów mocnym, czerwonym światłem i uderzyła mnie fala gorąca. Od razu odechciało mi się spać. Miałam tak coraz częściej, a to bardzo irytowało. Takie nagłe spadki energii i uderzenia gorąca były prawdopodobnie spowodowane ciążą, chociaż tego nikt nie mógł być pewny. 
Wtedy usłyszałam cichy szelest na zewnątrz. Jako, iż w okolicy było raczej spokojnie i tylko lawiny spadające gdzieś niedaleko powodowały dudniący, głuchy odgłos, toteż zdziwiłam się. Mimo wszystkiego postanowiłam rozejrzeć się. Wstałam ociężale z legowiska i wyjrzałam z jaskini. Od razu uderzyło mnie zimno i lodowaty wiatr, więc zmrużyłam oczy. W tamtym momencie pomyślałam o moim partnerze i nienarodzonym szczenięciu. Jakie ono będzie? Będzie samcem, czy samiczką? Jak damy mu na imię? I jak będzie wyglądało? Do którego z nas będzie bardziej podobne? Zakłuło mnie coś w podbrzuszu. Eh, jak bardzo chciałam, żeby mój partner tu był...
- Oh, Rhyan... - westchnęłam cicho do siebie.
- Wzywałaś? - usłyszałam za sobą i mimowolnie uśmiechnęłam się, odwracając się z powrotem w głąb mojej jaskini.

< Rhyan? :3 >

Od Bevan'a - Bardzo irytujący, czarny lis

Na Heather trafiłem długo po moich narodzinach. Wilczyca swoją nietuzinkowością zwróciła na mnie swoją uwagę i nie chodziło tu o wygląd, bowiem nie wyróżniała się niczym specjalnym. Ot, tak, kolejna pospolita wilczyca, w głównej mierze rozchodziło się o jej charakterek, a ten był dosyć zawiły. Doskonale potrafiłem odtworzyć w pamięci nasze pierwsze spotkanie. I to jak świetnie trafiła mnie kijem.
Od dziecka ciągnęło mnie w nieznane. Pragnąłem lepiej poznać otaczający mnie świat, zwiedzić odległe krainy, a przy tym spróbować odnaleźć swoje miejsce. Chyba każdy tak ma, że wyrusza w podróż, aby odnaleźć to, czego w życiu mu brakuje. Mnie chodziło o dom, ten mój, własny, a nie rodzinny. 
Zawędrowałem na tereny należącego do Watahy Krwawego Wzgórza, o czym nie miałem pojęcia, dopóki właśnie nie trafiłem na Heather. A właściwie nie zwróciłem uwagi istocie mnie śledzącej. Nasza konwersacja, choć krótka doskonale wyryła mi się w pamięci.
— Oddychasz tak głośno, że zakłócasz mi moją ciszę — warknąłem niezadowolony zwracając się w stronę gęstych krzaków. Zmęczony wędrówką nie dbałem o dobre wrażenie, miałem to totalnie gdzieś. 
— Patrzysz w tak złą stronę, że mam wrażenie, iż nie umiesz rozpoznać kierunków świata — zripostowała, a ja po głosem rozpoznałem w niej przedstawicielkę płci damskiej. 
Zwróciłem wzrok, wśród koron drzew, gdzie wypatrzyłem czarną jak smołę, drobną wilczycę. Uśmiechała się zuchwale, spoglądając na mnie z góry i to dosłownie.
— Mam ochotę cię zabić — przyznałem chłodno.
Umyślnie skłamałem, bo szczerze mówiąc pragnąłem zachować namiastki godności. Wówczas nieznajoma, skwitowała to głośnym śmiechem. Sprawnym ruchem odłamała niedużą, aczkolwiek grubą gałąź i cisnęła ją we mnie. Nie chybiła, idealnie trafiła mnie między oczy. 
Złapałem się za obolałe miejsce, sycząc głośno z bólu, a do moich uszu dobiegł lodowaty i ostrzegawczy ton:
— Pamiętaj, że ze mną się nie zadziera. 
W następnej chwili zniknęła. Teleportowała się w inne miejsce, a mnie nie pozostało nic innego, jak wędrować dalej. Szczęściem w nieszczęściu było to, że całkiem przypadkiem trafiłem na daleką kuzynkę, która przekabaciła mnie, abym osiadł w Luminosum Iter. Nie pozostało mi nic innego jak przystać na propozycję i skierować się do Alf, które przyjęły mnie do Klanu bezproblemowo.
Ciekaw byłem czy jeszcze trafię na ciemną waderę. I owszem tak też się stało, wtedy dowiedziałem się, że miała na imię Heather.

< Heather? >

Od Rhyana - C.D. Sierry "Czy potrafisz pokochać zabójcę?"


