poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Od Celty - C.D. Castiel'a ''Wspólna praca?''


- Piknik? - powtórzyłam, spoglądając na basiora z niepewnym uśmiechem. - Czemu nie, należy się nam trochę wypoczynku po walce... - wlepiłam wzrok w glebę. 
Zginęło dużo wilków, ale cóż ja mogę na to poradzić? Takie jest życie, a jego koło się toczy i toczyć będzie. Nie można go zatrzymać w żaden sposób. 
- A więc..? - usłyszałam głos Castiel'a. - Idziesz ze mną? 
- Oczywiście, bardzo chętnie. - ruszyłam w jego kierunku. 
- No i to rozumiem. - skinął z uśmiechem. 
Kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz, samiec wziął w pysk ów koszyk. No, nie mogę odmówić mu świetnych pomysłów. Nawet za czasów szczeniaka miewał szalone.. A teraz? Wariat, nie samiec. Uśmiechnęłam się pod nosem, rozglądając się dookoła. Wszystko było trochę inne, dużo czasu zajmie mi też przystosowanie się do nowego miejsca. Ten świat był inny, taki mniej kolorowy.. 
- Nad czym tak myślisz? - usłyszałam basiora.
- A, nad niczym zwyczajnym.. Po prostu zastanawiam się, jak to teraz będzie wyglądać. 
- A jak ma wyglądać..? Nienormalnie? - wyszczerzył się głupkowato.
- No w sumie... - Odwzajemniłam jego gest. - Chodzi mi o to, że ten świat jest trochę mniej kolorowy.. Brak w nim życia, szczęścia, które było kiedyś.. Wiele naszych straciło życie... W obronie terenów.. 
- Ach.. O to ci chodzi. - skinął. Właśnie wtedy ujrzałam, iż trzyma koszyk na grzbiecie. 
- Ta.. Smutno. 
- Nie myślmy o tym. Jesteśmy tu po to, żeby się zrelaksować. - zatrzymał się, ściągając prowiant. 
- Masz rację. - przysiadłam, kiedy to Cas zaczął wyjmować wszystko ze środka. 
Ja w tym czasie rozejrzałam się po terenie.. Był pusty. Taki nie nasz.. Szkoda.. Że nie ma tu kwiatów.. Zieleni... Wzięłam głębszy oddech, smyrając łapą w ziemi. Właśnie wtedy... Stało się coś, czego nigdy bym nie przypuszczała... Pod moimi łapami zaczęły rosnąć kwiaty!? I trawa?! Wytrzeszczyłam oczy, śledząc to wszystko.. Cas wyraźnie też się zainteresował i spoglądał z uwagą na rosnące róże, chabry, storczyki.. 
- Co się... 

<Cas? :3 trochę zieleni :3 >

Od Silent Fear'a - C.D. Rathyen ''Dzień dla mordercy''


Postanowiłem odwiedzić moją niedoszłą zabójczynię. Na pewno bardzo nudziło jej się w tym namiocie. Przyda jej się trochę... rozrywki. 
 - Wpuść mnie. - Warknąłem w stronę bety, gdy ten skutecznie uniemożliwił mi przejście.
 - Niby dlaczego? - Zapytał spokojnie. Wkurzał mnie. Szczególnie dlatego, że był demonem. Zabił mniej wilków ode mnie, mając tyle możliwości. Gdybym ja był demonem, zrównałbym cały ten świat z ziemią, nie pozostawiając nikogo przy życiu. Sam żyłbym na jego zgliszczach, rozkoszując się zapachem krwi i gnijących zwłok. Niestety, to było tylko marzenie. Rzuciłem okiem w górę. Na drzewie siedziała Burnt Flame. Nadal mnie śledzi, uparta. Niedługo nie będzie taka odważna. Obie nie będą. W tej chwili polują na mnie już dwa wilki. Niestety, ich zwierzyna jest mądrzejsza, niż one. Nie mają szans mnie zabić, nawet jeśli jakimś cudem połączą siły.
 - Ta wadera chciała mnie zabić. - Oznajmiłem. - Chcę się dowiedzieć dla kogo pracuje, czy to nie oczywiste?
 - Przesłuchania zostaw Crow's Cry'owi. - Mruknął, nie ruszając się z miejsca.
 - On nie będzie o to pytał. Zejdź mi łaskawie z drogi, dobrze? - Mój ton stał się wrednie uprzejmy. Na tego przyjemniaczka nic nie działało...
 - Bo co? Zabijesz mnie? - Zapytał z uśmiechem.
 - Och, nawet nie kracz. Mógłbym to zrobić w momencie. - Przesadziłem. Wiedziałem, że jego nie uda się zabić, ani tym bardziej zastraszyć.
 - Przez to zdanie obudziła się we mnie litość. - Zaśmiał się. - Właź. Masz dziesięć minut.
Z kamienną twarzą minąłem Betę i wszedłem do środka. Wilczyca leżała przy ścianie, nie umiejąc spać. Rzuciła mi wściekłe spojrzenie, nie ruszając się.
 - Dla kogo pracujesz? - Zapytałem.
 - To nieistotne. I tak zginiesz. - Odparła.
 - Na co liczysz? Że cię przyjmą? Postradałaś zmysły? Przyłapano cię na próbie zabicia członka tej watahy. Nie masz szans. Najpewniej będę musiał cię zabić. Taka już robota zabójcy.
 - Przyjmie mnie, już moja w tym głowa.
 - Zapomnij o tym cholernym zleceniu. Nieważne ile kasy za to dostaniesz, nie uda ci się to. A twój szef, kimkolwiek jest, nie będzie zadowolony, jeśli wrócisz z pustymi łapami. Dlatego najlepiej w ogóle nie wracaj. Tutaj też idzie się dorobić. Z tego, co widzę, żyję lepiej, niż ty. Nie muszę za nikim biegać, mam dom i zapewnione jedzenie, dobre stanowisko i ogólny szacunek członków watahy. Po co ci jakieś mierne zlecenie? 
 - Wolę taką formę zarabiania.
 - Jak sobie chcesz. - Mruknąłem obojętnie i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Ani śladu jej ingerencji. - Widzę, że nie próbujesz żadnych sztuczek. Pogodziłaś się z porażką?
 - Ty powinieneś pogodzić się z tym, że to ostatnie dni twojego życia.
Śmiech. To była moja reakcja. Śmiałem się jak idiota, prosto w jej twarz. Warknęła na mnie.
 - Och, czyżbym cię uraził? Przepraszam. - Rzekłem, tłumiąc śmiech.

< Rathyen? Ciut brak pomysłu >

Od Castiel'a - C.D. Celty ''Wspólna praca?''


