niedziela, 4 września 2016

Od Arnis'a - C.D. Reny ''Jak tu dotarłam?''


- I zgaduję, że ja mam ją odprowadzić? - mruknąłem do bety.
- Muszę się zająć paroma spra...
- Dobra, dobra. - mruknąłem, przerywając mu. - Sprawy sprawami, ale sam nie dam rady zaprowadzić tej galarety.
Basior odetchnął i spojrzał przez ramię.
- Okej, okej. - westchnął, idąc w stronę jaskiń. - Oprowadzisz ją później po terenach?
Skrzywiłem się lekko.
- Dobrze, jeśli się uspokoi. - powiedziałem cicho. - Jeśli nie, zostaje u Makki, która spróbuje ją ogarnąć, okej?
W końcu dotarliśmy do jaskiń. Patton wprowadził Renę do środka, a ja zostałem na zewnątrz.
- Świetnie. - burknąłem i położyłem się przed wejściem. - Miejmy tylko nadzieję, że nie wykituję z tą histeryczką.
Zamknąłem oczy i nasłuchiwałem, czy nikt nie nadchodzi. W pewnym momencie po prostu mi się przysnęło.

***

Znowu to samo. Cloud. Cloud. Który raz mam już ten sen? Nie mam zielonego pojęcia. W sumie raczej to koszmar. Widziałem jej powykręcane łapy, złamane skrzydło, naderwane ucho... ranę w boku... nie przestającą krwawić ranę w boku.
- Przepraszam. - szepnęła wtedy.
Za co? Za to, że się ze mną zaprzyjaźniła? Czy za to, że była pierwszym wilkiem, który rozmawiał ze mną o czymś innym, niż o formalnościach i informacjach?
Nie byłem w stanie jej pomóc. Nigdy nikomu nie byłem. Kiedy moi rodzice umierali, widziałem po prostu to samo. Krwawiące ciała. I przeprosiny.

***

W końcu się obudziłem.
- Nie ma szans, żeby ją wskrzesić, co? - mruknąłem do siebie, powoli się podnosząc.
- Kogo? - usłyszałem głos wadery.
Odwróciłem się w jej stronę. Cholera. Przez chwilę myślałem... eh, nie ważne.
- Nic, nie ważne. - skrzywiłem się. - Rena, tak? Arnis jestem. - przedstawiłem się i skinąłem sztywno głową.
- Miałeś mi ponoć pokazać tereny... - zaczęła niepewnie.
- Tia, chodź. - mruknąłem i ruszyłem powoli w stronę granicy.

<Rena?>

Od Lonely Rain - Mroki Serca, cz 1

Obudziłam się dzisiaj w nocy z dziwnym wrażeniem. Czułam się obserwowana. Momentalnie zrobiło mi się zimno. Postanowiłam napić się herbaty według mej matki. Zaparzyłam jakieś ziółka i wypiłam je, trzęsącymi się łapami. Nie, coś było nie tak. Wygrzebałam z kąta jakieś zimowe futro z karibu i przykryłam się nim. Moje ciało przeszedł dotąd nieznany mi mocny dreszcz. Poczułam czyjś oddech na karku. Odwróciłam się momentalnie, lecz nikogo nie zobaczyłam. Może powinnam udać się do psychologa? Nie, to głupie, pewnie złapałam jakieś choróbsko. Postanowiłam opuścić jaskinię. Wyszłam więc przed mój dom i zaczęłam się rozglądać. Tak, to palące spojrzenie, wypalające dziurę we mnie, w moim sercu... 
- *Czego się boisz?* - usłyszałam w głowie.
- K-kto to powiedział? - szepnęłam.
- *Ja, kochanie...* - usłyszałam rechot.
Pobiegłam do jaskini i zasunęłam otwór oraz wejście. Było ciemno. Czerń rzucała mnie sobie w objęcia. Była z każdej możliwej strony. O dziwo, gdy położyłam się, od razu zasnęłam. 