Zmiany nieustannie zachodziły w życiu niszcząc to co zostało stworzenie, ale ku ironii, potrafiły także stworzyć coś zupełnie nowego. Wiele wilków z watahy w niezrozumiały sposób zmieniło swój wygląd, w tym ja i moja partnerka. Po prostu pewnego późnego popołudnia obudziliśmy się obok siebie, zastając swoje nowe formy. Dziwne, niewytłumaczalne zjawisko, z początku zaskakujące, w następnej fazie zostało zaakceptowane. Uznaliśmy to za dobry powód do stworzenia nowego rozdziału w naszym życiu. 
Związek z ukochaną, na początku wyglądał dziecinnie, trudno było określić go mianem przykładnego, dojrzałego partnerstwa, co zmieniło się z czasem. Nie tylko ja, lecz i ona zmieniliśmy poglądy na niektóre tematy, a także i podejście. Życie w sieci kłamstw męczyło nas, jednak to był jedyny sposób, żeby ukryć nas związek. Każdego dnia coraz bardziej skłonny byłem opuścić swój klan, szczególnie, gdy Sierra okazała się być w ciąży. 
Nie wiem co poczułem na początku, gdy oznajmiła mi to pewnego, zimnego wieczoru. Ciężko było mi się określić: strach, niepokój, radość, niedowierzanie, nadzieja, złość. To wszystko tworzyło jedną spójność, którą ostatecznie przekułem w pozytywne nastawienie. Sądziłem, iż byłem bezpłodny, jednakże moje omylne myślenie nie wyszłoby na jaw, gdybym nie przeżył swojego pierwszego razu z ukochaną. 
Ojcostwo, partnerstwo kontra ukrywanie, tego już nie dało się łatwo pogodzić. Na szczęście pojawił się Bevan, dosłownie spadł niczym gwiazda z nieba. Daleki kuzyn Sierry obiecał się nią zając i pomóc w wychowaniu pierworodnego. Moje sumienie było spokojne, ale wyrzuty sumienia nie ustępowały. Nie mogłem być przy Sierrze, kiedy mogła mnie najbardziej potrzebować.
Ukochana powstrzymywała mnie przed podjęciem pochopnej decyzji, przed odejśćiem z Cecidisti Stellae. Silent Fera i Althena znaczyli dla mnie naprawdę wiele, a jeszcze więcej dla mnie zrobili, właściwie tylko to trzymało mnie w klanie. I właściwie fakt, że zemsta Fallen'a nie dosięgłaby tylko mnie. Mogłem narazić życie partnerki i nienarodzonego dziecka.
Zmiany, nie potrafiło się przewidzieć co przynosiły, ale jednocześnie nie można było się tego dowiedzieć, dopóki by ich nie wdrążyć w życie. Niestety czasem wiedziało się, że mogły więcej zaszkodzić.

< Sierra? >

I s a a c

''Nie istnieje takie coś, jak "perfekcja" w tym nieperfekcyjnym świecie''
podstawowe informacje
Imię: Isaac
Pseudonim: Kojot
Klan: Cecidisti Stellae
Przydomek: LoyalBirds
Płeć: Samiec
Wiek: 65 księżyców
Ranga: ★
Stanowisko: Wypatrujący
Typ: Wilk Księżycowy
Rasa: Wilk Snów
GłosX [John Cooper ze Skillet]