Panika wadery była zdecydowanie zbyt wielka... jednak było to w pewnym sensie urocze. Jednak udało mi się wyjść z walki bez szwanku, czego nie można było powiedzieć o basiorze. Martwy. Jak każdy, kto ośmieli się próbować zrobić jej krzywdę.
 - Ogarnij się! - Wybuchłem, jednak po chwili zmieniłem ton. - Nic mi się nie stało, spokojnie.
 - Uff. - Odetchnęła.
 - A tobie nic nie jest? - Zapytałem spokojnie.
 - Nie. - Uśmiechnęła się. - Dzięki.
 - Za co? - Zapytałem zdziwiony. Na chwilę zapomnieliśmy o całej walce. Wilki też jakby o nas zapomniały. Mogliśmy w spokoju porozmawiać.
 - Za ratunek. - Wyszczerzyła zęby w jeszcze większym uśmiechu.
 - To nic takiego. - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - Każdy zrobiłby to samo na moim miejscu.
Nagle ktoś przerwał naszą rozmowę. Crow's Cry, nowy alfa. Nie miałem ochoty go słuchać, jednak musiałem. Przecież nie odstawię sceny w środku walki.
 - *Skończcie gadać i skoncentrujcie się na walce.* - Usłyszeliśmy telepatyczny sygnał. Wywróciłem oczami, mając wrażenie, że to się nigdy nie skończy.

Jednak skończyło się bardzo szybko. Wygraliśmy walkę. Wszyscy w watasze wiedzieli jednak, że to nie koniec i trzeba zbierać siły na kolejny ich atak. Można sobie jednak pozwolić na odrobinę przyjemności, prawda?
Nowa jaskinia Celty. Przypominała mi jej starą jaskinię, była niemal identyczna. Wszedłem do środka pewnym krokiem, jakbym wchodził do siebie do domu.
 - Celty? - Zadałem pytanie, odbijające się echem od ścian jaskini. Wadera pojawiła się w mroku.
 - O, Cas. Czemu zawdzięczam tę wizytę?
 - Chciałbym wyjść z tobą na spacer, pozwiedzać tereny. Mam też kosz piknikowy. - Tym ostatnim zdaniem z pewnością ją zachęciłem. Czułem to. Zgodzi się... prawda?

< Celty? :D >

niedziela, 14 sierpnia 2016

Od Charlotte - C.D. Hiro ''Pierwsze koty za płoty''


Nie spodziewałam się, że spotkam kogoś tak wcześnie. Wataha była stosunkowo nieduża, jak na tereny, które zajęła. Crow's Cry nie mógł aktualnie przydzielić mi nikogo, aby oprowadził mnie po ziemiach należących do stada, dlatego poprosił, abym poznała je we własnym zakresie. W każdym razie... nie zdążyłam nawet oddalić się od jaskini, gdy spotkałam wilka o imieniu Hiro. Prawie od razu można było zaobserwować, że zdobywanie nowych znajomych nie jest jego ulubioną czynnością... a fakt, że jestem waderą pewnie dodatkowo przysparzał mu kłopotów. Jednak nie jestem samicą, która skreśla innych bezpodstawnie. Przyszedł, zagadał... więc czemu miałabym nie dać mu szansy? 
- Tak więc, Hiro... w którym kierunku idziemy? - Zapytałam, rozglądając się dookoła. 
- Nie wiem. - Odpowiedział z lekkim zawahaniem. - Orientacyjnie wiem gdzie jest morze... oraz Wodospad Życia. 
- Więc czeka nas tułaczka bez większego celu. - Powiedziałam, wstając, aby chwilę później posłać basiorowi ciepłe spojrzenie. Hiro jedyne, co zrobił to uśmiechnął się, pokazując szereg lśniących kłów. Wstał dość żwawo i po kilku sekundach stał u mojego boku. 
- No to... może powiesz coś o sobie? - Zagaił, spoglądając głównie w las po jego lewej stronie. 
- Dlaczego to ja mam zaczynać? - Zapytałam z uśmiechem na pysku. 
- Damy mają pierwszeństwo. - Odrzekł, kierując wzrok w moją stronę. 
- Do damy sporo mi brakuje, ale skoro chcesz. Powiedz, co cię interesuje? 
- W sumie to podstawowe rzeczy... Kraj pochodzenia, żywioły, zainteresowania...
- Dobrze. Zacznę od tego, że moim ojczystym krajem jest Kanada. Jednak bardziej podoba mi się tutaj. 
- Dlaczego? 
- Przeszłość, która nie należała do najłatwiejszych. Powiedzmy, że im dalej od domu, tym łatwiej mi o niej zapomnieć. Jednak w chwili, gdy myślę o tamtych ziemiach, pierwsze co widzę to te gorsze wspomnienia. - Wytłumaczyłam, doganiając basiora. Zostałam delikatnie w tyle... nie chciałam zmieniać tempa spaceru, które w pełni mi odpowiadało. 
- Nie chcę wchodzić na drażliwe tematy. - Powiedział, a jego głos wyraźnie zadrżał. 
- Nic się nie stało, poza tym nie jest to aż tak drażliwy temat. Za jakiś czas może opowiem ci dokładniej dlaczego wolę żyć tu. Kontynuując, żywioły posiadam trzy: Światło, Ogień i Mrok. Mocy nie będę wymieniała, ponieważ posiadam ich szesnaście i trochę by się zeszło. 
- Mamy czas... - Kolejna krótka odpowiedź basiora przyprawiła mnie o dziwne uczucie. Od dawna nie miałam normalnego rozmówcy, a dialog, który prowadziliśmy był na prawdę przyjemy. 
- Powiem to jak dojdziemy do jakiejś ciekawszej lokacji. W każdym razie, co lubię... Lubię polowania, a co za tym idzie, bieganie też jest czynnością, którą nie pogardzę. Dodatkowo uwielbiam pływanie, spacery przy wschodzie i zachodzie słońca oraz wieczory spędzone przy ognisku czy kominku. Jak zapewne zauważyłeś, mieszkam w jaskini numer dwadzieścia sześć, urodziłam się 8 lipca. Boję się stresujących sytuacji, odczuwania bólu zarówno fizycznego, jak i psychicznego, ludzi i kilku odgłosów z nimi wiązanych. 
Skończyłam mój monolog prawie w idealnym momencie. Szliśmy akurat przez mały zagajniczek, odgarniając gałęzie tak, aby nie trafiły nas w pysk... aby już po chwili wyjść na dość sporą polanę i ujrzeć piękny krajobraz z rzeką w roli głównej. 
- To chyba jest Rzeka Marzeń. - Powiedziałam, wchodząc do wody tak, aby moje łapy były w połowie zamoczone. - Słyszałam jak dwójka wader rozmawiała o tym miejscu, gdy odchodziłam od alfy. Możliwe, że się mylę, ale opis pasuje idealnie. - Stwierdziłam, obracając się w stronę samca, po czym przysiadając w wodzie. Widziałam, że nie jest zbyt śmiałym wilkiem. Jednak powiedziałam już sporo. Liczyłam na uzyskanie podobnych informacji. Nie chciałam jednak naciskać... aby nie zamknął się w sobie do końca. 
- Więc, Hiro... chyba przyszła twoja kolej. - Powiedziałam, zarzucając grzywkę na ślepia, celowo odsłaniając tylko jedno oko. 