***Nazajutrz***

Obudziłam się zlana potem. Znów to samo uczucie. Poczułam, jak coś rozrywa mnie od środka, moje wnętrzności, moje serce. I ten śmiech. Ten wzrok. Ten oddech... Zerwałam się i pobiegłam byle gdzie. Natrafiłam na jaskinię wilka imieniem Simon. Roztrzęsiona, bez zastanowienia wpadłam do niego, siadając w kącie.
- Przepraszam, nie znamy się... Jestem Lonely Rain, ciebie znam z widoku i imienia... Mam jedną prośbę... - trzęsłam się.
- Jaką? - spytał zdziwiony basior.
- Zabierz... zabierz mnie do kościoła. - spojrzałam błagalnym wzrokiem na samca.

C.D.N.

sobota, 3 września 2016

Od Rathyen - C.D. Silent Fear'a ''Dzień dla mordercy''


No tak, przesłuchanie. Czemu oni nie mogą zrozumieć, że nie chcę im niczego mówić? To sprawa między mną, moją ofiarą, a moim zleceniodawcą. No ale oni naciskali. I robiło się coraz nudniej. Do porzygu było to wszystko.
- Dobra, dobra - skrzywiłam się w końcu. - Jego córka poprosiła, żebym go zabiła - powiedziałam, wstając.
- Kto?! - krzyknął Patton.
- Jak sądzę, głuchy nie jesteś, więc powtarzać się nie będę - mruknęłam.
Skierowałam się do wyjścia.
- Czekaj, czekaj - powiedział szczeniak.
- Tak? - spytałam.
- Czy ty myślisz, że kara cię ominie? - spytał, wyraźnie zirytowany.
Zaśmiałam się.
- A co taki maluch jak ty może mi zrobić? - spytałam, patrząc na niego z góry.
- Spokojnie moglibyśmy cię rozszarpać - powiedział dyplomatycznym głosem beta.
Wywróciłam oczami. No tak. Durne konsekwencje. Czy oni naprawdę nie rozumieją, że i tak się nie zmienię? Że to nic nie da?
- Więc? Jaka ma być ta "kara"?
- Zostaniesz w naszej watasze - powiedział spokojnie alfa.
Kątem oka zauważyłam minę Patton'a. Była bezcenna. Takiego zdziwienia z niedowierzaniem nigdy w życiu na żadnym pysku nie widziałam. Starałam się opanować.
- Albo, jak powiedział beta, będziesz martwa - powiedział, wzruszając ramionami.
Odetchnęłam cicho.
- A co mi to da? - spytałam, znowu się krzywiąc.
- Będziesz żywa, to powinno wystarczyć - mruknął Patton, kiedy już się uspokoił.
Wywróciłam oczami. No tak. Z zapłaty nici, ale... znęcanie się psychiczne nad niedoszłą ofiarą chyba może być? Uśmiechnęłam się w duchu.
- Zgoda - powiedziałam.
Znowu ta mina u bety. Nie no, chyba padnę. Zaśmiałam się pod nosem.
- Czy coś się stało? - spytał alfa.
- Nieee, nic - wyszczerzyłam się i wyszłam.
W końcu świeże powietrze. Zwariować można było w tym namiocie. Ruszyłam w stronę jaskiń, kiedy zauważyłam Fear'a.
- Aż tak ci się nudzi, że za motylkami ganiasz? - spytałam sarkastycznie. - Z tego co słyszałam, to jesteś zabójcą, nie szczeniakiem.

< Silent Fear? >

Od Silent Fear'a - C.d. Rathyen ''Dzień dla mordercy''