***

opis wilka
CharakterGdyby istniała granica między złem a dobrem Isaac znajdowałby się gdzieś na pograniczu. Raz jego jakże złe i haniebne występki sprawiają, że ten zasługuje na jak najokrutniejszą karę, a zaraz po tym dzieje się coś co może chodź troszeczkę wyczyścić jego konto, sprawić, że ten nie będzie aż tak nikczemny jak mógłby się zdawać. Isaac jest wilkiem dość pewnym siebie, nawet i narcystycznym, nie należy do tych którzy wiecznie siedzą cicho, wręcz przeciwnie on zawsze ma coś do powiedzenia, lub po prostu kocha wsłuchiwać się w swój głos. Jest inteligenty, wszystko co robi ma jakiś cel, przynosi mu korzyść. W jego słowniczku użytecznych słów nie istnieje "bezinteresowność", przecież to tylko strata ważnego czasu. Jest niezłym manipulantem, umie "czytać" z innych, a nawet mimo tego, że często pysk mu się nie zamyka jest dobrym obserwatorem, zna wilczą naturę, dlatego trudno jest przed nim kłamać, kręcić. Zdaje się wyczuwać złe intencje na tyle szybko by być przed atakiem być przygotowanym. Nie ufa praktycznie nikomu, rzadko kiedy wspomina o swej przeszłości, a kiedy już musi prawdę owija w słodkie kłamstewka. Potrafi się mścić przez długi czas, nie zapomina krzywd mu wyrządzonych, a kiedy już się na kogoś uprze nie daje spokoju, aż jego żądze krwi nie zostaną zaspokojone, nie boi się zabijać, nie obawia się konsekwencji swych czynów, może to przez to, że kiedy był młody był niezwykle rozpieszczany, nie musiał polować, nie musiał walczyć. Wszyscy robili wszystko za niego, tak więc do teraz próbuje sobie podporządkować jak największą ilość wilków by móc dalej się lenić. Otóż to lenistwo to jeden z jego największych problemów (nie licząc fałszywości, braku kręgosłupa moralnego itd.). Mógłby coś zrobić, ale mu się nie chce, o wile lepsze jest wylegiwanie się gdzieś na pustkowiu. Oczywiście nie ukazuje tego przy innych. Jest cyniczny i ironiczny, często złośliwy, traktujący innych z góry, niczym prawdziwy arystokrata, znudzony snob, sam sobie wybiera towarzystwo, sam sobie wyznacza zasady. Skłonny do buntowania się, o lojalności woli nie wspominać. Jest niczym lis lub też kojot - samotnik, wie czego chce, a chytrość w jego przypadku to już przeszła siebie. Zawsze pragnął władzy, zawsze chciał być tym kimś. Cóż trochę dużo jest tych negatywnych cech, przejdźmy to tej jaśniejszej strony. Jeżeli już się czegoś podejmie obietnicy dotrzymuje, potrafi chronić młodszych i słabszych nawet kosztem własnej skóry, za odpowiednią cenę staje się być pomocny, może być nawet miły i opiekuńczy. Łatwo z nim nawiązuje się kontakty (chociaż trzeba wiedzieć, że ten często kłamie i nie mówi całej prawdy o sobie), nie jest skryty ani strachliwy. Mimo wszystko jest odważny, stanowczy może i nawet czasem szalony. Cóż, w tym szaleństwie jest metoda, gdyby nie to zapewne Isaac leżałby już martwy. Mimo wszystko często żartuje sobie, zazwyczaj z innych, każdą obelgę zmienia w żart, ma dość "luźne" podejście do życia. 
Sprawność: Mimo iż Isaac za młodu nie musiał walczyć on sam tego chciał, nauczył się sprawnie operować swymi kłami i pazurami, jest dość szybki i zwinny, ogólnie przypomina trochę kojota, zapewne gdzieś tam daleko, daleko wgłąb drzewa genealogicznego znajdą się jacyś kojoci przodkowie, przez to Isaac ma wyczulony węch i słuch, potrafi przecisnąć się przez najmniejszą szczelinę, całkiem nieźle wspina się po stromych skałach, po których skacze niczym kozica. Uwielbia biegać po lesie, bez większego trudu omija wszelkie drzewa i kamienie, przez co potrafi zgubić swego wroga... może i nie należy do tych największych siłaczy, jednak inteligencja sprawia, że zawsze wychodzi cało. Potrafi pływać, jednak robi to tylko w ostateczności, woli nie moczyć swego puszystego futerka. 
Aparycja: Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się... no niczym, zwykły, szary wilk. Jego gęste i miękkie w dotyku futro jest koloru zimnej stali, jedynie na podbrzuszu, łapach i ogonie barwa ta zmienia się w śnieżną biel. Na szyi jego sierść jest odrobinę dłuższa, dość dobrze ukrywa znajdujący się wgłąb niej złoty naszyjnik z diamentem po środku. Oczywiście, jeśli ktoś się przypatrzy bez większego wysiłku go odszuka. Łapy wyposażone są w niezwykle ostre, czarne pazury. Teraz przejdźmy do najbardziej... osobliwej rzeczy? Są nimi oczy Isaaca, które posiadają przepiękną, niebieską barwę. Barwa ta jednak może zmieniać swój odcień za pomocą nastroju basiora. Gdy ten jest wesoły kolor ten jest ciemny, a gdy zły lub smutny od razu jaśnieją. Jednak, gdy ten na sobie nie ma złotego naszyjnika te zasuwają się mgłą, stają się białe.
Znaki szczególne: Niebieskie, hipnotyzujące oczy, które potrafią zmieniać odcień
Lubi: Ciepło, wygrzewanie się, spanie, zemstę, wadery (if ju know wat i mean) 
Nie lubi: Wścibskich wilków, szczeniaków, nudy, wody 
Inne

  • Zawsze nosi złoty naszyjnik z diamentem, kiedy ktoś się o niego wypytuje lub chce go dotknąć staje się niezwykle agresywny 
  • W nocy się ukrywa, jeśli już go spotkasz, to za dnia 
  • W nocy z pyska, oczu i uszu wypływa mu krew, rankiem zawsze jest nią cały umazany 
  • Śmierdzi krwią 