<Hiro? >

sobota, 13 sierpnia 2016

Od Lost In Dreams - Kolejny dzień

Kolejny zły dzień. Kolejny dzień bólu. Kolejny dzień tej samej pustki. Ciężko było je wszystkie odróżnić. Ta sama rutyna, towarzysząca mi od paru ładnych lat. Wstajesz, w zasadzie zwlekasz się z posłania. Wybierasz maskę, którą dziś założysz. Wiesz, że noszenie jej sprawia ci ból, dosłownie wyniszcza od środka. Ale nie masz wyboru. Musisz udawać. Nikt nie może widzieć twojego prawdziwego oblicza. Tylko ty. Jest dostępne tylko dla twoich oczu, to twój najpilniej strzeżony sekret. Maskę wybierasz pobieżnie, nie zwracając uwagi na to, jakie nosiłeś wczoraj, czy w zeszłym tygodniu. Nieważne, czy dwa dni z rzędu wybierzesz tą samą maskę. Najważniejsze, aby nikt nie widział tego, co pod nią skrywasz. Nikt, rozumiesz? Niech widzą twój smutek, twoje blizny, ale niech nie poznają prawdy. Prawda jest twoją tajemnicą, a twoje zadanie, to utrzymanie jej pod maską.
 - Lost? - Głuche słowo uderzyło mnie nagle, wyrywając z głębokiego zamyślenia. Pobieżnie otarłam łzy, po czym nie odwracając się, odpowiedziałam wilkowi. On znał prawdę. Nie był ślepy, jak inni. Jednym słowem, jednym spojrzeniem, potrafił zerwać maskę.
 - Witaj, Simon.
 - Mieliśmy dzisiaj wyjść na spacer, zapomniałaś?
No tak. Spacer z przyjacielem. Chwila szczęścia. Chwila, kiedy nawet prawda okazuje się kłamstwem. Szczery uśmiech, szybki oddech, rytmiczne bicie serca. Nic cię nie boli, nie myślisz. Żyjesz jak we śnie. Niestety, sen bywa ulotny. A kiedy się kończy, jest jeszcze gorzej.
 - Tak. Przepraszam cię. Właściwie, jestem gotowa. Możemy wyjść. - Rzekłam szybko, założyłam na plecy gitarę, po czym odwróciłam się w stronę basiora. Zlustrował mnie wzrokiem, po czym rzucił:
 - Płakałaś.
 - No shit, Sherlock. - Mruknęłam, pociągając nosem i poprawiając pokrowiec. Ten uśmiechnął się smutno.
 - Dlaczego dzisiaj? Nie widziałem cię płaczącej od dłuższego czasu. Co się stało?
Jedna litera. Tylko on tak robił. ''Coś się stało?''. Najbardziej drażniące pytanie na świecie. Chyba kurwa widać, że coś się stało, idioto! Tylko jemu udawało się to zauważyć. Znał mnie. Jedno spojrzenie, i już wiadomo, że coś się stało, że Lost znowu jest smutna, znów ktoś ją skrzywdził... albo to ona skrzywdziła siebie. Oszczędził zbędnego pytania. Zapytał, co się stało. Kwestia jednej litery, a od razu chcesz mówić. Wiedział, że odpowiem. Nie ponaglał. Czekał.
 - Nie tutaj. - Odparłam, po czym bez słowa wyszłam z jaskini, mijając przyjaciela. Ten odwrócił się podążył za mną. Już po chwili zrównał ze mną krok. Lubiłam to. Kiedy szedł obok, czułam jego wsparcie. - Gdzie idziemy?
 - Dziś jest tak ciepło i słonecznie... Chodźmy nad jezioro. - Oznajmił, na co pokiwałam entuzjastycznie głową, zgadzając się. Oszczędzałam słowa, odzywałam się w konieczności. Słońce... Nie widziałam go od dawna. Nadal widzę je jak przez mgłę. Czarne chmury, wiszące nade mną, skutecznie je przysłaniają. Docierają tylko przebłyski. Tylko w jego obecności.
Choć tereny były nowe, zdążyłam już je poznać. Czułam się, jakbym mieszkała tutaj od zawsze. Znałam każdy zakamarek. Miałam ulubione miejsca, w których czułam się troszkę lepiej. Mój mały, nowy świat, a jednak tak dobrze znany. Skróty. Lubiłam je. Nigdy nie wiedziałeś, czy rzeczywiście dotrzesz na miejsce szybciej, czy też zgubisz się i będziesz błądził przez kolejne kilka godzin. Simon to wiedział. Kiedy stwierdził, że pokaże mi jakiś skrót, od razu lekko się uśmiechnęłam.
 - Prowadź. - Rzuciłam. Uśmiech już zdążył zniknąć. Jednak nie entuzjazm. Niestety, wiedziałam, że za chwilę czeka mnie trudna rozmowa.
 - Dobrze, więc powiedz o co chodzi. - Rzekł Simon, po czym spojrzał na mnie błagalnie. - Proszę, Lost, to dla mnie ważne.
 - Niech będzie. - Mruknęłam. - Jedno zdanie: mam partnerkę do końca tygodnia.
 - Nie rozumiem.
 - Tak powiedział. I tak też się stało.
 - Czekaj, czekaj... Mówisz o...?
 - Mhm. North Star. Wilk z innej watahy. Zawsze niosący pomoc, czuły, dobry. Pokazał swoje drugie oblicze, pokazał... w najokrutniejszy sposób. Dowiedziałam się sama. Dociekliwość, to chyba nie jest dobra cecha, ale gdyby nie ona, żyłabym w błogiej nieświadomości. Zapytałam wprost, co się stało. Odparł, że w sumie głupio mu to mówić. Nie dostał w pysk. Nie rzuciłam się na niego. Nie rozpłakałam się przed nim. Obdarzyłam go jedynie zimnym spojrzeniem... i tyle mnie widział. Poszłam na spacer, musiałam jakoś odreagować. Niestety, ukojenie przyniósł dopiero ból.
 - Przykro mi, Lost... - Westchnął. - Nie jestem na bieżąco, jeśli chodzi o twoje życie. Oddaliliśmy się od siebie...
 - Niestety.
 - Nigdy więcej cię nie zostawię, obiecuję. - Powiedział, lekko mnie obejmując. Zamknęłam oczy. Zawsze to robiłam. Najpiękniejszych momentów w swoim życiu nie można widzieć, można je jedynie poczuć. Dlatego zamykamy oczy przy pocałunku, przytuleniu, czy kiedy nabieramy w łapy piasek i powoli go wysypujemy, czując jak przelatuje nam przez palce. Robimy to, by całkowicie oddać się tej przyjemności, wyłączamy myślenie, wyłączamy zmysły. Cieszymy się chwilą.
 - Obiecujesz? - Wyszeptałam.
 - Przyrzekam.
 - To dobrze. - Uśmiechnęłam się. - Wiesz, tęskniłam za takimi chwilami.
 - Jakimi?
 - Spędzonymi z tobą, z przyjacielem. Z kimś, kto cię nigdy nie zostawi, komu możesz powierzyć swoje sekrety bez obaw. Przy tobie jestem sobą... chyba.
 - Chyba?
 - To skomplikowane.
 - Chcesz powiedzieć, że przede mną też bawisz się w maskaradę?
 - Nie wiem. Oszukuję wszystkich... łącznie ze sobą.
 - A ja wiem, jaka jesteś naprawdę. Pomimo tego. - Uśmiechnął się. - Chodźmy być emo gdzie indziej... Widzę, że kręcą się tutaj inne wilki. Swoją drogą, nigdy ich nie widziałem. - Powiedział, przyspieszając kroku.
 - To nowi. - Oznajmiłam. - Masz rację, nie będziemy im przeszkadzać. Nie psujmy opinii o watasze. - Dodałam, również szybko odchodząc z tamtego miejsca i udając się w ślad za moim przyjacielem.

