wtorek, 6 marca 2018

Od Balora - Ucieczka od obowiązków

Narodziłem się w wielkiej, doskonale prosperującej, marokańskiej Watasze Lśniących Ostrzy, a dokładniej rzecz ujmując w jej najważniejszej familii zwanej Wielkim Rodem, która nią zarządzała.Jako pierworodny syn panującej pary od najwcześniejszych chwil byłem otaczany doskonale dobraną opieką, co miało mnie przygotować do stanięcia w przyszłości na czele tego stada. Był tylko mały problem - za nic nie chciałem tego robić i, gdy tylko mogłem, uciekałem od wszelkich pouczeń, aby zaszyć się w jakiś najciemniejszy kąt i wrócić dopiero późną nocą, gdy wszyscy już spali.
Sytuacji nie poprawił fakt, że mój ojciec po około sześciu miesiącach postanowił rzucić to wszystko i ruszyć w dalszą podróż do osady, w której kiedyś mieszkał. Dopiero wtedy bowiem poczułem naprawdę, że nie muszę zawsze tak żyć i jakiś czas później opracowałem plan własnej ucieczki z tego luksusowego, ale jednak mimo wszystko, więzienia, mając nadzieję, że wilki, które zostawiłem za sobą zrozumieją moją decyzję i nie będą chciały sprowadzać mnie na siłę z powrotem. 
Nie mając innego pomysłu na drogę, jaką mógłbym ruszyć, pewniej ciemnej, bezksiężycowej i wyjątkowo mglistej nocy, ruszyłem śladem Mortimera. Przez pierwszy kilka tygodni poruszałem się głównie nocą, aby jak najbardziej zminimalizować ryzyko odkrycia mej pozycji przez ewentualnych posłańców matki. W miarę jednak jak odchodziłem coraz dalej od granic, którymi władała, stawałem się powoli spokojniejszy i przestawiałem się na dzienny tryb wędrówki. 
Po około czterech latach moim oczom ukazało się wielkie, poprzecinane nielicznymi bagnami, pustkowie. Coś podpowiadało mi, że to tu właśnie powinienem najłatwiej natrafić na ślad taty, więc z nieukrywaną niechęcią postąpiłem naprzód. Po przejściu kilkunastu metrów łapy zaprowadziły mnie w okolice jakiegoś tajemniczo wyglądającego i sprawiającego wrażenie nawiedzonego lasu. Nie czekając na zaproszenie, które i tak zapewne by nie nadeszło, zagłębiłem się w niego. Po paru chwilach gdzieś z lewej strony dobiegł mnie dźwięk łamanej gałązki. Automatycznie obróciłem się w tamtą stronę z postawioną sierścią i wyszczerzonymi kłami przygotowując się do potencjalnej walki na śmierć i życie z nieznanym. Szybko jednak okazało się, że moje obawy były niepotrzebne, gdyż spośród drzew wychynął obiekt moich poszukiwań, który na mój widok stanął jak wryty. Kiedy wreszcie ocknął się z zaskoczenia, spytał, mrużąc wściekle oczy:
- Mogę wiedzieć, co tu właściwie robisz?
- Dla mnie też miło Cię widzieć ojczulku. - odparłem kpiąco.
- Mam tylko nadzieję, że nie przyszedłeś tu jako szpicel tej wkurzającej do granic wytrzymałości Skuld!- odwarknął, posyłając mi ciskające gromy spojrzenie.
- O tym akurat nie musisz się martwić, ponieważ sam cudem od niej uciekłem. - wyjawiłem z nutką dumy.
- W takim razie pewnie będziesz chciał się teraz tutaj osiedlić? - zaindagował już znacznie spokojniej.
- To zależy od tego, czy znajdę tu dogodne warunki do życia... - odrzekłem, udając obojętność.
- Zobaczysz sam, a teraz chyba lepiej będzie, jeśli zaprowadzę Cię prościutko do Alf nim ktoś uzna, że jesteś jednym ze szpiegów pozostałych Klanów. - to powiedziawszy, ruszył na północ.
Musiałem przyznać przed sobą, że za nic nie chciałem być uważany za kogoś takiego, więc chcąc nie chcąc podążyłem za nim.