Pochodzenie: Ameryka Północna, USA, Floryda
HistoriaIsaac ma już swoje lata, jego historia jest dość barwna, jednak ten nie przepada o niej mówić dlatego zostanie przedstawiona krótsza, bardziej ścisła wersja. Zacznijmy od początku... rodzice Isaaca (Arika i Barley) są alfami w swej własnej watasze. Znana ona była z tego, że wszyscy jej członkowie byli niezwykle lojalni, zjednoczeni, mili a przede wszystkim uczciwi. Każde życie się liczyło, każdy był ważny, piękny obrazek. Otóż jak w każdym związku bywa prędzej czy później Arika zaszła w ciąże i urodziła 2 szczeniaków. Starszego Isaaca oraz młodszą Irę. Isaac jako starszy był dziedzicem, który po śmierdzi aktualnych alf obejmie prowadzenie, cóż tak to byłoby dopiero przecudne, jednak pojawił się jeden, mały mankament - Isaac urodził się... ślepy. Nie widział nic, miał problemy z chodzeniem, ogólnie wydawał się być jakiś taki bezbronny. Zrozpaczeni rodzice wzięli swego pierworodnego do ducha, jednak nie byle jakiego. Był nim duch ich najstarszego maga - Augustusa. Ten jednak wiedział, że nie zdoła odnowić wzroku przyszłego alfy, był jednak w stanie ofiarować mu coś, co sprawi, że ten będzie zdolny jak każdy inny widzieć, normalnie funkcjonować. Ofiarował mu złoty medalion z zaczarowanym diamentem. Wisior zadziałał od razu, a wtedy Isaac spojrzał na świat jasnoniebieskimi oczętami. Dzieciństwo miał dość spokojne, każdy był na jego zawołanie, każdy mu usługiwał, przecież to był dziedzic, o dziedzica trzeba dbać. Nikt nie znał prawdy, nikt nie wiedział, że ich ukochany młody alfa jest tak naprawdę ślepy. Jego młodsza siostra, Ira z każdego dnia na dzień stawała się coraz bardziej zazdrosna, szybko odkryła, że potrafi świetnie czarować, sprawiać że małe zwierzątka i rośliny słuchają jej cichego głosu, umiała rzucać pewne klątwy, uważała, że ona nadaje się bardziej na alfę, że to ona powinna być tą pierwszą. Rozpowiedziała więc innym wilkom o uszczerbku Isaaca, a wzburzeni członkowie Watahy zaczęli warczeć, zaczęli żądać zmiany dziedzica. Przecież ich przywódcą nie może być ktoś, kogo tak łatwo pokonać, ktoś kto ma wadę, kto nie jest idealny. Tak więc Arika i Barley zmuszeni byli zdegradować Isaaca, teraz to Ira była tą ważniejszą, teraz to ona była pierwsza w kolejce po władzę. To bardzo poruszyło szarego, to zasiało pewne złe ziarno w jego sercu, czuł żal do siebie, do rodziców, do każdego innego. Jego siostra to wszystko pogarszała, odebrała mu to, co należało się... jemu. W dodatku, często udawało jej się ściągnąć naszyjnik z jego szyi, sprawiać, że ten ponownie był ślepy. To nie mogło jednak trwać wiecznie, Ira może uczyła się szybciej od swego brata, jednak nadal była od niego słabsza. Miał wtedy może 30 księżyców, kolejna kłótnia, nie wytrzymał, przestał kontrolować siebie i swe instynkty, które szeptały; zabij. I tak, nie wiedział kiedy, nie wiedział jak, ale Ira znalazła się pod jego łapami, oddawała swój ostatni wdech i wydech. Krótko przed ostatnim tchnieniem zdążyła wypowiedzieć lekko słyszalne słowa. Słowa zaklęcia. Isaac został naznaczony, aby każdego, każdego dnia widział, co zrobił, by nie mógł pokazać się nocą. Początkowo Isaac nie widział różnicy, pomyślał że czary na niego nie zadziałały, cóż musiał poczekać aż na nieboskłon wejdzie księżyc, to właśnie wtedy się zaczęło. Metaliczny smak zalewający jego gardło, szum w uszach, dodatkowo nic nie widział. Tonął w własnych grzechach, jeszcze tej samej nocy zauważyła go cała reszta, zaczęli się wypytywać, zaczęli go oskarżać. Wiedzieli, że nie zostałby naznaczony, gdyby nie zrobił czegoś okropnego. Wkrótce znaleźli ciało Iry, połączyli zdarzenia. Winny. Nikt już go nie chciał, chcieli tylko, by ten zapłacił za swe czyny, chcieli jego śmierci... jednak Alfy nie były takie, nie były bezlitosne. Może za bardzo kochali swego jedynego syna, za miękkie serca, za miękkie dusze. Isaac został wygnany, miał już na zawsze pozostać samotny, zginąć z łap jakiegoś przeciwnika. Jednak instynkt przetrwania wziął władzę, Basior przeżył pierwsze księżyce, doskonalił się, uczył się. Po pewnym czasie na swej ścieżce spotkał dwórkę osieroconych szczeniąt. Początkowo chciał je zabić, nie przepadał bowiem za tymi małymi, przeszkadzającymi stworzeniami, jednak nagle ujrzał korzyść z zatrzymania ich - Carter i Izma byli zbyt młodzi by przetrwać, ich matka, również wygnana na banicję zginęła krótko po tym jak przestała karmić je mlekiem. Isaac wiedział, że w przyszłości to właśnie one będą mogły za niego polować i walczyć, będą jego dwoma pionkami. Tak więc przygarnął rodzeństwo, uczył wszystkiego, czego mógł, często walczył w ich obronie. Nigdy jednak nie zostawał przy nich na noc, mówił, że poluje, a tak naprawdę ukrywał się gdzieś niczym jakiś szczur. Zajmował się nimi. początkowo niechętnie, po tym z coraz większym zapałem. Byli niczym rodzina, niczym oddzielna Wataha. Jednak po kilkunastu księżycach zaczęły się pytania, zaczęły się wątpliwości. Młode wilczki były coraz mądrzejsze, umiały świetnie kłamać, umiały "czytać" z innych postaci. Domyśliły się, że Isaac kłamie, że kłamał cały czas. Nawet nie wiedział kiedy, ale ci zaczęli go śledzić zobaczyli to co skrywał, przerazili się. W końcu musiał im opowiedzieć całą, prawdziwą historię. Uczniowie pobili własnego mistrza, a po tym jak usłyszeli prawdę i tylko prawdę postanowili... uciec. Opuścić swego opiekuna, zostawić go samego sobie z trującymi myślami. Niewdzięcznicy. Isaac sam się zdziwił jak bardzo brakuje mu towarzystwa, jak bardzo samotny się czuł. Postanowił dołączyć do Watahy, do Klanu i zacząć od nowa życie? Kto wie...

