sobota, 3 października 2015

Od Safiry - Jak tutaj dotarłam?

Dawno, dawno temu żyła Wataha z Dudniących Wodospadów. Wśród nich byłam ja, mała Safira. Marzyłam wówczas, aby w przyszłości być łowczynią. I zapewne marzenie spełniłoby się, gdyby nie pewne wydarzenie. Jednak jednego dnia na naszą ziemię weszła obca wataha - Wataha Ziemi by zdobyć pożywienie. I tak rozpoczęła się walka o pożywienie i całe terytorium. Wśród Watahy Ziemi był wódź, bardzo silny i potężny. Mój ojciec się na niego rzucił, by bronić innych wilków, jednak nasz wróg był silniejszy złapał go za gardło i zadusił na moich oczach. Od tamtej pory przyrzekłam sobie, że zemszczę się na Watasze Ziemi i że osobiście zabiję przywódcę. Jednak po tym przeżyciu stałam się oziębła i zamknięta w sobie, nie chciałam się przyjaźnić z innymi wilkami. Jedna, drobna, zła rzecz mnie bardzo denerwowała. Tak minęło kilka lat i byłam już dorosłą wilczycą, ale teraz nie chciałam być łowczynią. Raz jednego dnia rzuciłam się na jednego wilka ze swojego stada, bo nadepnął mi na ogon i go mocno podrapałam i zdarłam mu skórę. Alfa nie mógł mi tego wybaczyć i mnie wygnał, moja matka była zrozpaczona. Od tamtej pory wędruję w poszukiwaniu Watahy Ziemi i mam nadzieję, że moja nowa wataha pomoże mi pomścić ojca.