Wadera wyraźnie zdziwiła się, kiedy do namiotu wszedł wyrośnięty, czarny szczeniak. Wciąż zadawałem sobie pytanie, jakim cudem ten szczeniak jest bardziej rozgarnięty od większości dorosłych wilków, jakim cudem jego strategie są tak dobre? Na pewno ten cholerny demon maczał w tym swoje brudne łapska. Nim Cry się obejrzy, jego życie będzie całkowicie zależne od tego ścierwa, samca Beta.
 - Dlaczego kłaniasz się szczeniakowi? - Zapytała niepewnie wadera.
 - Bo to Alfa, idiotko. - Mruknąłem tak, aby tylko ona usłyszała. Zaskoczona obserwowała dalsze ruchy naszego przywódcy.
 - Dziękuję Fear, możesz już wyjść. - Usłyszałem. O nie. Protest.
 - Może i jesteś Alfą, ale nie lekceważ większych od siebie. Zostanę i dopilnuję twojego bezpieczeństwa. - Wysyczałem, patrząc na szczenię.
 - To nie będzie konieczne. - Usłyszałem kolejny głos. No tak... Bety, który wprasza się wszędzie, nie mogło zabraknąć również tutaj. - Radzę ci posłuchać Alfy i wyjść.
Prychnąłem jedynie i z podkulonym ogonem wyszedłem, rzucając Pattonowi i waderze mordercze spojrzenia. 
 - *Jeszcze się policzymy* - Rzuciłem telepatycznie w stronę wadery, która uśmiechnęła się półgębkiem i spojrzała na mnie zdeterminowana. 
Chodziłem w kółko, zabijałem drobne ptaki, które co jakiś czas przelatywały, jednak nie byłem w stanie zabić swojej nudy. Słuchałem tylko jak Crow's Cry coś mówi, na co wadera coś mamrocze, po czym odzywa się Patton, znowu wadera i koło się zapętla. Nudy! Kiedy oni w końcu wyjdą z tego pomieszczenia?! Chcę wiedzieć, jaka kara spotka moją niedoszłą morderczynię... Może będę mógł osobiście się z nią rozprawić?

< Crow's Cry? Rathyen? Patton? Silent'owi się nudzi! >

Od Simon'a - C.D. Silent Fear'a ''Pierwsza bomba zrzucona''


Przygotowałem się na taką ewentualność i szczerze powiedziawszy, informacja, którą przekazał mi Silent Fear, nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Właściwie, domyślałem się od dawna, że właśnie tak jest i cieszyłem się z faktu, iż moje przypuszczenia okazały się słuszne. Nie byłem zobowiązany do pomagania Fear'owi, nie musiałem już z nim rozmawiać, przyznawać się do niego, a nawet przyjaźnić. Informacja poprawiła mi humor, jednak martwiłem się o Imagine. Nigdy nie traktowałem jej jak siostry, jednak wiedziałem, że ona traktuje mnie jak brata. To musiało być dla niej trudne, jednak nie mogłem nic zrobić - nareszcie miałem okazję do odcięcia się od wszystkich, gdyż nie musiałem już traktować Silent Fear'a i Imagine jak rodzeństwo.
 - Dlaczego postanowiłeś powiedzieć mi to akurat dzisiaj? - Zapytałem bez okazywania żadnej emocji. Nie chciałem mu pokazywać radości, jaka w tamtej chwili mnie opanowała.
 - Bez powodu. - Mruknął.
 - Skąd to wiesz? - Zapytałem.
 - Od początku byłem tego pewien. - Spojrzał na mnie, po czym uśmiechnął się. - Podobnie jak ty. A więc tylko Imagine była idiotką. 
 - Zabraniam ci tak o niej mówić.
 - Nie możesz mi zabronić. Przecież nawet się nie przyjaźnimy, czemu miałbym słuchać kogoś obcego?
Silent Fear miał rację. Teraz byliśmy dla siebie nikim więcej, jak obcymi. On skoncentruje się na zabijaniu, ja skoncentruję się na sobie, a Imagine też zapewne znajdzie sobie jakieś zajęcie. Jestem pewien, że już się do nas więcej nie odezwie: zdaje sobie sprawę, że zarówno Fear, jak i ja, wiedzieliśmy o tym wcześniej i okłamywaliśmy ją przez te wszystkie lata. Z zamyślenia wyrwał mnie głos czarnego basiora, który znajdował się kilka kroków dalej, niż kilka sekund temu.
 - Nie miej wyrzutów sumienia. - Rzekł. - To kiedyś musiało wyjść na jaw.
 - Ale dlaczego akurat teraz?! - Wciąż się zastanawiając, moje myśli przeistoczyły się w słowa. - Na pewno masz jakiś motyw, by zdradzać nam to akurat w tym momencie.
 - Chcę mieć już spokój. - Odparł chłodno. - I kiedy będę któreś z was zabijał, chcę mieć czyste sumienie.
 - Ktoś dał ci zlecenie? - Zapytałem z wybałuszonymi oczami.
 - Nie, ale kto wie?
Po tych słowach rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając mnie samego. Najpewniej tak samo zostawił Imagine. O ile byłem szczęśliwy z powodu faktu, iż nie muszę się do nich odzywać, o tyle ostatnie słowa Fear'a bardzo mnie niepokoiły. Z pewnością nie widzieliśmy się ostatni raz...