***

zdolności magiczne
Żywioł: Ogień, Lód
Żywioł dodatkowy: -
Moce główne: Ognioodporność; Tworzenie ogniowych okręgów wokół siebie lub wokół ofiary; Podpalanie ofiar od środka; Zamrażanie wzrokiem; Tworzenie strasznie śliskiego lodu na którym każdy (oprócz niego) się przewraca; Tworzenie lodowych błyskawic 
Moce specjalne:
  • Wywoływanie najstraszniejszych wspomnień; Potrafi ingerować w umysł swego przeciwnika, tworząc halucynacje przedstawiające to, czego owy najbardziej się boi i wstydzi (Najczęściej scenki z przeszłości) (Najpierw musi się dowiedzieć co to takiego jest)
  • Wszechwzrok; Widzi w każdych warunkach, jest w stanie ujrzeć nawet to, co ma za sobą (tylko kiedy ma na sobie naszyjnik) 
  • Furia; Potrafi zmienić swoją formę, stać się silniejszą, groźniejszą wersją samego siebie, przeobraża się na wpół potwora
Moc dodatkowa: -

***

relacje z innymi
Partner: Szuka
Rodzice: Arika (Alfa z innej watahy; Najprawdopodobniej żyje) i Barley (Alfa z innej watahy; Najprawdopodobniej żyje)
Rodzina: Brak. 
Potomstwo: Carter (Przybrany syn; najprawdopodobniej żyje) i Izma (Przybrana córka; najprawdopodobniej żyje)
Najlepszy przyjaciel: Nie potrzebuje
Przyjaciele: Nie potrzebuje
Wrogowie: Rodzima wataha
Mistrz: Barley
Uczeń: | Dawny: Brak | Obecny: Brak |
Ofiara: Jeszcze nie ma

***

statystyki
Miejsce zamieszkania: Martwe Pustkowie; Jama gdzieś pod krzakiem 
Data dołączenia: 18 marzec 2018
Urodziny: 10 dzień lata
Kamienie Mocy: 50
LVL: 2 [do lvl up zostało: 100]
EXP: | Ogólnie: 200 | Wykorzystano: 150 | Zostało: 50 |
Umiejętności: | Walka: 15 | Polowanie: 10 | Magia: 5 | Umysł: 120 |
Ekwipunek: Brak
Osiągnięcia: Brak
Stan: Bardzo dobry [100 HP]
Choroby/uczulenia: Ślepota wrodzona
Zbroja: Brak
Broń: Brak
Towarzysz: Brak
Kontakt: | Howrse: KlauAndMon | 