sobota, 19 września 2015

Od Cloud - Przeszłość, czyli zamazany rozdział [Quest #1], cz. 2

Poprzednie opowiadanie

Nie zastanawiałam się ani chwili dłużej, gdyż taka okazja mogła być moją ostatnią deską ratunku, szansą na zrestartowanie wszystkiego, zaczęcie życia od zera. Pomimo iż moja egzystencja była dość krótka, chciałam zacząć od nowa póki posiadałam taką możliwość. Wbiegłam więc znów do swojej części mieszkania i przeszukiwałam pomieszczenie w poszukiwaniu wszystkich swoich szpargałów. Chustka, kolczyki, szalik, kilka płyt, które udało mi się zgromadzić, MP3 i słuchawki - tylko tyle potrzebowałam, by wyruszyć w podróż. Wiedziałam, że szczenięta w moim wieku powinny jeszcze pić mleko, ale wierzyłam w odporność swojego organizmu i postanowiłam przestawić się na mięso o wiele wcześniej, niż powinnam. W tym celu zabrałam spory kawałek jeleniego udźca z naszej spiżarni i wzięłam jeden kęs swymi jeszcze niezbyt wyrośniętymi zębami, po czym z trudem pogryzłam i przełknęłam pokarm. Wiedziałam, że organizm może na to źle zareagować, jednak nie miałam wyboru - musiałam nauczyć się funkcjonować bez matki i jakoś przetrwać. Wszystko zapakowałam do niewielkiego tobołka, który zarzuciłam na swój grzbiet i wybiegłam z jaskini, wpierw węsząc, czy matka nie jest gdzieś w pobliżu - nie chciałam być nakryta na ucieczce, gdyż mogło się to naprawdę źle skończyć. Gęste i wysokie runo leśne doskonale kamuflowało moją niewielką postać, dzięki czemu niedowidzący wilk mógł wziąć mnie za jakiś grzyb, martwego ptaka lub odrobinę śniegu. Pomimo, że ścieżka była kilkadziesiąt centymetrów ode mnie, przedzierałam się przez prawie najniższą warstwę lasu, aby nie zostać zauważoną przez matkę, której obecność wyczułam. Trzymałam się jednak ścieżki, mając nadzieję, że podążał nią mój ojciec, którego chciałam odnaleźć. Z każdym oddechem czułam się coraz dziwniej, budziło się we mnie radosne uczucie wolności i jednoczesny strach, spowodowany zdaniem sobie sprawy z pochopności mojej być może i niegłupiej decyzji. Zastanawiając się, czy poradzę sobie sama, popadałam w coraz większą rozpacz, dopuszczając do świadomości fakt, że to niemożliwe, aby kilkudniowe szczenię przeżyło zupełnie samo, bez rodziców, w obcym, nieznanym, wielkim świecie. Wilki z watahy dobrze znały moją matkę i zdecydowanie nie miały o niej dobrej opinii, przez co również i mnie taką obdarzyły i mijały obojętnie pozostawiając mnie samą sobie, na pewną śmierć. Oglądałam się za każdym z tych niezliczonych obrazów czystej bezduszności, wzrokiem nienawistnym i pełnym szczerego współczucia dla skamieniałego serca. Traciłam nadzieję, że będzie dobrze, gdy siedząc na skraju ścieżki około kilometr od granicy watahy, zaczęły krążyć nade mną kruki, w naszej watasze zabobonnie uznawane za istoty zwiastujące długą i trudną śmierć w najcięższych męczarniach, jakie znała dusza, której się objawiały. Nie zważając na to, westchnęłam głośno, zarzuciłam pakunek na grzbiet i wyruszyłam w dalszą podróż w nieznane. Z każdym kolejnym oddechem bicie serca przyspieszało, podobnie jak mój marsz. Wiedziałam, że widziało mnie sporo wilków i prędzej czy później matka wracając do jaskini po ucieczce od konsekwencji własnych czynów dowie się, że widziano jej córkę niedaleko granic. Znając ją, gdyby mnie dorwała, nie pozostałoby ze mnie zbyt wiele, a ja nie miałam zamiaru umierać w tak haniebny sposób. 
 - Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? - Usłyszałam głos za sobą i odwróciłam się szybko, rozpoznając osobę mówiącą jedynie dzięki tonacji i barwie. Był to syn bety.
 - Tak. - Uśmiechnęłam się niewesoło i sztucznie w stronę dostojnego wilka.
 - Odważny z ciebie szczeniak. Zostawiasz tutaj świetlaną przyszłość, wiesz o tym?
 - Wątpię, aby rozszarpanie przez własną rodzicielkę można było nazwać świetlaną przyszłością. - Odpowiedziałam, a wilk pokiwał głową, przyznając mi rację.
 - Gdzie zamierzasz pójść? - Zapytał.
 - Planuję odszukać mojego ojca. - Odparłam krótko i szczerze.
 - Uważasz, że będzie on lepszy aniżeli twoja matka?
 - Nie ma gorszego potwora, niż ona. - Skwitowałam i spojrzałam przed siebie, a wilk odpowiednio odebrał ten gest, skinął głową, pożegnał się i pozwolił mi iść dalej.

Szpon - profil smoka

Imię: Szpon
Płeć: Samiec
Wiek: 100 lat
Stanowisko: Walczący
Hierarchia: Omega
***
Typ: Smok Ziemi
Charakter: Smok bardzo towarzyski i łatwy do nauki. Uwielbia wprost, kiedy wilki mówią o nim dobrze, lecz bez przesady. Wilk, nawet jego najlepszy przyjaciel, nie zstąpi mu jego właściciela. Potrafi pokazać pazury i nie boi się zabijać. Może jest słodkim smokiem, który lubi pieszczoty, lecz naprawdę się tego nie boi.
Lubi: Zgodę, inne wilki, swoje umiejętności
Nie lubi: Kłótni, walki o rzeczy nieistotne, wody
Żywioł: Ziemia
Moce: Skała obrony - ta moc daje obronę przed przeciwnikiem i dodatkowo wyrzucanie kilka kul ziemi z paszczy naraz
***
Stadium: Jajo
Poziom: 0
Umiejętności: | Atak: 0 | Polowanie: 0 |
Zbroja: Brak
Historia: Pojawił się na świecie, jako jajo. Matka wysiadywała go, lecz on wykluwał się najdłużej. Jego bracia i siostry bawiły się, a on dalej nie wykluł się z jaja. W krótce Decron odbył walkę z jego rodzicielką i wilk wygrał. Zabrał jajo i dzisiaj się nim opiekuje. Nigdy nie zobaczy swojego rodzeństwa a tym bardziej matki, lecz ma kochającego go właściciela.
Właściciel: Decron

Od Decron'a - Smocze zadanie [Quest #5]