piątek, 2 września 2016

Od Patton'a - Walczyć sam ze sobą, cz. 1

- Zapomniałeś o mnie?
''Nienawidzę cię'', ''zabiłeś ją'', ''spłoń w piekle'', ''karma wraca'' - to najczęściej mówiły szczeniaki, zanim zostawały przeze mnie rozszarpywane, podobnie jak ich rodziny i przyjaciele. Nie robiłem tego na zlecenie, w zasadzie, to nie ja decydowałem o tym, czy kogoś zabiję, czy nie. Chowając w swoim ciele demona, narażałem się na wielkie niebezpieczeństwo. Kiedy byłem mały, miałem tylko jedną osobowość. Byłem paskudnym wilkiem, chcącym jedynie rozlewu krwi, nie znającym słów: litość, miłość, prawda i szacunek. Każdą z tych wartości potępiałem, wciąż siejąc mord i dając upust swojej wrodzonej już naturze. Nie było mi dane dołączyć do żadnej watahy, gdyż zapach tylu wilków ostatecznie skutkował wybiciem całej watahy. Nienawidziłem siebie, tak samo jak nienawidziły mnie wszystkie te szczenięta, pozostawione w płomieniach niedaleko ciał swoich rodziców. Mimo wszystko, lubiłem to życie. Spełniałem się w tym, dodatkowo dając swoim zastępom piekielnym dodatkową siłę, zwiększającą się z każdym kolejnym zabójstwem. Jednak pewnego dnia spotkałem waderę, która złamała wszelkie bariery. Stworzyła aktualną wersję mnie, zaś demon odchodził w cień, w końcu całkowicie się skrywając. Jednak kiedy przychodziło mi zabijać, zyskiwał nowe siły. Po ostatnich walkach, ostatecznie miał już na tyle siły, by wrócić na swoje miejsce. Mogłem znów być starym mną, jednak nie chciałem tego i wciąż walczyłem. Zacząłem spędzać dużo czasu z moją partnerką, mając nadzieję, że demon znów zacznie się oddalać. Jednak Makka dawała siłę zarówno mojej dobrej stronie, jak i złej, przez co walka nadal pozostawała wyrównana. Moja druga strona zawsze bardziej lubiła Silence'a. To stało się w miesięcznicę jego śmierci, o pełni księżyca. Słysząc za sobą głos, odwróciłem się powoli, rzucając w tamtą stronę zdeterminowane i śmiertelnie poważne spojrzenie.
 - Nie. Doskonale pamiętam. - Mruknąłem, na co postać zaśmiała się cicho. Światła zgasły. Kiedy ponownie było mi dane cokolwiek widzieć, znajdowałem się w innym świecie. W przedsionku piekła, na starym rynku. Nikogo tam nie było. Tylko ja i on... albo raczej ja i ja. Naprzeciw siebie stały dwie dusze: dawny ja i nowy ja. Ciało leżało w loży, w miejscu, gdzie zazwyczaj przesiadywał Lucyfer, oglądając walki.
 - Nie jesteś prawdziwym Patton'em. - Rzucił demon, przygotowując się do walki. - Zająłeś moje miejsce. Zostałeś stworzony z mojej miłości do Makki. Odebrałeś mi ją. Choć czułem jej ciepło i miłość, wiedziałem, że nie dla mnie jest ona przeznaczona. Chamsko wprosiłeś się w nasz związek, nie pozwoliłeś mi jej kochać. Z każdym dniem zyskiwałem siłę, by ponownie wstać i pokonać cię raz na zawsze, by nareszcie móc być z nią. Zaniedbałeś ją. Dopiero kiedy zacząłem dawać o sobie znać, postanowiłeś się ponownie do niej zbliżyć. Jednak to mnie nie powstrzyma. Nic już mnie nie powstrzyma.
 - Kocha mnie, nie ciebie. Pogódź się z tym, już przegrałeś.
 - Zgiń! - Salę przetarł głośny ryk. Zaczęło się więc to, co nieuniknione. Walka na śmierć i życie, gdzie wygrać mogła jedynie jedna z dwóch moich osobowości. Druga miała zostać unicestwiona już na zawsze, bez możliwości powrotu.