poniedziałek, 12 marca 2018

Od Heather - Drogą pustkowi

Minęło dosyć sporo czasu odkąd opuściłam swoją "rodzinną" watahę. Od tamtego czasu błądziłam po różnych terenach, o różnych klimatach. Czasami natrafiło się na jakąś watahę, która albo mnie rozpoznawała i nie przyjmowała, albo po prostu im się nie podobałam ze względu na charakter. I takim oto sposobem łaziłam bez celu. Być może tym razem miało być inaczej.
Nie zauważyłam nawet, kiedy trawy zaczynało być coraz mniej, a na sama dreptałam teraz po piasku. Zatrzymałam się i zaczęłam rozglądać się w koło. Nie było tu nawet śladu życia. Ruszyłam truchtem dalej przed siebie wciągając powietrze. Było ciężkie i gorące, jednak było nawet znośnie. Przyspieszyłam nieco nadal się rozglądając. Mimo świtu, słońce już zaczynało grzać delikatnie wystawając zza horyzontu, a na nieboskłonie nie było żadnej, nawet najmniejszej chmury. Prychnęłam, kiedy zawiał delikatny wiatr, który sprawił, że kilka drobinek piasku zaczęło tańczyć wkoło mnie i wlatywać mi do nosa. Tak, poranki. Rześkie powietrze i wszystko budzące się do życia? Pierdoły.
Zajęta podziwianiem nie odrywałam się jednak od ziemi. Zauważyłam, że dalej, przede mną, idzie jakiś osobnik, najpewniej basior. Schowałam się za pojedynczą kępą wyższej trawy i obserwowałam wilka. Ten tylko obejrzał się po czym zaczął iść dalej. Może również szuka watahy? Albo sam jest w jakiejś? Faktycznie, nie miałby po co mi tego mówić, ale cóż, warto spróbować to wykorzystać.
Powoli wyprostowałam się i zaczęłam iść w kierunku samca. Kiedy byłam dość blisko niego, kaszlnęłam, aby zwrócił na mnie swoją uwagę. Ten momentalnie odwrócił się i zgiął w łokciach warcząc, w gotowości do ataku. Odchrząknęłam zwyczajnie rozbawiona z lekka jego zachowaniem.
- Nie miałabym po co cię atakować. - spojrzałam na niego bardziej się prostując. 
- Nigdy nie mam pewności. - odwarknął, po czym również delikatnie się wyprostował. Wiesz, że niezbyt lubimy, kiedy jakiś tam wilczek wchodzi sobie bez powodu na tereny naszego Klanu?
- Ta, wspaniale. Tak bardzo mnie to interesuje. - przewróciłam oczyma. - Ale Klanu mówisz...? Jakiego niby? Jest tu może w okolicy wataha, czy coś? - zasypałam wilka pytaniami, jednak bez większego entuzjazmu. Pewnie i tak skończy się tak, jak zwykle.
- Owszem, jest. Sam nawet w niej jestem. - przerwał swoją wypowiedź. - Ale po co miałbym ci pomagać? - prychnął i przysunął się.
- Ekhem. - ponownie odchrząknęłam, a ten się odsunął z powrotem. - Lepiej. Cóż. Więc nic tu po mnie. - przestąpiłam z łapy na łapę z zamiarem odejścia, jednak samiec mnie zatrzymał.
- Nigdzie nie idziesz. - warknął. - Myślisz, że możesz tak bezkarnie włazić na czyjeś tereny i urządzać sobie spacerki? Idziesz ze mną. - powiedział stanowczo. Od razu domyśliłam się, że postanawia zaprowadzić mnie do Alfy, czy coś w ten deseń.
- A jeśli nie pójdę? To co mi zrobisz? Zatrzymasz? - zamrugałam szybko powiekami. Postanowiłam się trochę z nim podroczyć.
- Cóż... wtedy... - popatrzył na mnie z wyższością. Dosłownie, był wyższy ode mnie. - ... będę musiał cię rozszarpać od razu.
- Ojej, jak groźnie. - wyszczerzyłam się w jego kierunku sarkastycznie. - Prowadź, Panie Rozszarpywaczu.
Wilk nic nie odpowiedział, tylko odwrócił się i truchtem ruszył przed siebie. Nie zastanawiając się dalej dogoniłam go i starałam się dotrzymywać mu kroku. Spojrzałam kątem oka na samca, ten najprawdopodobniej zauważył, że mu się przyglądam, jednak nie zwracał na mnie uwagi.
- Tak w ogóle, z kim mam do czynienia? Pan Rozszarpywacz raczej niezbyt dobrze brzmi. - rzuciłam prychając.
- Rhyan. - uciął. Ow, myślałam, że Pan Rozszarpywacz będzie miał więcej do powiedzenia.
Przez resztę drogi, jak zgadłam, do siedziby Alf, nie odezwaliśmy się ani słowem. Basior najwyraźniej już z lekka zmęczony na wstępie moim towarzystwem ani na chwilę nie zwolnił tempa, jednak ja dzielnie truchtałam przy jego boku. W końcu dotarliśmy. Spojrzałam na ogromny wulkan przede mną. Samiec wymamrotał tylko, że to zwie się Gniewnym Wulkanem, ten teren, czy coś. Nie pytałam o nic, nie miałam takiej potrzeby.
Zbliżyliśmy się pod skałę w której widać było otwór. Rhyan wziął jakiś pierwszy lepszy kamień leżący obok w pysk i cisnął nim o skałę. Kamyk głucho odbił się od niej, po czym spadł gdzieś dalej. Wzruszyłam ramionami nie wiedząc, po co to zrobił. Po chwili jednak zauważyłam, że głaz, w który cisnął basior, zaczyna się odsuwać. Zza niego wychylił się skrzydlaty wilk, który skinął łbem i zniknął po chwili.
- Chodź. - usłyszałam tylko oschłe słowo padające z pyska basiora, po czym ruszyłam za nim. 
Weszliśmy najprawdopodobniej do jaskini Alfy, a raczej Alf, jak się domyślałam, gdyż oprócz samca, który odsunął głaz, nieco dalej leżała wilczyca ze szczenięciem, która jednak potem wstała i stanęła u boku skrzydlatego basiora.
- Witaj, Fallen'ie. - przywitał się wilk, którego dane mi było wcześniej poznać.
- Rhyan... coś ty tu przyprowadził? - zapytał czarno-czerwony basior rozprostowując skrzydła i spoglądając na mnie.
- Szwędała się po terenach Klanu. Nie wiem, kto to i nie wiem, po co tu jest, uznałem, że dobrym pomysłem będzie zaprowadzić ją przed Alfy. - rzucił, patrząc na mnie jak na dziwoląga. Heh, idzie się przyzwyczaić.
- Kim jesteś i co tu robisz? - zapytał, jak już wiem, Fallen, nadal patrząc na mnie krzywo.
Postanowiłam tym razem jednak przedstawić się po prawdziwym imieniu.
- Heather. A trafiłam na te tereny przypadkowo, szukając watahy. Jak taki to problem, to sobie już stąd pójdę. - przewróciłam oczami.
- ... Szukasz watahy, hm? - włączyła się do rozmowy samica. - Jeśli jeszcze się nie zorientowałaś - tu również spojrzała na mnie z wyższością i nieco koślawo - stoisz przed Alfami, a przyprowadził cię jeden z członków naszego Klanu, Cecidisti Stellae.
Coś mi mówiła ta nazwa, ale nie wiem co. A może tylko mi się wydawało.
- Ta, świetnie. - odpowiedziałam obojętnie. Chociaż... może warto spróbować. - Jeśli zależy wam na członkach, mogłabym dołączyć.
- Jeszcze czego. - mruknął prawie niesłyszalnie samiec obok mnie. - Mogę odejść? - dokończył głośniej.
- Idź. - zezwolił Alfa. - Podejrzewam, że do rozpoznania terenów nie będzie potrzebowała większej pomocy. Raczej sama się rozezna. O ile, oczywiście, postanowimy ją przyjąć.