***

 - Co ci zaśpiewać?
 - Cokolwiek. 
Wyjęłam gitarę z pokrowca i podałam Simon'owi. Nikt nie umiał grać tak, jak on. Kiedy wspólnie śpiewaliśmy, odczuwałam szczęście. Niestety, robiliśmy to bardzo rzadko... zbyt rzadko. Jednak miałam nadzieję, że to się niedługo zmieni... że nasza przyjaźń odżyje.

Od Hiro - Pierwsze koty za płoty

Spadałem w przepaść. Wiedziałem, że to nie ma końca, że się nie zatrzymam. Nie było ze mną nikogo. Ale nie bałem się. Po prostu zamknąłem oczy, podczas gdy moje futro falowało na wietrze, spowodowanym moim spadaniem. Zgasło.

***

Obudziłem się cały zlany potem. Sen. Tylko sen. Chwilę zajęło mi ogarnięcie rzeczywistości. Szybko wstałem, przeciągnąłem się i nie odczuwając głodu, czy pragnienia, najzwyczajniej w świecie wyszedłem z jaskini.
Szedłem sobie plażą. W pewnym momencie zatrzymałem się i usiadłem na piasku. Wpatrywałem się w morze. Powdychałem trochę świeżego powietrza i odszedłem. Udałem się nad Wodospad Życia w celu poznania jakiegoś wilka. Na początku nie wydawało mi się to dobrym pomysłem ze względu na mój charakter, ale pomyślałem, że warto mieć chociaż jedną osobę, na której mógłbym polegać.

***

Dotarłem właśnie na miejsce. Wydawało się dosyć opustoszałe, ale cóż. Postanowiłem jednak pokręcić się tu chwilę. No i się wreszcie opłaciło. Mianowicie w pewnym momencie zauważyłem przechadzającą się wilczycę w kolorze biszkoptowym. Miała także różową grzywkę.
- Hej! - zawołałem do niej, bo szła dosyć duży kawałek ode mnie. Odczekałem chwilę i nie otrzymałem odpowiedzi. - H-hej, ty! Różowowłosa! - krzyczałem, zaczynając biec. Wilczyca się odwróciła i przystanęła. Dobiegłem do niej i usiadłem na trawie.
- Witam? - powiedziała dość pytającym tonem, jakby miała na myśli "czego chcesz?".
- Jestem nowy w watasze i w sumie to... - nie mogłem wydusić z siebie tych słów.
- To? - widziałem, że wilczyca zaczyna się już powoli irytować moimi podchodami.
- To szukam kogoś, z kim mógłbym się zakumplować i takie tam... - odparłem szybko. Nie wierzyłem, że to powiedziałem. Ja i kumpel? A już tym bardziej nie kumpela. No, ale powiedziałem, to powiedziałem i tyle.
- I zgaduję, że tym kimś mam być ja? - odpowiedziała wilczyca, raczej miło zaskoczona.
- Na to liczę! - odpowiedziałem radosnym tonem, lekko przekrzywiając głowę i uśmiechając się.
- Najpierw powiedz mi, jak się nazywasz. - wilczyca odwzajemniła uśmiech.
- Hiro, a ty? - odpowiedziałem posłusznie na pytanie.
- Charlotte. W sumie, to też jestem nowa. - powiedziała patrząc na swoją jaskinię. Dopiero teraz ją zauważyłem.
- Może przejdziemy się razem? Tak żeby zobaczyć tereny. Może... S-spotkamy kogoś nowego... - każde zdanie, jakie miałem powiedzieć, a które wiązało się z poznawaniem kogoś nowego, nie przechodziło mi przez gardło.