<Fallen lub Althena, które z Was zdecyduje się mu odpisać?>

B a l o r

''Podświadomość zauważa o wiele więcej, niż to, nad czym zaczynamy się zastanawiać.''
podstawowe informacje
Imię: Balor (W watasze, z której przybywa wszystkie wilki z Wielkiego Rodu posiadają imiona pochodzące od nordyckich bogów, mające je chronić i wskazywać na przyszłą rolę w świecie. Jemu przypadło w udziale to pochodzące od pana śmierci i króla Fomorian.) 
Pseudonim: W świecie, w którym do tej pory przebywał wszelkie tego typu ksywki były surowo zabronione wśród jego Rodu, gdyż nikt tak naprawdę do końca nie był pewny, czy nie zdenerwują one bogów.
Klan: Cecidisti Stellae
Przydomek: InexhaustibleSoul
Płeć: Samiec
Wiek: 60 księżyców
Ranga: ★
Stanowisko: Obrońca
Typ: Wilk Księżycowy
Rasa: Wilk Zmysłów
GłosX [Chris Martin z Coldplay]

***

opis wilka
CharakterTrzeba chyba zacząć od ostrzeżenia Was, że Balor jest świetnym aktorem, który, aby osiągnąć wymarzony cel, jest w stanie przez dłuższy czas udawać kogoś zupełnie innego niż jest naprawdę. Umie wtedy być nawet niezwykle szarmancki i uwodzicielski, a także wyrozumiały. Wszystko to jednak tylko po to, aby jak najszybciej zdobyć zaufanie swojej przyszłej ofiary i móc nią łatwo manipulować. Temu osobnikowi nikt bowiem nigdy nie wyjaśnił co to uczciwa gra i zasady kodeksu honorowego, więc nie można oczekiwać, że kiedykolwiek się do nich zastosuje. Uważa wręcz, że wszyscy, którzy to robią, są totalnymi głupcami, czekającymi tylko na to, aż ktoś ich wykorzysta. 
Kolejnym ważnym punktem w jego charakterze jest z pewnością wrodzone uwielbienie do naginania wszelkich zasad do własnych potrzeb i igrania z losem. Przejawia się to między innymi tym, że nawet w kontaktach ze stanowiskami wyższymi potrafi nagle wypalić coś bardzo impertynenckiego i bezczelnego bez najmniejszego namysłu, jeśli tylko uważa, że to on ma rację. W tym miejscu można łatwo stwierdzić, że wilk ten to wybuchowa mieszanka niewiedzącego co to strach i szacunek szaleńca oraz dumnego, niezłomnego wojownika i mordercy. 
Tyle na razie chyba starczy, aby mieć się na baczności w jego towarzystwie. 
Sprawność: Dzięki doskonale dobranej kadrze nauczycielskiej Balor stał się mocno rozbudowanym i doskonale umięśnionym wilkiem, którego aż miło oglądać w trakcie walki, a już w szczególności tej polegającej na zapasach. Świetnie potrafi również posługiwać się niemal każdym rodzajem broni, a zwłaszcza kataną, którą szczególnie sobie upodobał. Jest ponadto mistrzem szybkiego i niestrudzonego biegania nawet z o wiele od niego cięższym bagażem. Potrafi również doskonale skakać i wspinać się.Jako samiec mocno związany z ogniem odczuwa jednak nieokreślony wstręt do środowiska wodnego, więc stara się go unikać. Mimo tego, jeśli zajdzie taka potrzeba, postara go zwalczyć. 
Aparycja: Już na pierwszy rzut oka basior ten odznacza się doskonale rozbudowaną, umięśnioną sylwetką pokrytą przez grube, miejscami lekko falowane, ognistorude futro. Jego cechą charakterystyczną są z pewnością pokryte magicznymi runami rogi wyrastające z czubka głowy i długie pejsy zwisające luźno po jej bokach.  
Znaki szczególne: Z tych widocznych na zdjęciu są to: umieszczone na czubku głowy rogi z wyraźnie widocznymi, magicznymi runami, długie pejsy zwisające po jej bokach i ognisto-pomarańczowa poświata go otaczająca. Muszę jednak dodać, że kiedy podejdzie się do niego bliżej można też dostrzec zawieszony na jego szyi wisior w kształcie dwóch, skrzyżowanych szabli. 
Lubi: Przygody, ryzyko, adrenalinę, naginanie zasad do własnych potrzeb, burze, zawieje i grad 
Nie lubi: Jednostajności, użalania się nad sobą, owijania w bawełnę, łatwowierności i wtrącania się w jego prywatne sprawy 
Inne:  Podczas każdej pierwszej nocy miesiąca przemienia się w żądnego krwi demona, nad którym nie jest w stanie w żaden sposób panować. Lepiej się wtedy do niego nie zbliżać, bo atakuje dosłownie wszystko, co tylko stanie mu na drodze, nie wyłączając bliskich i osobników z jego Klanu. 
Pochodzenie: Afryka, Królestwo Marokańskie 
HistoriaNarodziłem się w wielkiej, doskonale prosperującej, marokańskiej Watasze Lśniących Ostrzy, a dokładniej rzecz ujmując w jej najważniejszej familii zwanej Wielkim Rodem, która nią zarządzała.Jako pierworodny syn panującej pary od najwcześniejszych chwil byłem otaczany doskonale dobraną opieką, co miało mnie przygotować do stanięcia w przyszłości na czele tego stada. Był tylko mały problem- za nic nie chciałem tego robić i, gdy tylko mogłem, uciekałem od wszelkich pouczeń, aby zaszyć się w jakiś najciemniejszy kąt i wrócić dopiero późną nocą, gdy wszyscy już spali. 
Sytuacji nie poprawił fakt, że mój ojciec po około sześciu miesiącach postanowił rzucić to wszystko i ruszyć w dalszą podróż. Dopiero wtedy bowiem poczułem naprawdę, że nie muszę zawsze tak żyć i, gdy tylko nadarzyła się okazja, ruszyłem w jego ślady.
Tak oto po jakimś czasie dotarłem tutaj. 