C. D. N.

Od Raven's Feather'a - Pierwsze strzały

Dzisiaj był dzień, na który czekałem z niecierpliwością. Oczywiście to, co było dzienną czynnością, jak zjedzenie śniadania, nie mogło poczekać. Mój mentor pogonił mnie do śniadania, po czym wziął swój łuk i jeszcze jakiś inny. Szybkim ruchem założył na ramię kołczan. Podał mi ten mniejszy łuk. Założyłem go liną na szyi i mogliśmy iść. Wyszliśmy na zewnątrz. Pogoda dopisywała, z nieboskłonu dostrzegłem dopiero nad horyzontem wznoszące się Słońce. Świeciło mocniej niż zazwyczaj, a ja przymrużyłem oczy. Wreszcie dotarliśmy do celu. Basior wytłumaczył, że muszę przejść mały tor, lecz zanim to zrobię, musi wyjaśnić mi wszystko o łucznictwie.
- Wiesz, to nie jest tak, że sobie strzelasz i trafiasz za pierwszym razem. To lata praktyki. Musisz nauczyć się strzelać do ruchomego celu, nawet biegnącej sarny, czy czegokolwiek. Jak wcześniej mówiłem, musisz być gotowy wypuścić strzałę w każdego. I ja właśnie dzisiaj zajmę się szkoleniem cię, nauczysz się podstawowych zasad. Jakieś pytania? - zakończył.
- W sumie... to jedno. - zacząłem.
- Zamieniam się w słuch.
- Bo, jeżeli watahę zaatakuje ktoś, kogo nie znam, ale wiem, że na pewno ma złe zamiary, to... sam mam działać? Strzelać z łuku, czy nie? - spytałem.
- Jeśli nie jesteś pewny na sto procent, że ta osoba będzie chciała zagrozić watasze, skontaktuj się z kimś z "obrońców", na przykład gwardzistą, łucznikami. A jeśli nie, to pędem leć do alfy, by powiedzieć mu, że kogoś widziałeś. Jasne? - wytłumaczył.
- Jasne. - skinąłem głową.
- Więc: weź w łapę swój łuk i weź połowę strzał. Będziesz miał taki sam kołczan jak ja, więc będzie ci wygodniej wyjmować strzały. Spójrz: łapiesz właśnie taką jedną strzałę i przekładasz przez ten otwór. Łapiesz końcówkę dwoma palcami i napinasz strzałę na cięciwę. - przez cały czas robił to samo, co mówił. - Teraz celujesz... i wypuszczasz strzałę!
Strzała idealnie trafiła w pień drzewa. Zacząłem klaskać, po czym sam spróbowałem. Za pierwszym razem miałem problem ze znalezieniem otworu. Później strzała, którą napinałem, spadała z cięciwy. Westchnąłem i cały czas próbowałem. Kiedy w końcu mi się udało, wypuściłem strzałę. Poleciała gdzieś daleko, poza zasięgiem naszego wzroku.
- Mogło wyjść lepiej... - zwiesiłem głowę.
- Nie wyjdzie od samego początku. Miałem podobnie. - lekko uniósł kącik ust.
Dalej szło coraz lepiej. W końcu udało mi się trafić blisko strzały mentora. Ucieszyłem się.
- Także teraz pozostaje nam tylko twój tor. Gotowy? - spytał.
- Pewnie! - odparłem, zakładając łuk tak samo, jak poprzednio i rzucając się biegiem w stronę toru przeszkód.
- Meh, szczeniaki. - pokręcił głową Karo i pobiegł za mną.