<Charlotte?>

Hiro - profil wilka

autor pilnie poszukiwany!
Imię: Hiro (po japońsku oznacza "szczodry")
Płeć: Samiec
Wiek: 4 lata
Hierarchia: Omega
Kierunek: Jastrząb
Stanowisko: Tropiący
Typ: Zwykły
Rasa: Wilk Snów
Głos: Blackbear
***
Cechy charakteru: Niegdyś radosny, wszędzie było go pełno. Teraz smutny introwertyk. Z początku może wydawać się chłodny i niezbyt przyjazny. Wystarczy jednak go bliżej poznać, a otworzy się przed osobą, której zaufa. Za tą skorupą smutasa kryje się zabawny, miły i przede wszystkim ten prawdziwy Hiro.
Cechy fizyczne: Hiro jest bardzo szybki, trochę mniej zwinny, za to słaby fizycznie.
Znak szczególny: Świecące na biało elementy na ciele.
Słaby punkt: Brzuch oraz tył prawej, przedniej łapy.
Boi się: Wbrew pozorom samotności i zapomnienia.
Waga: 55 kilogramów
Wzrost: 85 centymetrów
Najlepsi przyjaciele: Na razie brak
Pochodzenie: Ziemia, Azja, Japonia
Lubi: Deszcz, a nawet burzę, najlepiej z piorunami, naturę, być sam, ale nie pogardzi dobrym towarzystwem.
Nie lubi: Zbyt wielu osób w jego otoczeniu, wbrew jego żywiołowi nie lubi zbyt dużego słońca.
***
Żywioł: [3/3] Czas, Światło, Natura
Moce: [10/20] Telepatia, moce związane z czasem (cofanie czasu, zatrzymywanie go itp.), stworzenie strumienia światła, którym atakuje wroga, zamiana w cząstkę światła (trwa 30 sekund), stworzenie i uwięzienie wroga w "klatce" z promieni słonecznych, dogadywanie się z innymi zwierzętami, stworzenie pnączy i obwiązanie nimi wroga, co powoduje unieruchomienie go (opcjonalnie mogą mieć kolce, które będą ranić nogi wroga), możliwość patrzenia oczami np. sowy lub nawet liścia, tworzenie krzewów, drzew i kwiatów (tylko sadzonki, muszą urosnąć same), dosyć duża wiedza o roślinach i zwierzętach.
Partner/ka: Szuka, może znajdzie :D
Rodzice: Ryu (po japońsku "smok") i Kin (po japońsku "złoty", bo taki jest kolor jej futra) - żyją w innej watasze
Potomstwo: Chciałby kiedyś mieć takie małe Hiro.
Inna rodzina: Brak
***
Data dołączenia: 13 sierpień 2016
Data urodzenia: 13 luty
Upomnienia: 0/3
Krwawe Pioruny: 800.000
★★★★★★★★★★
Poziom: 14
PD: | Ogólnie: 1400 | Wykorzystano: 800 | Zostało: 600 |
Umiejętności: | Walka: 250 | Instynkt: 300 | Umysł: 0 | Polowanie: 250 |
Jaskinia: numer 22
Ekwipunek: Brak
Torba| 0 Wilcze Jagody | 0 Czarna Krew | 0 Łza Wilczycy | 0 Niezapominajka | 0 Rumianek | 0 Liść | 0 Czaszka | 0 Czarna Perła | 0 Kość | 0 Chmiel | 0 Popiół | 0 Księżycowy Pył | 
Bronie: Brak
Zbroja: Brak
Smok: Brak
Towarzysz: Brak
Historia: Hiro urodził się i wychował w japońskim lesie w pewnej watasze. Ma 3 braci i 2 siostry. Wszyscy oni są z jednego miotu. Gdy niedawno dorośli, każde rozeszło się w swoją stronę z nadzieją na nową watahę i założenie rodziny. Rodzice zostali w tamtym lesie w swojej watasze.
Kontakt z właścicielem wilka: | Howrse: KonikKingOriginal |

Ostatnia aktualizacja: 12.11.2016

Od Charlotte - Podążę dawnym szlakiem

OPOWIADANIE ZAWIERA WULGARYZMY! CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!

Nigdy nie byłam osobą ogarniętą wieczną znieczulicą. Zawsze potrafiłam dojrzeć czyjąś krzywdę, każde przezwisko... osobniki znęcające się nad resztą, darzyłam nienawiścią. Właśnie dlatego przez rok przyległa do mnie łatka "suki bez serca". Z perspektywy innych, wyglądało to mniej więcej tak: wadera uwodzi samca, czeka na moment choćby lekkiego podłamania i wtedy go zostawia. Straszne, prawda? Cóż, każdy z tych samców zasługiwał na upokorzenie. Niektórzy nawet na większe, niż byłam w stanie im sprawić. Teraz pora, abym przedstawiła to z mojej strony... Nie ukrywam, że byłam jedną z ładniejszych samic w moim przedziale wiekowym, więc zdobycie uwagi płci przeciwnej szło mi dość gładko. Tak więc, jak wyglądały zemsty za osoby które nie potrafiły walczyć same? Przez parę dni dawałam delikwentowi wyraźne znaki. Niepewne spojrzenia, maślane oczy, szybkie odwracanie wzroku, a po chwili niby dyskretne spoglądanie w stronę przyszłego obiektu drwin. Potrafiłam zrobić dosłownie wszystko, aby dopiąć swego, ale jestem z tego dumna. Nigdy nie zapomnę min każdego z tych dupków, którzy w kryzysie życia codziennego słyszeli każdą jedną wadę wymienioną przez waderę, która "kochała go nad życie". Na odchodne zawsze dostawał notkę z wyjaśnieniem... Wypisywałam wszystko, kiedy zrobił jakąś rzecz, co doprowadziło do zaistniałej sytuacji. Warto wspomnieć, że w związku wychodzą na wierzch różne sekrety, więc po takiej sytuacji żaden z samców nie mógł wracać do obiektu swoich drwin. Wtedy zmieniłabym jego życie w piekło. Ostatni dzień szkoły, dzień egzaminu... pocałunek z Corsair'em. To miało być tylko ukazanie wszystkim szydzącym z niego w mniejszym, bądź większym stopniu, że jest równy, a nawet lepszy od nich... jednak tak nie wyszło. Tym razem było to coś innego. Gdzieś w środku, jakaś część mnie uległa zmianie, zmianie na lepsze. Ta dziwna niepewność, drżące usta, nierówny oddech... to jak zachował się, gdy nie opanowałam swojej furii. Widok uciekającego samca, który chwilę wcześniej dosłownie ocalił mi życie samemu skazując się na prawie pewną śmierć, postawił mnie na równe łapy. Zaczęłam starać się o pozycję doradcy alf, tymczasowo pracując przy polowaniach. Wtedy byłam atakującą... i może tylko dlatego jeszcze żyję. Co do pozycji doradcy... udało mi się, uzyskałam ją dość szybko. Co więcej, udało mi się pogodzić ją z ciągłymi wypadami na łowy. Naszą grupą przewodził młody alfa. Tamtego feralnego dnia to właśnie on szedł na szpicy kolumny. Gdy tropiący wyczuli dziwną woń, było już za późno. Poczułam ukłucie, a w mojej łapie dostrzegłam coś na wzór naboju z igłą. Obraz delikatnie zawirował, a moje ciężkie ciało opadło na ziemię. Tamtego widoku nie zapomnę nigdy w życiu. Szczęk ładowanego karabiny snajperskiego i huk... huk rozrywający bębenki uszne, płoszący ptaki w promieniu dwóch kilometrów i wyrzucający kawałek ołowiu, który bez najmniejszego oporu przeszył korpus samca, znajdując ujście pomiędzy łopatkami. Byliśmy w dolinie, a strzelec siedział na górze. Szczęk, huk, szczęk, huk, szczęk, huk... ten chory spektakl powtarzał się do momentu, aż ostatni tropiący dostał kulkę między oczy. Zwłoki oraz jeszcze konające wilki pozostawili w lesie, zabierając tylko trzy uśpione osobniki... w tym mnie. Trafiliśmy na obszar w kształcie kwadratu o bokach długości 1,5 kilometra. Cały teren ogrodzony był dość wysokim płotem z drutem kolczastym. Obudziłam się na środku polany. Słońce wyraźnie zachodziło, a pomarańczowa poświata tylko utrudniała rozpoznanie pysków stojących nade mną samców. 
- Czyli to o niej mówił alfa... - Odezwał się jeden. 
- Najwyraźniej. Musiała dostać za dużą dawkę. Powinna wstać dobrą godzinę temu. 
- Albo dostała śrut. A z uwagi, że oddychała, wrzucili ją za płot. 
- Jak myślicie, miała już partnera? - Trzeci basior dość szybko zmienił temat. 
- A po co ci to do wiadomości? 
- Jestem ciekaw jak daleko zaszli... - Wysyczał kończąc obchód dookoła mojego bezwładnego ciała. 
Czułam, że środek nasenny już opuścił moje ciało. Miałam ochotę wygryźć dziurę w gardle każdemu z nich. Powstrzymywałam się jednak, próbując pozyskać jakieś informacje na temat mojego położenia. Całą cierpliwość trafił szlag w chwili, gdy poczułam język jednego z nich powoli przesuwający się za moim uchem. W ułamku sekundy odwinęłam się, zostawiając po sobie trzy głębokie wżery na dość starym pysku wilka. 
- Jak długo byłaś przytomna? - Zapytał najmłodszy z samców, powstrzymując się od śmiechu. 
- Wystarczająco. - Odpowiedziałam, dając dwa kroki do tyłu. 
- Słuchaj, przepraszamy za kolegę. Jesteśmy tu, ponieważ nasz alfa odnalazł twoich znajomych z watahy. Obudzili się sporo temu. 
- Zrobiłeś im to samo co mi? - Zapytałam, kierując wzrok na wyraźnie zawstydzonego basiora. U pozostałem dwójki wywołało to salwę śmiechu.
- Masz charakterek, to dobrze... ludzie lubią trochę bardziej zadziorne osobniki. 
- Zaraz, że co?! Jak to ludzie lubią?!
- Jesteśmy w czymś, zwanym atrakcją turystyczną. Jednak, jak sama wiesz, coś takiego jak litość tu nie istnieje. 
Bez słowa ruszyłam za orszakiem powitalnym. Patrzyłam jak słońce prześwituje przez delikatne krople wieczornej rosy. 
- Możesz powiedzieć mi coś więcej na temat tego miejsca? 
- Co chcesz wiedzieć? 
- Jakie są tu zwierzęta? 
- Nie ma żadnych. Jemy to, na co zarobimy. 
- W jakim sensie?
- Ludzie co miesiąc sponsorują jedzenie wilkom, które im się spodobały. Coś jak adopcja na odległość. Ty i tak masz łatwiej. 
- W jakim sensie? 
- Jesteś waderą. Wystarczy, że zajdziesz w ciąże i żarcie masz zapewnione. Samce muszą walczyć o... - Nie dałam mu dokończyć. 
- "Wystarczy, że zajdziesz w ciąże!?" Ty myślisz nad tym co mówisz?! 
- Tak. 
- Parszywe ścierwo. Może jeszcze miałoby to być twoje dziecko?! 
- To już twój wybór. Pamiętaj, że bez jedzenia nie przeżyjesz. 
- Jakoś sobie poradzę. - Wydusiłam, stojąc przed jaskinią samca alfa. Gdy tylko nas usłyszał, wyszedł przyjrzeć się nowej zdobyczy w jego stadzie. O dziwo nie był taki zły... przynajmniej z wyglądu. Charakter miał tak samo wspaniały, jak miejsce, w którym musiałam od teraz żyć. 