***

zdolności magiczne
Żywioł: Ogień, Magia
Żywioł dodatkowy: -
Moce główne:  Stawanie w płomieniach, stwarzanie potoku rwącej lawy, strzelanie rozpędzonymi, podkręcanymi kulami ognia, zwielokrotnianie swojej osoby, wywoływanie konwulsji i drgawek, wymazywanie pamięci 
Moce specjalne:
  • Zabójcze Spojrzenie - potrafi zabić za pomocą wzroku.
  • Krwawy Strumień - powodowanie wykrwawienia siłą umysłu 
  • Reinkarnacja - umiejętność odrodzenia się w innym wcieleniu. Może ją wykorzystać tylko trzykrotnie. 
Moc dodatkowa: -

***

relacje z innymi
Partner: W odróżnieniu od ojca poszukuje kogoś na stałe, ponieważ uważa, że mogłoby mu to znacznie ułatwić wprowadzanie w życie jego ciemnych planów. 
Rodzice: Skuld (nigdy nie należała do tej watahy, najprawdopodobniej wciąż żyje na terenie Maroka) i Mortimer (członek WKW)
Rodzina: Sealiah i Thistle - przyrodnie siostry, Samsawell - przyrodni brat, Saira - bratanica, Talestia, Aleksander, Wong Kar Wai i Clive - dalsza rodzina 
Potomstwo: Obecnie nie posiada, ale zdaje sobie sprawę z tego, że jego obowiązkiem jest przekazanie swoich genów następnemu pokoleniu. 
Najlepszy przyjaciel: Szczerze wątpi, aby ktoś kiedyś zasłużył na to miano. 
Przyjaciele: Może kiedyś...
Wrogowie: W tej chwili wszyscy są poza watahą, ale na pewno szybko kogoś sobie zjedna.
Mistrz: Stary wojownik z jego rodzinnej watahy imieniem Capricorn. 
Uczeń: | Dawny: Brak | Obecny: Brak |
Ofiara: Wytrwale poszukuje

***

statystyki
Miejsce zamieszkania: Balor zamieszkuje wielopoziomową, kamienną jaskinię położoną dokładnie naprzeciwko Wodopoju Grzeszników. Każde z pięter zajmowane jest przez inne pomieszczenie i tak, idąc od góry można tam ujrzeć: korytarz, w którym wita tych nielicznych gości, którzy do niego zajrzą, kuchnię, jadalnię, sypialnię, zbrojownię i salę ćwiczeniową. Całość urządzona jest w stylu starożytnego Egiptu, którym jej właściciel się pasjonuje, toteż niemal wszędzie można dojrzeć hieroglify, figurki sfinksów, czy też oka Horusa. 
Data dołączenia: 6 marzec 2018
Urodziny: 1 dzień lata
Kamienie Mocy: 50.000
LVL: 2 [do lvl up zostało: 100]
EXP: | Ogólnie: 200 | Wykorzystano: 150 | Zostało: 50 |
Umiejętności: | Walka: 15 | Polowanie: 10 | Magia: 5 | Umysł: 120 |
Ekwipunek: Brak
Osiągnięcia: Brak
Stan: Bardzo dobry [100 HP]
Choroby/uczulenia: Jak na razie wie jedynie, że od urodzenia gorzej widzi na lewe oko. 
Zbroja: Brak
Broń: Brak
Towarzysz: Brak
Kontakt: | Howrse: WTSW | Doggi: SZOG |

Od Ivy - C.D. Sam'a "Wytrwały cel"