***

Tor nie wyglądał na trudny. Z pozoru. Najpierw musiałem trafić w trzy jednakowe pniaki. Jeden został trafiony za pierwszym razem. Drugi za trzecim, a o trzecim nie wspomnę... Jednak i w niego trafiłem. Przeszedłem koło pniaków i ujrzałem tarczę. 
- Musisz uzyskać 100 punktów. - objaśnił Karo.
- Dobrze... - powiedziałem niepewny i napiąłem strzałę na cięciwę. 
Wypuściłem ją. 80 punktów. Jeszcze trafię w 20 i po kłopocie. Trafiłem w pięćdziesiąt, ale mój mentor również zaliczył ten punkt. Zostało przede mną ostatnie, najtrudniejsze zadanie. Strzelanie w ruchomy punkt, z niewygodnej pozycji - przytrzymując się ogonem gałęzi, głową do dołu, strzelając w sarnę, która będzie biec. Od razu wiedziałem, że to nie wypali. Wziąłem łuk i z pomocą mentora wszedłem na gałąź. Uwiesiłem się na niej ogonem. Widziałem tylko, jak mentor wbija pazury w zad zwierzęcia, a to staje dęba i zaczyna biec. Założyłem strzałę na cięciwę i... wypuściłem ją. Spudłowałem. Nie. To niemożliwe. Wypuściłem drugą strzałę. Sarna biegła coraz dalej. Miałem ostatnią, siódmą szansę, oraz siódmą strzałę. Wypuściłem ją. Strzała z czarno-białymi piórami poleciała w stronę zwierzęcia, ostatecznie przedziurawiając je. Z wrażenia aż spadłem z gałęzi. Obolały wstałem, podbiegłem do Karo. Przytuliłem go, a basior spojrzał na mnie z zaskoczeniem.
- Dziękuję, dzięki tobie stałem się lepszym łucznikiem. - powiedziałem cicho.
- Hola, nie tak szybko, dużo przed tobą, Mały. Ale, nie powiem, faktycznie jesteś lepszy. A teraz co? Zanieśmy naszą kolację do domu. Głodny? - uśmiechnął się.
- Jak wilk! - zaśmiałem się i razem poszliśmy po dzisiejszą kolację. Karo przedzielił sarnę na: przednie nogi, tylne nogi, łeb i szyję, oraz ciało. Ja wziąłem te mniejsze kawałki, a mentor niósł ciało. Doszliśmy do jaskini. Szybko zjadłem kęs nogi, po czym poszedłem na swoje legowisko i... zasnąłem.

Od Reny - Jak tu dotarłam?