***

- Jakie stanowisko chciałabyś piastować? - usłyszałam kolejne pytanie.
- Mogłabym być jakimś szpiegem, czy coś.
Para Alfa zaczęła coś do siebie szeptać, a ja w tym czasie rozglądnęłam się dyskretnie po jaskini. Mój wzrok padł na szczenię leżące w tle. Wtedy właśnie z zamyśleń wyrwał mnie głos Fallen'a.
- Wydajesz się być bez zarzutu. Niech będzie. Możesz tu zostać. Wybierz sobie jakąś jaskinię na jednym z terenów, najlepiej jakąś pustą, raczej wątpię żeby ktokolwiek z Klanu chciał mieć jeszcze ciebie na głowie. - warknęłam cicho do siebie. - Idź już.
Wymamrotałam coś na pożegnanie i odeszłam. Cóż, pora zacząć nowy rozdział życia, czy jak to tam szło? Jakąś nową część? Eh. Pierdoły.

Od Thistle - Co będzie dalej?

Odkąd Clive stał się oficjalnym partnerem mojej matki i przeniósł się na stałe do naszej jaskini, za każdym razem, gdy chciałam się wymknąć niepostrzeżenie na tereny należące do Klanu Cecidisti Stellae, musiałam mieć się na jeszcze większej baczności niż do tej pory. Jego bowiem nie było tak łatwo wywieźć w pole jak Sairę. Dodatkowo za wszelką cenę musiałam unikać spotkania z Sealiah, która co jakiś czas krążyła koło naszej jamy, sprawdzając jak radzi sobie młoda para, co ja postrzegałam jako zwykłe wtykanie nosa w nieswoje sprawy.
Doskonale wiedziałam, że na dłuższą metę nie uda mi się przed nimi ukrywać swojego prawdziwego jestestwa i zarówno ja, jak i mój prawdziwy mistrz oraz ojciec, prędzej czy później poniesiemy tego konsekwencje. Zaczęłam, więc rozmyślać jak mogłabym nas wszystkich przed nimi ocalić. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że mam kilka wyjść: uciec całkowicie z watahy i wrócić do niej dopiero, gdy dorosnę, przyznać się do błędu i podporządkować zasadom panującym w Luminosum Iter (najmniej prawdopodobna) lub zwyczajnie zacząć nowe, prawdziwe życie u boku Mo. Tylko czy on zdecyduje się mną zaopiekować...? 
Moim obowiązkiem było się tego dowiedzieć. W tym celu poczekałam na moment aż oboje kochanków będzie dostatecznie zaprzątniętych swoimi sprawami, aby nie zwracać chwilowo na mnie najmniejszej uwagi i czym prędzej pobiegłam w stronę granicy, gdzie basior powinien już na mnie, jak zwykle, czekać. 
Kiedy tylko go ujrzałam, rzuciłam mu się na szyję i zanurkowałam w jego ciemnym, gęstym futrze. Dopiero teraz poczułam, że jestem względnie bezpieczna. Nie mogło to jednak trwać wiecznie, gdyż już po paru sekundach zostałam przez niego lekko odsunięta.
- Wyglądasz jakby gonił Cię cały legion upiorów. - stwierdził, zaglądając mi prosto w oczy. - Mogę wiedzieć co się stało?
- Wydaje mi się, że nasza kochana rodzinka zaczyna się czegoś domyślać - wyjawiłam niechętnie trzęsącym się z emocji głosem.
- Chyba nie wspomniałaś nikomu o naszym sekrecie?! - spytał groźnie.
- Nie, ale sam przecież doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że Clive jest od niedawna partnerem Sairy.
- Zgadza się. - potwierdził. - I co w związku z tym?
- On także jest Wilkiem Księżycowym, więc zdecydowanie łatwiej mu zauważyć, że coś ze mną jest nie tak.
- Cholera, o tym nie pomyślałem. 
- Sam, więc widzisz, że nie mogę dłużej prowadzić tej podwójnej gry, jeśli nie chcę narazić życia.
- Niestety masz rację, ale ja nie jestem pewny co powinienem począć w takiej sytuacji. Najlepiej, więc będzie, jeśli udamy się teraz według planu do Silent Fear'a. Naradzę się z nim co dalej.
Nie czekając na moją odpowiedź, ruszył przed siebie.