Dźwięki otoczenia bardzo skutecznie wpływały na nasze nastroje. Zarówno ja jak i Sam puściliśmy w niepamięć długie dni odosobnienia i bez większej krępacji próbowaliśmy wyciągnąć od siebie co tylko się dało. Nie ukrywam, że sam basior - bo szczenięciem już nazwać go nie mogłam - zrobił na mnie dość dobre wrażenie. Nie bał się ukazać emocji, mówił szczerze i z zapałem i chyba co najlepsze, nie zlewał się rumieńcem od samego kontaktu wzrokowego. Mimo iż do słów "Stałem się mężczyzną" jeszcze troszeczkę mu brakowało tak śmiało mogłam powiedzieć, że młodzik idący aktualnie u mojego boku z pewnością będzie wspaniałym wilkiem. Po jego słowach zapadło milczenie, niczym tamtego feralnego dnia. Tylko tym razem zamieniliśmy się stronami... Co miałam mu powiedzieć?! Za każdym razem gdy przechodziłam przy granicy tych pustynnych terenów, gdy poczułam ich zapach (a raczej swąd)... zawsze gdy choćby o nich pomyślałam w moim umyśle rodziła się mała iskierka zadająca jedno upierdliwe pytanie " Jak by to było ponownie być tą złą? No Ivy, co ci szkodzi... przecież nie jesteś bezużyteczna, możesz to udowodnić. Najpierw przespaceruj się po terenach Fortis Corde, a gdy już znajdziesz osobę odwróconą do ciebie plecami... NIE!" Zawsze udawało mi się oderwać od tych psychodelicznych wizji, widoku Parasyte'a skąpanego we krwi z kępkami sierści na każdym z zębów... Wiem to zarówno ja, jak i osoba, która próbuje mnie do tego nakłonić... Prędzej porzucę watahę niż splamię swój honor. 
- Sam. - Zaczęłam zimnym i zdecydowanym głosem. - Nie jesteś już dzieckiem, i głównie dlatego powiem ci całą prawdę. Nie jest ona zbyt wygodna, ale nie chcę budować relacji na kłamstwie. 
Chwilę musiałam poczekać na reakcję... śpiew ptaków był tak kojący. 
- Zatem mów, nie będę wchodzić ci w słowa. - Rzekł zwalniając tępa. 
- Myślałam. Co więcej, byłam ciekawa jak zareaguje zarówno Fallen jak i Avalanche. Jesteś świadoma swoich umiejętności, jednak nie uważam się za coś w rodzaju "broni ostatecznej". Do tej roli nasz klan ma innego faworyta, a za razem wilka, który bije mnie w doświadczeniu kilkukrotnie.
- Patton... - Szepnął Sam. 
- Zgadza się. ale nie odbiegajmy od tematu. Nigdy jakoś specjalnie nie patrzyłam na inne aspekty tej decyzji. Dla przykładu, twoja reakcja... nie wzięłam pod uwagę, że tak możesz się czuć. Nasza relacja jest dość dziwna, ale swoją odpowiedzią uświadomiłeś mi, że warto trzymać si.e tej znajomości. - Mówiąc to uśmiechnęłam się. Po czym skierowałam swój wzrok ku ziemi 
- A teraz? - Zapytał Sam wlepiając we mnie wielkie, głębokie ślepia. 
- Nie masz o co się martwić, zostaję. - Odpowiedziałam z uśmiechem.

poniedziałek, 5 marca 2018

Od Sealiah - C.D. Clive'a "Śnieżka"


- To jaka jest Wasza decyzja, idzie od razu, czy też czekacie na jeszcze lepszy moment, który być może nigdy nie nadejdzie? - spytałam po paru minutach niezręcznej ciszy, w czasie której Clive zerkał raz na mnie raz na Sairę.
- Chyba najlepiej będzie załatwić to teraz. - zadecydowała. 
- W takim razie pójdziemy do niego zaraz po tym, jak dam Ci prezent, o którym wspominałam. - rzuciłam z radosnym uśmiechem i powoli zaczęłam zmierzać w stronę wyjścia.
- Tylko jest mały problem. - usłyszałam zza pleców.
- O co chodzi? - zapytałam, odwracając się w stronę młodej pary.
- Nie mamy z kim zostawić małej.
- W takim razie weźcie ją ze sobą, na pewno nie będzie sprawiać problemu, a i Well'owi dobrze zrobi jej wizyta. - poradziłam czując przyjemne mrowienie gdzieś w środku na myśl o tym, że wreszcie cała rodzina będzie w komplecie, wyłączając Mortimera. Z tym, że jego akurat nie było mi w tej chwili szkoda. W końcu sam sobie zasłużył na los, który go spotkał. Gorzej, ze ktoś i tak będzie musiał przynieść mu tę informację. Dobrze chociaż, że tym kimś była zwykle Tania. Tylko czy ona wciąż będzie chciała służyć swoją pomocą w kontaktach z nim...? Z tego, co się orientowałam, to podczas ratowania Sar z terenów Cecidisti Stellae zdążyła się z nim nieźle pokłócić i od tamtego czasu go nie odwiedzała. 
Z tych rozmyślań wyrwał mnie radosny, szczenięcy chichot i głos Clive'a:
- Jesteśmy gotowi.
- Miło mi to słyszeć. - to mówiąc, wyszłam z groty, a reszta podążyła za mną. 

***

Prze kilka kolejnych minut znów nikt nie odważył się wypowiedzieć ani jednego słowa, ale w końcu ukochany mej siostrzenicy przybliżył się do mnie i szepnął mi na ucho:
- Jak myślisz, jak zareaguje jej ojciec na tą wiadomość?
- Wydaje mi się, że dawno już się domyślał Waszej miłości, więc raczej nie będzie zbytnio zaskoczony. - odszepnęłam. 