Ruszyłem do kuchni by przyszykować swoje dzisiejsze śniadanie. Otrzepałem się z kurzu po tej nocy i podszedłem do mięsa, które zostawiłem wczoraj byle gdzie, gdyż byłem zmęczony. Przełożyłem mięso w kąt i zabrałem się za jedzenie. Później wyszedłem na spacer. Przechadzając się to tu, to tam napotkałem parę Alfa. 
- Decronie, mamy dla ciebie wyzwanie, jak i również prezent od nas, na spóźnione urodziny. - wyjaśnił Flash i mówił dalej. - Musisz zabić smoka, a jajo... Przynieś nam.
- Zgoda, przyjmuję wyzwanie. - rzekłem. - Gdzie szukać tego smoka?
-Smoki są na różnych terenach, poszukaj. Aha, proszę, by to był Smok Ziemi. - odpowiedział a ja odszedłem. 
- *Smok Ziemi? Po co w ogóle Alfom jego jajo? Może chcą z niego ugotować zupę, czy coś...* -pomyślałem nie znając się na gotowaniu, po czym dowiedziałem się, do czego zmierzają dowódcy. -*Chcą żebym przygarnął jajo. Dobra... Jajo w domu... brzmi nieźle...* - pomyślałem ponownie i zacząłem szukać smoków. Skończony usiadłem na trawie. Odnalezienie ich jest strasznie trudne. Nagle, zauważyłem małego smoka. Wyglądał jak Smok Ziemi! Nie myliłem się co do tego, więc ruszyłem za maluchem. On zaprowadził mnie pod jaskinię, a w jaskini... Jego mamuśka nie była już taka słodka, jak on. Były też inne smoki, lecz zostało jedno jajo, z którego nic się jeszcze nie wylęgło. -*Raz kozie śmierć...* - pomyślałem i podszedłem do bestii. Ta szybko popatrzyła na mnie i zbliżyła do mnie swój pysk. Jej oddech był odrażający. Ryknęła plując przy tym na mnie, a ja przetarłem pysk łapą i zmrużyłem oczy. Uderzyłem matkę smoków i jednego jaja, a ta ryknęła głośniej, ze złości. Uderzyła mnie i zaczęła biec w moją stronę. Ja szybko wstałem, i w ostatniej sekundzie uniknąłem ciosu ogonem. Skoczyłem na smoka i próbowałem wbić sztylet w jego grzbiet. Niestety, okazało się, że ma pancerz, a byle sztylet go nie przebije. Musiałem uderzyć w brzuch, lub w gardło. Gdy się zastanawiałem, zapomniałem uniknąć rozwścieczonego ogona przeciwnika i upadłem. Warknąłem z bólu i nienawiści do zwierzęcia. Chciałem walczyć tak długo, aż moje zwycięstwo nie zostanie potwierdzone przez krew, która będzie tryskała na wszystkie strony, by zdobyć to jajo. Podniosłem się na chwiejnych łapach i patrzyłem na zwierzę. To zaczęło również się na mnie gapić, po czym zaczęło biec w moją stronę, by stratować mnie. Ja w ostatniej chwili odsunąłem się, a wkrótce smok uderzył o ścianę jaskini upadając. Ryknął a wydawało się, że to buczenie z horroru. Zaśmiałem się cicho, a przeciwniczka wstała. Podeszła do mnie i chciała zamachnąć się na mnie pazurami, lecz ja, wiedziałem, co robić. Odciąłem szybko łapę i skoczyłem na szyję. Szybko podciąłem gardziel bestii, a ta upadła ponownie. Małe smoczki wyleciały z jaskini, a ja upaprany we krwi napisałem na ścianie. "Bestia została pokonana. Nie szukajcie ich tu więcej, gdyż rodzinne więzy zostały zerwane, żaden już tu nie wróci.". Gdy skończyłem bazgrać wziąłem jajo i przytuliłem. Nie wiem dlaczego, coś mnie tchnęło. To miał byś przecież mój przyjaciel na całe życie... Zdjąłem z siebie torbę i szybko wyjąłem koc. Otuliłem jajo kocem i to włożyłem do torby. Założyłem torbę i wyszedłem z jaskini. Wolnym krokiem poszedłem do Kanionu Samotnej Gwiazdy i zapukałem w ścianę jaskini. Otworzyła Star.
- Witaj Decron'ie. Co cię tu sprowadza?
- Ja... - zacząłem, myśląc o tym, co jeśli Alfy chciały mieć to jajo i zabiorą mi smoka? - Ja przyszedłem z jajem. - wydusiłem z siebie.
- Och, Flash! - zawołała swojego partnera. - Mógłbyś na chwilę?
- Naturalnie. - usłyszałem i po chwili ujrzałem basiora.
- Zdobyłem to jajo... Które kazano mi przynieść... a przed tym zabiłem smoka. - powiedziałem patrząc na parę, to na jednego wilka, to na drugiego. 
- Zatem to jest twój prezent, opiekuj się jajem dobrze, a wyrośnie z niego porządny pomocnik, miej go na oku, wiesz, żeby nic mu nie było. - mówiąc to mrugnął. Pożegnaliśmy się, a ja nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu, dlatego też całą drogę do domu szedłem z uśmiechem na pysku. Wszedłem do jaskini i ucieszyłem się. Spojrzałem na miejsce, gdzie leżało moje legowisko. Zrobiłem smokowi trochę dalej małe gniazdo, na razie, gdyż będzie on na pewno wielki, ale dobuduje się mu kiedyś, prawda? Wyciągnąłem jajo z torby i położyłem je w kocu na swoje miejsce. Trzeba teraz było dać mu jakieś imię...
- Co powiesz na...Szpon? - spytałem na wpół sam siebie, na wpół jaja. Jajo poruszyło się na znak, że podoba mu się to imię. - Dobrze, od dzisiaj jesteś Szponem. - dodałem. Później położyłem się i zasnąłem. Jajo chyba również, bo nie usłyszałem już żadnego stukania...