<Silent Fear?>

Od Samsawell'a - C.D. Clive'a "Śnieżka"


Czując na sobie uparte i zarazem wymowne spojrzenie swej siostry, westchnąłem ciężko i, podszedłszy powoli do Sairy, uściskałem ją serdecznie. Ta natychmiast wybuchła oczyszczającym płaczem, w którym zawarła całe swoje napięcie. Spokojnie poczekałem aż skończy i gestem łapy przywołałem do siebie Thistle. Kiedy zbliżyła się do mnie z lekkim wahaniem, stwierdziłem, czując że pod jej twardym spojrzeniem, coś w głębi mej duszy pęka:
- Bardzo się zmieniłaś odkąd Cię ostatnio widziałem. 
Mała w odpowiedzi tylko kiwnęła ledwie zauważalnie głową, po czym wróciła na swoje dawne miejsce, co nieco mnie zaskoczyło. Zdecydowałem się jednak tym razem zwalić jej zachowanie na karb tej niecodziennej, uroczystej sytuacji. 
Pozostawało mi tylko zająć się Clive'em, który nawet nie próbował kryć swego zdenerwowania. 
- Nie musisz się niczego obawiać, gdyż musisz wiedzieć, że bardzo się cieszę, że Sar właśnie Ciebie sobie wybrała.
- Miło mi to słyszeć. - odparł, połykając głośno ślinę.
- Pozwólcie, że, zgodnie ze starą, rodzinną tradycją, pobłogosławię teraz Wasz związek. - zwróciłem się do młodej pary.
Nim zdążyłem dokończyć swoją wypowiedzieć, Sealiah oświadczyła ledwie dosłyszalnie:
- Chyba o czymś zapomniałeś. 
- Co masz na myśli? - spytałem ją zaskoczony.
- Po pierwsze do odprawienia tej ceremonii potrzebujesz co najmniej dwóch dorosłych świadków różnej płci.
- Zupełnie o tym zapomniałem. - przyznałem z niechęcią.
- W takim razie powinieneś się cieszyć, że jedynym basiorem, który nam pozostał jest Zero. No chyba, że poszukamy kogoś spoza naszego Klanu, ale ostrzegam Cię, że ze względu na coraz bardziej napięte stosunki między nami,sprowadzenie tu kogoś w jego miejsce może trochę potrwać. 
- Mimo to wolałbym nie widzieć tu go w takim momencie.
- Musimy, więc spróbować przedostać się na tereny Viridi Agmen i odwiedzić Twego szwagra, Wonga Kar Waia. 
- Niech i tak się stanie.

<Clive?>

Od Aleksandra - C.D. Lynn "Ciekawość świata i nie tylko"


Przez resztę drogi do gniazd orłów szliśmy w całkowitej ciszy. Z jednej strony bowiem za nic nie chciałem odkrywać wszystkich swoich umiejętności przed ledwo co zapoznaną waderą, a z drugiej bałem się, że, jeśli nie będziemy dostatecznie cicho się zachowywać, to te dostojne ptaki zaalarmowane naszymi głosami, czym prędzej skryją się w koronach najstarszych drzew lub na, nielicznych tutaj, półkach skalnych, a ja nie miałem najmniejszego zamiaru krążyć przez cały dzień z tym natrętnym rzepem, jakim była owa panienka. Szczerze powiedziawszy, to najchętniej zostawiłbym ją w środku tego lasu i odszedł spokojnie do własnych obowiązków. Niestety doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że mój charakter skutecznie mi to uniemożliwi, więc póki co, chcąc nie chcąc, musiałem ją znosić. Powoli zacząłem także żałować, że po swoim powrocie do watahy swoich narodzin po raz drugi zdecydowałem się zająć tak mało pożyteczne stanowisko w czasie pokoju jakim był z pewnością obrońca rannych. W sumie jednym co mogłem wtedy robić i co można było uznać za coś w rodzaju pracy zawodowej było właśnie oprowadzanie nowych członków Klanu po jego terenach i leczenie niektórych, niezbyt skomplikowanych, chorób oraz obrażeń. 
Z tych rozmyślań wyrwał mnie charakterystyczny okrzyk wydany gdzieś z niebios. Spojrzałem z lekkim zaskoczeniem w tamtą stronę i ujrzałem biało-brązową, skrzydlatą sylwetkę należącą, jak się z łatwością domyśliłem, do pana tego boru- bielika amerykańskiego. Czym prędzej podbiegłem do, stojącej kilka metrów ode mnie, Lynn i szturchnąwszy ją w bok, wskazałem bez słowa orła. Ta, gdy tylko go zobaczyła, uśmiechnęła się wyraźnie uszczęśliwiona i posłała mi wdzięczne spojrzenie. Widząc to ja sam, mimo iż przeżyłem takie spotkanie już wielokrotnie, poczułem w głębi serca jakieś dziwne uczucie. 

<Lynn?>