<Clive?>

Od Aleksandra - C.D. Lynn "Ciekawość świata i nie tylko"


- Jesteśmy na miejscu - oświadczyłem, gdy tylko góry i wzniesienia wokół nas zaczęły zanikać, a liczne do tej pory jeziora i rzeki zamieniły się w powolne, jakby senne strumyki szepczące jakieś historie w sobie tylko znanym języku. Weszliśmy teraz do mieszanego lasu z ledwie zauważalną przewagą wieloletnich, wysmukłych sosen, zajmującego większość terenów naszego zielonego Klanu. 
Wadera zaczęła rozglądać się z wyraźną ciekawością, zadzierając głowę zapewne w poszukiwaniu gniazd ptaków, które dały nazwę temu miejscu. Kiedy jednak po około dziesięciu minutach żadnego z nich nie udało jej się wypatrzyć, przeniosła swe spojrzenie na mnie i spytała, niezbyt dobrze kryjąc swoje rozczarowanie:
- Udało Ci się kiedyś zobaczyć tu chociaż jednego orła?
- Owszem, w końcu w tym borze żyje ich pełno - odparłem z tajemniczym uśmiechem na pysku.
- To dlaczego ja nie mogę nawet dostrzec ich mieszkań? 
- Chyba nie uważasz, że złożyłyby swoje bezcenne jaja tak blisko jego granicy? - zapytałem, tym razem nawet nie próbując powstrzymać śmiechu. 
- Nie zastanawiałam się nad tym. - odrzekła lekko urażonym tonem. 
- Tak też myślałem, a teraz przestań się dąsać i pozwól, że zaprowadzę Cię do miejsca, gdzie dosłownie się od nich roi. - to mówiąc przyspieszyłem kroku, przez co Lynn została dość daleko z tyłu.
- Nie mógłbyś trochę zwolnić? - zaindagowała po jakimś czasie. 
- Przepraszam, już to robię. Musisz wiedzieć, że większość czasu spędzam w samotności, więc nie jestem przyzwyczajony do dostosowywania tempa swojej wędrówki do kogoś innego.- wytłumaczyłem się, zatrzymując się, aby mogła do mnie łatwiej dołączyć. 
- Zdążyłam się już domyślić - wyszeptała ledwie dosłyszalnie. 
Postanowiłem nie reagować na te słowa, chociaż musiałem przyznać, że trochę mnie zabolały. 

<Lynn? Wybacz, proszę, brak pomysłu.>

Od Ilii - C.D. Milo "Szczęście w nieszczęściu"


Blue Dream zniknęła tak nagle i niespodziewanie... Modliłam się by była cała, żeby była bezpieczna. W nosie miałam wszystko wokół, chciałam ją za wszelką cenę odnaleźć. Nic z tego, nawet tropu jej nie było. Kiedy później Milo przybył, nie byłam w stanie się powstrzymać z trzymaniem emocji na wodzy, buchnęłam płaczem i w którejś chwili przysnęłam. Spodziewając się koszmarów, nieźle się zdziwiłam widząc we śnie... Blue Dream. Moje maleństwo uśmiechało się ciepło, ale z wyglądu uległa zmianie. Odezwała się nadzwyczaj wyraźnie.
- Mamo, nie musisz się zamartwiać, nic mi nie jest. Jestem bezpieczna, ale daleko od ciebie - dodała posmutniała. - Moje pokolenie zostało wezwane teraz do naszych nauczań. Nie wiem kiedy się ono skończy, ale wtedy postaram się do was wrócić. Przez ten czas zadbaj o siebie, dobrze? Papa - pożegnała się, a ja wróciłam do przytomnych.
Gdy się ocknęłam, poczułam przyjemne uczucie ciepła tuż przy mnie. Po odwróceniu ku źródłowi ciepła, okazało się, że był to śpiący Milo całkiem wtulony we mnie. Zatkało mnie to całkiem, ale w duchu... Ten basior był sprawcą odkopywania tego, co usilnie nie pozwalałam wrócić do bytu. Musiał wyczuć różnicę, ponieważ także się zbudził i wpatrywał się w moją zaskoczoną minę, po czym się uśmiechnął.
- Widzę, że masz już się lepie j- powiedział łagodnym tonem. Zaraz przytaknęłam czując narastające ciepło.
- Skontaktowała się ze mną. Na całe szczęście jest bezpieczna, ale ma jakieś swoje uczenie. Postara się wrócić zaraz po zakończeniu - odparłam miękko.
-To wspaniałe wieści - dodał. Po upływie kilku sekund jego łapa wolno powędrowała do mojej szyi i tak zaczął mnie głaskać. Zastygłam w bezruchu. Nie byłam pewna czy odczytał to jako zachętę, bowiem teraz po karku przesuwał łapą. - Powiedz mi... 
- Tak?
- Dobrze ci?
- ...Szczerze, nie wiem co o tym myśleć - odezwałam się po chwili milczenia. Basior był jak bodziec, ten brakujący klucz do otworzenia szczelnie zamkniętych drzwi. - Z jednej strony dobrze, ale jednak... Dlaczego to robisz? - Spytałam cicho.