Od Decron'a - Herakef [Quest #4]

Jak zwykle budząc się wskoczyłem pod natrysk i zajrzałem do spiżarni. Była pusta, więc pierwszym moim głównym celem było napełnienie jej. Wyruszyłem na teren łowiecki, który był najbliższy mojego mieszkania i zacząłem wychwytywać zapachy, a łatwiej - węszyć. Po kilku minutach ujrzałem stado... Jednorożców. Nie zamierzałem polować na te zwierzęta, były piękne. Zbliżyłem się do stada, a jeden z koni wydał z siebie ostrzeżenie dla innych koni. 
- Nie, nie... Nie bójcie się mnie... - powiedziałem spokojnie nie oczekując odpowiedzi, bo i tak bym jej nie otrzymał. Najodważniejszy z nich, przywódca, zbliżył się do mnie. Wydał z siebie ciche rżenie i zawrócił. Przechyliłem głowę na bok. Nie rozumiałem końskiej mowy. Konie zaczęły machać rogami nerwowo. Nagle poczułem drżenie ziemi. Spoglądnąłem za siebie i ujrzałem tam... dziwne stworzenie. Był nim ogromny, długi wąż, zwany Herakefem. Miałem księgę, spis terenów i zwierząt poszczególnych Watah, stąd wiedziałem jak się nazywa ów stwór. Otworzył swoją paszczę i kiedy chciał kłapnąć swoimi długimi zębami, tym samym chwytając jednorożca, skoczyłem na jego pysk. On zaczął nim machać.
- Co ty tu robisz?! Nie powinieneś być na Toxycznych Bagnach?! - darłem się do mutanta, który chyba nie lubił niechcianych gości na swoim pysku. - Aha... rozumiem... jednorożce.
Zwierzę przestało. Za to oblizało się, jak gdyby rozumiało każde me słowo. Nie wiedziałem, że tak jest. Zrozumiało słowo "jednorożec" i zaczęło oglądać się po koniach, które zaczęły się cofać. Herakef ryknął i zrzucił mnie z siebie. Zaczął mnie wąchać, a ja drgnąłem, kiedy to zrobił. 
- E! - krzyknąłem i odepchnąłem go od siebie. Nie zauważyłem, że jednorożce już dawno uciekły. - Przestań mnie wąchać, stworze o kłach jak komoda. - wycedziłem przez zęby, a stwór miał to gdzieś i nie przestał. Dlatego też klapnąłem go w polik. -Powiedziałem przestań!
Stwór podniósł głowę i wbił swój kieł w mój bok. Rana zaczęła krwawić. Wiedziałem, że mógł mnie zabić, lecz na szczęście wbił we nie jeden kieł. Jęknąłem cicho i spadłem na ziemię. Zemdlałem, także nie widziałem kolei następnych zdarzeń.