*Dwa miesiące później*

Udało im się... złamali mnie. Nie mogłam już dłużej żyć na nędznych wiewiórkach... służyłam jako zabawka. Chodzili ze mną na smyczy, miałam założony kaganiec. Moja sierść została pofarbowana na różowo. Dawali mnie małym bachorom. Te ciągnęły mnie za uszy, ogon, jeśli nie zawyłam, to kopały. Ale nie po brzuchu. Każdy kopniak był wymierzony idealnie w nos. Bolało, ale nie mogłam warknąć. Nie było wtedy jedzenia, nie mogłam pokazać zębów... nie było wtedy jedzenia. Przez prawie pół roku robiłam za worek treningowy. A żarcie... boże miłosierny... smakowało jak trociny, nasączone tłuszczem. Karmiący nas wyznawali zasadę: za dużo żeby umrzeć, za mało żeby żyć. Dlatego dzień, w którym przyszedł do mnie mój stary znajomy i powiedział, że wie jak stąd uciec, był dla mnie zbawieniem. Problemem było jedynie to, iż w planowany dzień przez cały czas miałam być maskotką... miałam tego dość. Owego popołudnia szłam przed parką zamożnych rodziców. Prowadziła mnie małą dziewczynka, rude włosy, szczupła buzia i wieczny uśmiech. Słyszałam, jak rozmawiają na temat udomowienia mnie... ich niedoczekanie. Gdy tylko dostałam telepatyczną wiadomość, wyrwałam dziecku smycz i popędziłam do umówionego miejsca. Zdziwiło mnie jak szybko ludzie potrafią się zorganizować. Próbowaliśmy uciec w trójkę... tylko dwójka z nas dobiegła do płotu. Widziałam, jak klatka piersiowa jednego z goniących dosłownie eksploduje. Skok nie był trudny, jedyną trudnością były druty kolczaste, zawieszone na jego szczycie. Była to jedyna droga ucieczki, cała reszta była pod wysokim napięciem... każde naruszenie płotu wysyłało sygnał do kantorka ludzi, a wilka, który dotknąłby coś takiego, czekał paraliż na dwadzieścia cztery godziny. Rozpędziłam się i wyskoczyłam. Gdy czułam, że źle polecę, przekręciłam się tak, aby mój grzbiet był skierowany do ziemi. Czułam jak ostre kawałki metalu rozcinają moją skórę... niestety, mój znajomy nie miał tyle szczęścia. Jego brzuch był rozpruty. Wszytko, co znajdowało się pod skórą było lekko ponacinane. Broczył krwią... skamlał, błagał... ale nie o wolność. Prosił o szybką śmierć, i właśnie taką otrzymał. Kula przebiła jego łeb, zostawiając w nim sporych rozmiarów tunel. Przebiegłam kilkanaście metrów, czując jak mój żołądek odmawia mi posłuszeństwa. Gdy tylko się zatrzymałam, fala trocin wylała się z mojego pyska. Było tak przez kolejne trzy dni... jednak jeszcze nigdy mięso królika nie smakowało tak dobrze, a ciepła krew ofiary, spływająca po wargach nie dawała tak wspaniałego uczucia triumfu i zwycięstwa. Po kilku tygodniach, trafiłam na znajome mi tereny, jednak nie mogłam wrócić do watahy. Ruszyłam w stronę przeznaczenia, pobiegłam w stronę, w którą odbiegał Corsair. O dziwo udało mi się znaleźć kilka śladów jego obecności i po dłuższej tułaczce trafiłam na wasze tereny.