<Milo?>

Od Clive'a - C.D. Sealiah "Śnieżka"


Do jaskini wróciliśmy przez ziąb panujący na zewnątrz w promiennych nastrojach. Poczucie, że wreszcie znalazłem kogoś z kim mogłem być na stałe było niesamowite, a sama przynależność do Luminosum Iter nabrała dla mnie większego znaczenia. Podobnie jak sam fakt, iż mogłem założyć rodzinę, oczywiście póki co tym mianem określałem w głównej mierze Sairę. Nie byłem pewien co do przyszłego potomstwa, nie myślałem nad tym poważniej, a przynajmniej sądziłem, że po ostatnich wydarzeniach, trzeba być da mojej partnerce trochę czasu, żeby poruszyć niegdyś ten temat.
— Chcesz coś do jedzenia? — z zadumy wyrwał mnie delikatny głos Sairy. — Akurat idę naszykować sobie jedzenie, więc mogę i przy okazji zrobić coś tobie — dodała.
— Pewnie. Tobie pozostawiam wolny wybór w kwestii jedzenia — odparłem.
Uśmiechnęła się z satysfakcją, zadowolona z tego, że mogła wykazać się kulinarnymi umiejętnościami. Ruszyła do kuchni i zatrzymując się wpół kroku, spojrzała na mnie.
— Nie idziesz ze mną?
— Idę, idę — zaśmiałem się, ruszając za nią.
Usadowiłem się wygodnie na ziemi w taki sposób, aby nie przeszkadzać partnerce w czasie pracy. Krzątała się po kuchni z widoczną wprawą dobierając do mięsa różne zioła i przyprawy. Obserwowałem ją z uwagą, podziwiając całą jej osobę. Naprawdę byłem szczęściarzem w kwestii zdobycia Sairy, była po prostu niesamowita.
— Skończyłam — oznajmiła radośnie, odwracając się w moim kierunku.
— Już? — mruknąłem trochę zawiedziony. 
Miałem nadzieję, że mogłem ją poobserwować jeszcze dłużej. Lubiłem się jej przyglądać. W pewien sposób przynosiło mi to satysfakcję, a także uspokajało. 
— Co taki zawiedziony? — zapytała, marszcząc delikatnie brwi. — Nie ufasz moim umiejętnością kulinarnym?
Podniosłem się, po czym zbliżyłem się do niej, uśmiechając się flirciarsko. Przytuliłem ją do siebie, po czym złożyłem ja jej nosie całusa. 
— Nie o to chodzi głuptasie — zaśmiałem sie cicho. — Uważam, że będziesz wspaniałą kucharką, moja droga partnerko — obwieściłem bardzo oficjalnie.
Saira wyrwała się z moich objęć i z wyczuciem walnęła mnie łapą w bok. 
— Zapomniałeś dodać, że będzie najlepszą partnerką na świecie — mruknęła, spoglądając to w moje oczy, to w usta. — I, że posiada najwspanialszego partnera pod słońcem.
Uśmiechnąłem się po raz kolejny tego dnia. Zaczęliśmy się całować, dopóki nie przeszkodził nam niespodziewany gość, którym była ciotka Sairy. Oderwaliśmy się od siebie, czując zażenowanie. Sealiah spoglądała na nas z uznaniem i radością, co tylko potęgowało niezręczność przyłapania nas. 
— Nie macie się czym przejmować. — oświadczyła ze śmiechem. — Przyszłam Wam tylko pogratulować zawarcia partnerstwa i życzyć wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia.
— Chcesz powiedzieć, że słyszałaś całą naszą rozmowę? — spytała Saira, uciekając wzrokiem w bok.
— Na pewno jej część.
— W takim razie pewnie powiesz teraz o tym Well'owi? — zapytała z przejęciem Królowa Śniegu.
— Nie, ponieważ uważam, że powinniście zrobić to osobiście. Ja Wam mogę jedynie towarzyszyć, zwłaszcza, że i tak mam dla Ciebie mały prezent — odparła tajemniczo Sealiah. 
Spojrzeliśmy po sobie z Sairą. Zarówno mnie jak i ją zżerała ciekawość.