***Godzinę później***

Ocknąłem się i poczułem, że coś mnie niesie. Popatrzyłem na to "coś" i ujrzałem pegaza. Jednak nie stąpaliśmy po ziemi, lecz lecieliśmy. 
- Och...Co jest? - spytałem sam siebie. Ujrzałem swoją jaskinię. - Mógłbyś polecieć tam? -skierowałem te słowa do konia. On nie zmienił kierunku lotu, gdyż zaniósł mnie prosto do lecznicy. Tam mnie zostawił i zapukał kopytem do jaskini, po czym odleciał. Otworzył Demon. 
- Makko! Mamy poważnie rannego! Wygląda, jakby nadział się na jakiś kolec, czy coś w tym stylu. - wyjaśnił. Nagle w wejściu do jaskini pojawiła się Makka.
- No to na co czekamy? Trzeba mu pomóc. - odpowiedziała.- Raz, dwa, trzy. - dodała i podniosła mnie z Demonem. Zabrali mnie do lecznicy, a przed tym zauważyłem w oddali głowę jaszczura, który prawie mnie zabił. Patrzyłem z nienawiścią za znikającym zwierzęciem.
- Połóż głowę. - nakazał Demon.-Musimy współpracować, jeśli mamy cię uleczyć.
- Nic mi nie jest! - krzyknąłem i wyrwałem środek odkażający i bandaż z łap Demona. Nalałem sobie wszystko na ranę, patrząc, jak na ranie tworzy się piana, która szczypała jak nie wiem... Docisnąłem sobie bandaż i kiedy było gotowe, odezwała się Makka.
- Daj drugi bandaż! - powiedziała, a Demon podał mi materiał. Owinąłem go wokół siebie i założyłem moją bluzę. Zeskoczyłem z kamienia i nagle poczułem ból. Prawie upadłem, ale Makka potrzymała mnie.
- Zapomniałam ci powiedzieć: nie możesz polować i skakać aż się nie zagoi. Będziesz musiał jeść tylko wtedy, kiedy Wataha wspólnie coś upoluje i będą posiłki w Watasze. No... przynajmniej do jakiegoś czasu. - wyjaśniła a ja popatrzyłem na nią.
- A ile mniej więcej? - spytałem z nadzieją.
- Przez...przez dwa tygodnie. - odpowiedziała. 
- No, zmykaj już, mamy jeszcze wiele pacjentów, leż i odpoczywaj. - dodał Demon, a ja wyszedłem wolnym krokiem z jaskini. Minąłem kilka wilków, które niecierpliwiły się, gdyż były pacjentami. Dziwne, przedtem, kiedy zabierano mnie do lecznicy, nikogo tu nie było. Ruszyłem w stronę swojego mieszkania i nagle po kilometrze stanąłem. Znów usłyszałem ten ryk. To było dość straszne... Czy ten stwór mnie prześladował? Czemu? Już zrobił mi ranę, choć tylko za niebolesne uderzenie. Nagle kiedy znów ruszyłem trochę speszony, on, Herakef, zagrodził mi drogę. Obszedłem go i wzleciałem do góry, gdyż przedtem miałem skrzydła schowane pod skórą. Poleciałem najwyżej, jak mogłem, gdyż wyżej ciśnienie rozwaliłoby mnie. Myślałem, że wąż nic mi już nie zrobi, lecz on tylko swobodnie podniósł głowę, a był na wysokości tej samej, co ja. Przełknąłem ślinę i przestałem machać skrzydłami. Zacząłem spadać, a dwa centymetry nad ziemią rozłożyłem je ponownie robiąc przy tym przewrotkę w powietrzu i lecąc tak, jak najszybciej potrafię. Herakef uznał to za zabawę i zaczął za mną pełznąć. Leciałem jeszcze szybciej, po czym schowałem skrzydła pod skórę, a sam teleportowałem się...Właśnie! Jak mogłem być tak głupi? Stanąłem przed nim.