Przylgnęłam do podłoża, śledząc najdrobniejszy ruch zajęczaka, oddalonego o kilka metrów. Wystarczyłyby zaledwie trzy pokaźne susy, by móc zatopić kły w drobnym futrzaku. Ach, już czuję upragniony smak mięsa. Nareszcie cały zwierz dla mnie. Czemu, więc pozwalam mu nadal wierzyć, że dożyje kolejnego świtu? Pewnie brak sił nie pozwalał na pokonanie w ciągu kilku sekund tak drobnego dystansu. Nie jadałam przez wiele dni, a teraz ubolewam nad sobą, bo ostatni posiłek jadłam 4 dni temu - niedorzeczne!
Spięłam wszystkie mięśnie, zmuszając je do wykorzystania resztek sił. Zwierzak łypnął ślepiami, ruszając przed siebie. W tym momencie rozpoczął się wyścig, który będzie kosztować jego życie, lub co gorsza - moje. Łapy stawały się coraz miększe, uginając się z każdym metrem. 
Jeśli teraz nic nie upoluję, może to być ostatnie polowanie. Posiłek był już na wyciągnięcie łapy, jeszcze tylko metr, jeszcze tylko jeden skok, jeszcze tylko chwila. TAK! Woń krwi dotarła do mych nozdrzy. Głód był tak silny, że mogłam pożreć gryzonia w ciągu sekundy. 
Padłam zmęczona obok śniadania, próbując wyrównać oddech, odgryzając niewielkie kawałki mięsa. Byłam tak pochłonięta jedzeniem, że reszta świata w tej chwili nie miała znaczenia. Jakbym istniała tylko ja i to, co jeszcze minutę temu chadzało spokojnie po lesie.
- Co tu robisz? - zerwałam się nagle, patrząc za siebie.
- Ja… ja… nie… - jąkałam się, patrząc na postawnego wilka z surowym spojrzeniem.
- Ten las nie jest bezpieczny, zwłaszcza dla obcych. - mruknął oschle, stawiając kilka kroków w moją stronę.
W głowie kłębiło się mnóstwo myśli. Obawiałam się, że basior zrobi ze mną, to co ja z zajęczakiem. Automatycznie zaczęłam się cofać na ślepo, kładąc po sobie uszy. Widząc to, westchnął ciężko, siadając na miękkiej trawie.
- Dobra… widzę, że to chyba za trudne pytanie. Może coś prostszego, jak cię zwą?
Jak mam na imię? Czy on nie wie, że ja… Przecież nikogo nie interesuje moje imię. 
- L… Larwa- mruknęłam cicho, ale na tyle, by basior zaśmiał się pod nosem.
- Larwa? Jesteś pewna? Tak masz na imię? - postąpił krok, jednak następny już sobie darował, widząc, że nie mam ochoty na zmniejszenie dystansu. - Lepiej przestań mnie drażnić, mała. To pytanie chyba cię nie przerasta. Pytam ostatni raz i lepiej się zastanów.
W jego głosie można było wyczuć irytację. Na wszelki wypadek wolałam ponownie się oddalić, jednak drzewo uniemożliwiło mi ucieczkę. Ale… czy to na pewno drzewo? Spojrzałam kątem oka, by dostrzec kolejnego wilka.
Pisnęłam w duchu, sztywniejąc momentalnie. Widok innych wilków nie wiązał się z niczym przyjemnym.
- Kto to? - zaczął skrzydlaty basior.
- Sam próbuję się tego dowiedzieć, jest jakaś dziwna. Chyba zapomniała języka w gębie.
Łzy pociekły mi po policzkach. Świetnie! Siedzę w nieznanym mi lesie z dwoma obcymi wilkami, a ja przejmuje się tym, że ryczę.
- Coś ty jej zrobił?
- Nic, nawet się do niej nie zbliżyłem! - fuknął, patrząc na mnie jak na dziwadło.
- Dobrze, nic ci nie zrobimy, uspokój się już. Jak się nazywasz?
Widać było, że oboje są zakłopotani całą sytuacją. Właściwie kto by nie był, gdyby ktoś inny bez powodu rozkleił się jak dziecko.
- Rena. - wyjąkałam, próbując się opanować.
- W porządku, Reno. Ja jestem Patton, Samiec Beta. Widzę, że sporo przeszłaś, nie ma powodu do obaw. Chcemy ci pomóc, więc… - westchnął, gdy zobaczył, jak znowu zaczynam zalewać się łzami.
- Mówiłem ci, z nią jest coś nie tak.
- Makka może coś tu podziała, ja nie bardzo wiem co mam zrobić. - Patton zerknął na mnie z politowaniem. - Rena, chodź z nami, nic ci nie będzie, tylko postaraj się przestać płakać, ok?
Skinęłam głową, stawiając ostrożnie kroki za wilkami. 
Co mi strzeliło do głowy, żeby za nimi iść? Jestem taka głupia. No cóż, niezależnie od decyzji, były spore szanse na atak. 