< Sealiah? Samsawell? Saira lub Thistle? >

Od Sam'a - C.D. Ivy "Wytrwały cel"


W dorosłe życie wkroczyłem ze swego rodzaju brzemieniem. Zaledwie na kilka tygodni przed osiągnięciem dorosłości, Senshi została porwana. Dla moich rodziców był to duży cios. Avalanche dowiadując się o zniknięciu córki, ruszyła w ślad za drapieżnikami, a Elias ruszył w pogoń za nią. Wrócili po kilku dniach, smutni i przybici. Jak się okazało trop się urwał i nie było sposobu na to, aby nawet się dowiedzieć co się stało z Senshi. 
Z wysoka miałem idealny widok na całe tereny należące do Fortis Corde. Odetchnąłem głęboko świeżym górskim powietrzem. Tęskniłem za Ivy. Brakowało mi jej obecności. Byłem zbyt rozdarty, a dodatkowo świeże rany, które pozostawiło po sobie zniknięcie siostry, jeszcze się nie zaskleiły.
Biłem się z myślami. Pamiętałem dokładnie pytanie, które zadała mi. Bałem się, że w tym czasie mogła opuścić Fortis Corde. Kontakt urwał się na kilka dobrych miesięcy. Ani ona, ani ja nie zabiegaliśmy o odnowienie go. Nadszedł czas, aby naprawić jeden z poważniejszych błędów. 
Ku mojej uldze zastałem ją w jaskini położonej nieopodal Słonecznego Jeziora. Zaskoczył ją mój widok, ale nie odezwała się do mnie słowem. Wyczekiwała tego co mam jej do powiedzienia, wpatrując się uważnie w moją osobę. Nie mogłem w to uwierzyć, ale prawie zapomniałem o tym, jak jej niesamowite niebieskie oczy na mnie działały. 
— Dawno się nie widzieliśmy — rzuciłem bardziej w przestrzeń niż do niej.
— To prawda. — Ostrożnie zgodziła się ze mną, a następnie zlustrowała mnie wzrokiem. — Zmężniałeś. 
Uśmiechnąłem się niepewnie.
— Kiedyś trzeba, prawda? — zażartowałem.
— Rzeczywiście, a na ciebie przyszedł już czas. — Uśmiechnęła się w odpowiedzi, na co mi ulżyło. 
Kierowany emocjami, a w większym stopniu jej pozytywną reakcją, rzuciłem się w jej kierunku, zamykając jej drobniejsze teraz ciało w niedźwiedzim uścisku. Ivy również mnie przytuliła.
— Brakowało mi ciebie — wyznałem szczerze.
— Mi ciebie też — odparła.
Kiedy od siebie odeszliśmy, zaczęliśmy bombardować się infromacjami. A może to raczej ja byłem pytającym, a Ivy odpowiadającą. W końcu "zniknąłem" i wycofałem się na kilka tygodni z życia Klanu. Zdecydowaliśmy wybrać się na spacer, żeby się trochę przewietrzyć, a także opanować targającymi nami emocje.
— Co byś zrobił, gdybym przeszła na stronę Cecidisti Stellae? — powtórzyłem bezgłośnie pytanie, które zdała mi kilka tygodni temu. 
Zamknąłem oczy. Wtedy zareagowałem złością, co zarówno zaskoczyło mnie, jak i Ivy. Wyszedłem z jaskini bez słowa, a ona została tam, nie wiedząc co powinna zrobić. Kiedy otworzyłem oczy, wspomnienie zniknęło, a na sobie wyczułem czujne spojrzenie przyjaciółki.
— O czym myślisz? — zapytała cicho, jakby nie chcąc mi przeszkadzać.
— Nad pytaniem, które mi wtedy zadałaś — odmruknąłem. Spojrzałem jej prosto w oczy. — I chcę, żebyś wiedziała, że oszalałbym, gdybyś opuściła Fortis Corde. Czułbym się... odrzucony, smutny, zraniony — zacząłem wymieniać, zdając sobie sprawę, że w oczach Ivy dopatrzyłem się czegoś dziwnego. Przestraszyłem się. — Ivy, błagam, powiedź mi prawdę, czy masz zamiar, nie... Czy w ogóle zastanawiałaś się nad opuszczeniem Fortis Corde? 

< Ivy? Wybacz, że tak długo nie odpisywałam. >

sobota, 3 marca 2018

Od Lynn - C.D. Aleksandra "Ciekawość świata i nie tylko"