Skończyłam swój monolog, patrząc w oczy czarno-czerwonego samca. 
- Charlotte... dobrze, że opowiedziałaś nam swoje losy. Jednak nie jestem wilkiem, który jest za to odpowiedzialny w stu procentach. Jestem samcem beta w Watasze Krwawego Wzgórza.
- N-Naprawdę? - Zapytałam blednąc. 
- Nie chciałem przerywać w środku wypowiedzi. - Głos szczeniaka obił się o moje uszy, skutecznie przyprawiając mnie o drgawki. 
- Ja... ja przepraszam, ja... 
- Nic nie szkodzi. Więc Charlotte, wspominałaś coś o wilku imieniem Corsair. Mogę powiedzieć tyle, że jest w naszej watasze. 
- Żywy, czy martwy? - Zapytałam, widząc grupkę wilków, noszących zakrwawione opatrunki. 
- Tego nie mogę zdradzić ci teraz. 
- A jeśli dołączę? 
- Jaki będziemy mieli z tego pożytek? 
- Ja dostanę dom, wy dostaniecie zwinną waderę, sprawdzającą się na polowaniach. Ach, jeśli możesz... nie zwracaj się do mnie pełnym imieniem. Mów po prostu Char. 
- Miło cię poznać Char, ja jestem Crows Cry. Alfa Watahy Krwawego Wzgórza. Jeśli chcesz się dostać, musisz przejść rozmowę kwalifikacyjną. Dopiero wtedy będę mógł podać ostateczną decyzję. 
- Na czym będzie polegała ta rozmowa? 
- To tylko kilka pytań i szczerych odpowiedzi. 
- Pytaj, o co chcesz. Jeśli dzięki temu będę mogła dostać się do normalnej społeczności...

<Crows Cry?>

Charlotte - profil wilczycy

Imię: Charlotte (Dla bliskich przyjaciół i stanowisk wyższych po prostu Char)
Płeć: Samica
Wiek: 6 lat
Hierarchia: Omega
Kierunek: Jastrząb
Stanowisko: Tropiąca
Typ: Zwykły
Rasa: Wilk Galaktyczny
Głos: Sylwia Banasik
***
Cechy charakteru: Witaj, jestem Charlotte. Czytasz to, więc zapewne chcesz dowiedzieć się o mnie czegoś więcej. Cóż, może powinnam zacząć od tego, że należę do wader, które potrafią postawić na swoim i uparcie dążyć do upragnionego celu. Odciągnięcie mnie od jakiejś ścieżki oczywiście jest możliwe, wymaga jednak dużej ilości cierpliwości, wytrwałości w swoich działaniach oraz porządnych argumentów, podważających moje racje. Ponieważ moja rodzina była dość wysoko postawiona w hierarchii watahy, byłam wychowywana na tak zwaną "panienkę"... waderę wiecznie kulturalną, zgadzającą się ze starszymi, z nienagannymi manierami, wiecznie uważającą gdzie stawia łapy... Niestety, jeśli lubisz takie samice, to muszę cię zawieść, z tamtych nauk jedyne, co pozostało w mojej głowie, to śmiech, jakim obdarzałam wiecznie zirytowaną mentorkę. Nie boję się używać słów wulgarnych, ubrudzenie futra nie jest dla mnie czymś obcym, mimo iż dbam o wygląd ogólny, jestem kłótliwa oraz prawie zawsze posiadam odmienne zdanie. Muszę uprzedzić z góry, że jestem samicą pamiętliwą... a zemsta to moje drugie hobby. Pierwszym są polowania... Lubię pracować w grupie, potrafię szybko wyłapać tempo pracy zespołu oraz płynnie wykonywać powierzone mi obowiązki. Praca samodzielna również nie wychodzi mi źle, więc można powiedzieć, że po krótszym lub dłuższym czasie odnajdę się w każdej sytuacji. Jeśli chodzi o relacje z innymi wilkami, zazwyczaj podchodziłam do każdego z wyciągniętą łapą, życie jednak nauczyło mnie, iż takie podejście gwarantuje wiele bólu wewnętrznego... przez co od dłuższego czasu jestem dość mało ufna przez mniej więcej miesiąc od zapoznania. Taka drobna próba pozwala mi ocenić, czy dany wilk może w przyszłości odwrócić się ode mnie, czy wręcz przeciwnie... stać u mojego boku. Co do samców... gdy żyłam w pierwszej watasze nie bałam się rozmawiać, w przeciwieństwie do innych wader nie posiadałam "wewnętrznej blokady" uniemożliwiającej mi nawiązanie kontaktu. Aktualnie prawie nigdy nie podchodzę pierwsza, zawsze czekam aż samiec wykona pierwszy krok. Przestałam być waderą żyjącą słowami "jakoś to będzie!". Analizuję każdy pomysł po kilka razy, próbując stale go ulepszać lub wyszukiwać dość istotne luki. Mam też dość sporo wad... jedną z nich jest upartość, kolejna to zarozumiałość, a mnogość cech takich jak : bojaźliwość, nadmierne zaufanie, zazdrość czy nadopiekuńczość odwodzą mnie od idealnej samicy. Mimo to uważam, iż jestem warta bliższego zapoznania. 
Cechy fizyczne: Nigdy nie cechowałam się specjalną siłą fizyczną, mimo iż moja figura jest nienaganna. Zdecydowanie bardziej zależało mi na pielęgnowaniu cech takich jak: skoczność, szybkość, zwinność oraz spostrzegawczość. Są one nieco lepsze, niż u przeciętnego wilka, jednak ich posiadanie przypłacam bardzo małą odpornością na ciosy oraz częstymi poważniejszymi urazami po jakiejkolwiek batalii. Każda odniesiona przeze mnie rana jest dość problematyczna, ponieważ goi się dość długo, a rzeczy takie jak siniaki, czy zadrapania potrafią utrzymywać się nawet kilka tygodni. Mimo to posiadam delikatnie zarysowane mięśnie... szczególnie na łapach oraz podbrzuszu. 
Znak szczególny: Różowa grzywka
Słaby punkt: Kark
Boi się: Stresujących sytuacji, odczuwania bólu zarówno fizycznego jak i psychicznego, łańcuchów i ludzi
Waga: 38 kilogramów
Wzrost: 67 centymetrów
Najlepsi przyjaciele: Corsair... ale jeśli ktoś jeszcze chce...
Pochodzenie: Ziemia, Ameryka Północna, Kanada
Lubi: Ubóstwiam polować, co za tym idzie, lubię też biegać. Kolejną rzeczą, którą lubię, jest pływanie... jeśli dostępne by było pływanie w morzu, byłabym wniebowzięta. Dodatkowo przesiadywanie przy ognisku oraz oglądanie zachodów słońca... myślę, że to będzie na tyle. 
Nie lubi: Nie cierpię ludzi, gardzę nimi za to co mi zrobili, nienawiścią darzę także dźwięk przeładowywanego karabinu snajperskiego oraz szczęku łańcuchów. Nie przepadam również za przedmiotami o nazwach kaganiec i smycz. Ostatnimi rzeczami, za którymi na pewno nie będę tęsknić, są mroźne noce i dwulicowe osobniki, wykorzystujące innych tylko dla swoich celów. 
***
Żywioł: [3/3] Światło, Ogień, Mrok
Moce: [16/20] Telepatia, wytworzenie świetlnego bicza,wypuszczenie kuli światła dającej blask podobny do wschodzącego słońca, świetlisty promień, rzucanie kolcami zbudowanymi z promieni słonecznych, regeneracja podczas odpoczynku na słońcu, rzucanie kulami ognia, plucie magmą, zmiany temperatur wskazanych obiektów, regulowanie temperatury swojego ciała, zmiana w ducha na czas nie dłuższy niż trzydzieści minut, hipnoza, wnikanie do czyiś snów, manipulacja snami, przywołanie sługi w postaci czarnego smoka (otrzymuje on obrażenia zarówno za siebie jak i za waderę, przez co czas jaki będzie walczyć zależy głównie od przeciwnika), morderczy pocałunek (Poprzez pocałunek przekazuje truciznę do ciała ofiary, po owym zdarzeniu przeciwnikowi zostaje mniej więcej dziesięć minut katorgi).
Partner/ka: Jestem zakochana w... cóż, jeśli chcesz wiedzieć czy to ty radzę spróbować, porozmawiać... 
Rodzice: Mori i Land (Nie należeli do watahy, żyją w Kanadzie).
Potomstwo: Brak
Inna rodzina: Brak
***
Data dołączenia: 13 sierpień 2016
Data urodzenia: 8 lipiec
Upomnienia: 0/3
Krwawe Pioruny: 300.000
★★★★★★★★★★
Poziom: 17
PD: | Ogólnie: 1700 | Wykorzystano: 800 | Zostało: 1100 |
Umiejętności: | Walka: 250 | Instynkt: 0 | Umysł: 0 | Polowanie: 550 |
Jaskinia: numer 26
Ekwipunek: Brak
Bronie: Brak
Zbroja: Brak
Towarzysz: Brak
Historia: Po tym, jak Corsair opuścił naszą watahę, próbowałam coś w niej zmienić. Dość szybko zostałam doradcą alf i z pomocą pierwszej pary rozpoczęłam małą reformę. Po kilku miesiącach jedno z polowań zakończyło się tragedią. Młody alfa został zastrzelony, a ja, jak i dwójka innych wilków, trafiliśmy do niewoli. Po udanej ucieczce postanowiłam, że nie mogę pojawić się w domu... ruszyłam więc ledwo odczuwalnym śladem mojego przyjaciela, docierając tutaj. 
Kontakt z właścicielem wilka: | Howrse: IHaveOnlyHope |