<Patton, Arnis, bądź Makka?>

Od Raven's Feather'a - Kolejna nauka mocy

Wyszedłem z pomieszczenia, w którym znajdowało się moje legowisko. Mego mentora nie było. Trudno, prawie się tym nie przejmując, skonsumowałem śniadanie, które zostało mi pozostawione i wyszedłem wąską ścieżką wprost do serca Słonecznej Polany. Ranne Słońce grzało przyjemnie. Aż chciało się iść na spacer, popływać...choć i tak nie lubię wody. Liczyłem na ponowne spotkanie z Gray Fog, jednak tym razem tak się nie stało. Lekcję miała poprowadzić Grace. Trochę znudzony, słuchałem, jak wilczyca powtarza mi to samo, co Gray. 
- Wiem, iż odbyłeś pierwszą lekcję z Gray Fog. - powiedziała. - Pokaż mi, co potrafisz.
Bardzo chciałem pokazać waderze moc zmieniania pogody, lecz poprzednia nauczycielka stwierdziła, że to w jakimś stopniu narusza czasoprzestrzeń i, że mam używać tej mocy tylko w konieczności. Także tylko odparłem:
- Kontroluję i przewiduję burzę oraz wokół ofiary mogę wytworzyć śmiertelny sześcian, który pojawia się i wlewa do płuc ofiary wielką ilość wody, a ta, jeśli nie umie oddychać pod wodą, utopi się. Nie zniknie aż do zgonu. 
- A telepatia?
- Przyszła od razu. - odparłem.
- Ciekawe, ciekawe... Jeśli więc nie chcesz pokazywać wszystkich mocy, pokaż te, które chcesz. - zagadnęła Grace.
Więc porozmawiałem chwilę z waderą poprzez telepatię, a później wokół jakiegoś szaraka wytworzyłem Wodny Sześcian. Tak go nazwałem. W sumie... to chyba polubię wodę. Nieważne. Nagle zacząłem niespodziewanie kaszleć. Wilczyca zarządziła odpoczynek. Poprowadziła mnie do cienia, pod rozłożyste drzewo, a ja nie przestawałem kaszleć. Nagle w ciągu kilku sekund, z moich ust wydobyła się para wraz z mikroskopijnymi śnieżynkami. Ziemia, w której stronę poleciała para, zamarzła. 
- Lód? Żywioł niszczycielski. - uśmiechnęła się pod nosem. - Mrożący oddech. Serio tak szybko się uczysz?
- Próbuję. - masowałem obolałe gardło.
Przewróciłem się na bok i spojrzałem na opuszki łap. Były... tęczowe?! Migały wszystkimi kolorami tęczy. Zerwałem się na równe łapy i pokazałem zjawisko Grace. Podejrzewam, że miała na myśli żywioł tęczy. Ale co mi dadzą kolorowe łapy? Zaraz miałem się przekonać. Przede mną pojawiła się wielka tęcza. Przekręciłem łeb i postawiłem na niej łapę. Mogłem po niej chodzić...? 
- Spróbuj ty. - rzekłem do Grace stojącej obok. Postawiła łapę... która przeniknęła przez kolory. 
Uradowany pobiegłem po tęczowym łuku, coraz bardziej oddalając się od ziemi. Aż w końcu dobiegłem na samą górę. Widziałem chmury, ale nie widziałem niczego, co znajdowało się pod nimi. Usiadłem i przesunąłem się, po czym zjechałem z niewyobrażalną prędkością. Było.... fajnie. Zjechałem na dół, w ostatnim momencie zeskakując, a tęcza zniknęła. Grace dobiegła do mnie.
- Na dziś koniec. - westchnęła, jednocześnie się uśmiechając.
Położyłem się na trawie i... zasnąłem.

No to wrzesień, drodzy państwo

Uwaga, ogłaszam stan gotowości. Rozpoczął się wrzesień, czyli czas, w którym chodzimy do szkoły, gubimy długopisy, notatki i chęci do życia. Jak wiecie, na WKW jestem głównym administratorem i w tym roku zdaję egzamin gimnazjalny, obejmujący materiał z całej gimbazy. Jednak spokojnie, chyba jestem w stanie pogodzić to z WKW, jednak nie obiecuję, że posty będą codziennie - bo dzisiaj na przykład wróciłam do domu o 15:30, a o 16 zasnęłam na kanapie, czytając lekturę, którą nam dziś zadali. Spałam tak do 20, a chciałam trochę poczytać i powstawiać posty. Jak więc widzicie, nie zaczyna się najlepiej, ale teraz muszę się tylko przestawić, że zamiast o 3 chodzę spać o północy; zamiast wstawać o 9, wstaję o 6 i przede wszystkim, że nie śpię po szkole, aby mieć czas na naukę i WKW. Tak więc, najczęściej posty będą się pojawiać w weekendy, sporadycznie w dni robocze.

>>> Uwaga! Chamska reklama! Zaczęłyśmy z kumpelami prowadzić bloga z naszymi zdjęciami, starając się tym samym o wyższą ocenę z informatyki. Byłabym wdzięczna za każde wyświetlenie, bądź komentarz. Póki co znajduje się tam tylko jeden post. JUST US. (zgadnijcie która jestem ja) <<<

Więc wybaczcie, jeśli wasze opowiadania będą publikowane z poślizgiem, albo KJK nie będzie dokańczała opowiadań. Ochrzanić mnie można dopiero w poniedziałek, jeśli przez weekend nie pojawią się posty. Wtedy będę zasługiwała na ochrzan. 

Kurde, chciałam jedynie napisać, że posty będą w weekendy, a wyszedł jakiś bezsensowny żurek. No ok, to nie będę już przedłużać.

~ KJK.