— Możemy wpierw udać się do Orlego Lasu — zasugerował.
— Dobrze, niech będzie — zgodziłam się.
Ruszyłam za basiorem w drogę. Aleksander zdecydowanie nie obracał się w towarzystwie wilków, na pierwszy rzut oka widać było po nim, że był introwertykiem. Łatwo można było wywnioskować to po jego sposobie wyrażanie się, a także nastawienia. Od razu w oczy rzucała się lekka niechęć oraz zdystansowanie charakteryzujące osoby zamknięte w sobie. Niczego nie komentowałam ani nie zamierzałam zniechęcać się przez to do poznania jego osoby. Za bardzo mnie zaciekawił, żebym mogła mu odpuścić. 
Nie lubiłam niezręcznej ciszy, dlatego postanowiłam wdać się w krótką pogawędkę z basiorem. Chciałam go przekonać do siebie w jakiś sposób, więc dlatego starałam się ostrożnie prowadzić rozmowę i reagować na sygnały, które mi wysyłał. 
— Długo należysz do Fortis Corde? — zapytałam, spoglądając z ciekawością na jego reakcję.
Od Alf dowiedziałam się, że Aleksander należał do watahy na długo przed tym zanim została podzielona na Klany. Zastanawiałam się również o ile musiał być ode mnie starszy. Z pewnością nie był młodzieniaszkiem, ale nie wyglądał też na schorowanego. Ba, prezentował się nienagannie. Dysponował umięśnioną, wręcz atletyczną sylwetką godną pozazdroszczenia — musiał długo nad nią pracować. 
Weszliśmy w las. 
— To długa historia — powiedział z ociąganiem. — Musisz wiedzieć, że urodziłem się w watasze, kiedy jeszcze zajmowała tereny Ameryki, a konkretniej mówiąc Stanów Zjednoczonych. Wróciłem tu z... — zastanowił się, szukając właściwego słowa. — osobistych powodów. 
— Rozumiem — mruknęłam bez wyrazu. 
— A ty? Czemu tu dołączyłaś? — zapytał, spoglądając na mnie kątem oka. Szybko jednak odwrócił spojrzenie, gdy zorientował się, że to zauważyłam. 
— W sumie to po prostu chciałam zwiedzić skrawek świata. Nie chciałam siedzieć w jednym miejscu i szczerze powiedziawszy nie zamierzałam tu osiąść, ale Fortis Corde przekonało mnie do siebie — odparłam z przyjacielskim uśmiechem.
Wilk nie odpowiedział. Znowu zapadła cisza. Tym razem nie przeszkadzała najwyraźniej żadnemu z nas. Właściwie dzięki niej wreszcie mogłam usłyszeć śpiew ptaków dobiegający spomiędzy koron drzew, szum liści, którymi poruszał delikatny wietrzyk. Mogłam wsłuchać się w odgłosy lasu.

< Aleksander? >

piątek, 2 marca 2018

Od Sealiah - C.D. Clive'a "Śnieżka"


Jak każdego dnia, odkąd Clive stał się mistrzem Thistle, a przez to zaczął jeszcze częściej niż zwykle odwiedzać Sairę, po skończeniu swoich ostatnich wieczornych obowiązków, wymknęłam się z jaskini i podążyłam w dolinę, aby sprawdzić co się u nich dzieje, a następnie złożyć raport Samsawellowi. Wciąż pałałam niegasnącą nadzieją co do tego,że któraś z przyniesionych przeze mnie informacji na tyle go zaintryguje, że zdecyduje się odwiedzić swą córkę po raz drugi od przyjścia This na świat. Swoją drogą nigdy nie udało mi się do końca zrozumieć czemu tak bardzo stara się tego unikać. Czyżby wciąż obwiniał się, że to, iż nasza mała Królowa Śniegu ma pod opieką tą niewielką puchatą kuleczkę, to tylko jego wina? Jeśli tak, to doskonale to ukrywał, gdyż nawet ja, jako jego siostra i najprawdopodobniej najbliższa mu istota na świecie, mogłam się tylko tego domyślać. 
Tak dumając, sama nie zdając sobie z tego za dobrze sprawy, dotarłam w pobliże groty Sar. Aby być pewna, że na pewno nie uda jej się przyłapać mnie na szpiegostwie, postanowiłam skorzystać z jednej ze swoich mocy i, przemieniając się w rosomaka tundrowego, wtopić się jak najbardziej w otoczenie. W końcu po okolicy krążyło ich pełno, więc istniało niewielkie ryzyko, że ktoś domyśli się, że jest coś w nim niezwykłego. Następnie powoli podeszłam do otworu wejściowego i zaczęłam nasłuchiwać. Do moich uszu dotarł strzępek rozmowy, z którego wyraźnie wynikało, że...ma bratanica postanowiła zacząć nowe życie u boku Clive'a. 
W tym momencie postanowiłam jednak przybrać z powrotem swą prawdziwą postać i wejść do środka, aby jej tego pogratulować.
Niestety wybrałam sobie akurat moment, w którym zaczęli się całować, więc byłam zmuszona wstrzymać się chwilę z wyrazami uznania.
W końcu jednak oderwali się od siebie i zwrócili na mnie uwagę. Oboje czuli się wyraźnie zażenowani moją obecnością.
- Nie macie się czym przejmować. - oświadczyłam ze śmiechem. - Przyszłam Wam tylko pogratulować zawarcia partnerstwa i życzyć wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia.
- Chcesz powiedzieć, że słyszałaś całą naszą rozmowę? - spytała Saira, patrząc gdzieś w bok.
- Na pewno jej część.
- W takim razie pewnie powiesz teraz o tym Well'owi?
- Nie, ponieważ uważam, że powinniście zrobić to osobiście. Ja Wam mogę jedynie towarzyszyć, zwłaszcza, że i tak mam dla Ciebie mały prezent.

<Clive?>