Ostatnia aktualizacja: 11.02.2016

piątek, 12 sierpnia 2016

Od Patton'a - Trudne zadanie

 - Pattonie?
Młody alfa był bardzo zmęczony kolejnymi treningami na przywódcę. Ponieważ jego mentorka zmarła, czułem się zobowiązany do wychowania go na dobrego alfę samodzielnie. Wiedziałem, że Gustaw, jego dziadek, pochwala moją decyzję. Odkąd zmarł, nic w watasze nie było już takie same, jak na początku. Wypaliliśmy się, wataha z wolna umierała. Patrząc na tego szkraba, powoli odzyskiwałem wiarę w cud. W cud, który miał nadejść. Cud, o którym mówiono w przepowiedniach. A może moje oczy właśnie wpatrywały się w ten cud? Nie znałem odpowiedzi na to pytanie. Przypominając sobie dawne czasy, w Crow's Cry'u dostrzegałem jego dziadka. Odpowiedzialnego i mądrego alfę z zasadami, litościwego i sprawiedliwego władcę, hojnego i szczerego przyjaciela. Gdy wspomnienia zaczęły wracać, dałem upust wzruszeniu, a czarne jak smoła łzy popłynęły po policzkach, a następnie skapnęły na trawę, plamiąc ją i zmieniając jej kolor z pięknej, soczystej zieleni na bezgraniczną, głęboką czerń.
 - Pattonie? - Głos szczeniaka powoli zaczynał dochodzić do mojej głowy, roznosząc się echem po każdym jej zakamarku, powoli budząc mnie z głębokich przemyśleń. Każde kolejne mrugnięcie oczami przybliżało mnie do świata realnego, a czarne szczenię wyglądało coraz wyraźniej. Głos stawał się wyraźniejszy i bliższy, kolory mocniejsze, powoli wracałem na ziemię. Odzyskując władzę nad ciałem, uniosłem łapę do twarzy i otarłem łzy, rozmazując czarną maź na cały pysk.
 - Tak, Crow's Cry? - Odezwałem się, wciąż nie odzyskując pełni świadomości.
 - Czy coś się stało? - Spytał, delikatnie się uśmiechając. To hipnotyzujące zjawisko zawładnęło moim rozumem na kolejną chwilę. Jego uniesione wargi sprawiały, że przypominał Ginewrę, waderę wiecznie uśmiechniętą i radosną. Jej promienność z każdym dniem zadziwiała mnie coraz bardziej. Nawet znajdując się w trumnie, martwa, wyglądała na szczęśliwą. Sądziłem, że Crow's Cry jest do niej podobny, jednak ta teza szybko została obalona. Cry nie był jak Ginewra. Nie był też jak Gustaw.
Był wyjątkowy.
 - A dlaczego coś miałoby się stać? - Odparłem pytaniem na pytanie, całkowicie oddając się rozmowie z moim alfą. Koniec bujania w obłokach, wracamy do pracy. Było to dość trudne zadanie, nie myśleć. Po prostu się wyłączyć i skoncentrować się na szczenięciu. Poświęcić mu całą uwagę...
 - Z twoich oczu leciała dziwna, czarna maź. Myślałem, że coś ci się stało. Może na wszelki wypadek obejrzy cię Makka, co?
 - Spokojnie, mały. - Położyłem łapę na głowie szczeniaka. - To łzy. - Wytłumaczyłem z promiennym uśmiechem. - Takie same, jak twoje, tylko demoniczne.
 - Urodziłeś się z takimi?
 - Tak.
 - Dziwny z ciebie wilk. - Stwierdził, przekrzywiając głowę. To był uroczy gest. Nie widziałem takiego u żadnego innego szczeniaka. Nie byłem wilkiem. Jednak nie chciałem mu biadolić o demonach, piekle i innych sprawach z tym związanym. Nie chciałem psuć tej chwili.

< Crow's Cry? >