- Chcesz się pobawić? Złap mnie. - rzekłem do zwierzęcia, a to chciało dotknąć mnie swoją paszczą. Ja teleportowałem się w inne miejsce i robiłem tak ciągle, wciąż nie czując zmęczenia. Zwierzę upadło wykończone już po trzech godzinach takiej bieganiny, a ja wciąż tryskałem energią. W końcu przestałem i podszedłem do zwierzęcia. To patrzyło na mnie przez chwilę po czym zaczęło ryczeć. Teleportowałem się w "moje miejsce", przez co nie wiedziałem, co dalej się stało. Obmyśliłem plan, jak przenieść tego mutanta na jego teren, czyli Toxyczne Bagna. Teleportowałem się z powrotem do świata i zauważyłem, że gigant odchodzi. Jednak... Moje szczęście nie trwało zbyt długo... Obrócił się i mnie zauważył. -*Cholera* - pomyślałem. Co prawda lubiłem zwierzęta, ale nie jakieś hybrydy mutanty... Tego było za wiele. - Goń mnie! - wydarłem się na cały głos, a Herakef zaczął mnie gonić. Biegłem na Toxyczne Bagna, z duszą na ramieniu i sercu przy gardle, lecz nie zmieniałem kierunku biegu. Kiedy wbiegłem już na teren Bagien, on zatrzymał się. 
- No chodź. Boisz się jakiegoś terenu na którym żyjesz? - zapytałem unosząc brwi. Wyraz jego pyska mówił "Nie bądź taki pewny siebie...", lecz nie zważałem na to.
- Słuchaj, ty... nie wiem nawet, czym jesteś, wiem tylko, że twoja nazwa to Herakef, ale słuchaj teraz uważnie: jeśli tu nie wejdziesz, nie wejdziesz tu nigdy, ale jednorożce zostaną gdzieś ukrywane. Więc...? - powiedziałem patrząc na niego a moje brwi uniosły się jeszcze bardziej, a wiatr rozwiał mój kaptur. Ten nagle odczepił się od bluzy i poleciał w górę. Kiedy próbowałem się wzbić w powietrze, nic. Spróbowałem kolejny raz, nic. Zaplątałem się o jakąś roślinę, która nie chciała puścić. Zakląłem cicho, a Herakef złapał materiał lecący ku niebu. Położył go przede mną, a ja trzymałem go łapą, by kolejny raz nie zwiał. Dopiero wtedy roślina rozluźniła swoje szczęki, gdyż był to okaz... Dziwaczny... Coś podobnego do rosiczki, a zwierzę wróciło na swój teren. Ja ruszyłem w kierunku swojej jaskini, lecz ciekawiło mnie coś jeszcze... Staliśmy na krawędzi terenów Watahy Krwawego Wzgórza, kiedy wokół mnie były jednorogie konie... Ale... gdzie one uciekły? Postanowiłem ich poszukać. Bez powiadomienia o tym kogokolwiek, wyniosłem się z terenów Watahy. Zacząłem ich szukać. Od razu nie mogę ich znaleźć, to jest pewne, ale... Jak daleko mogły pobiec takie konie? Mogą być teraz wszędzie. A jak przeszły do innego świata, o którym opowiadali mi bliscy, że tam jest ciepło... Zacząłem szukać szybciej i, o dziwo, znalazłem ślady. Pobiegłem za resztą tych śladów i ujrzałem stadko jednorożców. One zarżały i podbiegły do mnie, lecz nie pewnie. 
- Witajcie... Nie bójcie się, Herakef już odszedł... - wyjaśniłem koniom i poprowadziłem je na tereny Watahy. Przeszliśmy na około od Toxycznych Bagien, by ten znowu ich nie wyczuł. Po chwili te piękne zwierzęta już pasły się na łące, a ja i inne wilki, przychodzące tu na spacer lub polowanie mogliśmy je podziwiać. Uśmiechnąłem się pod nosem, prawie nie widzialnie, lecz konie, które pasły się obok, z pewnością to zauważyły...

Od Decron'a - Wiersz na pocieszenie [Quest #3]

Kiedy jesteś zły,
Kiedy szczerzysz kły, 
Opanuj szybko się,
w końcu też uśmiechnij się!
Nie warto jest być złym,
kiedy ma się przyjaciela, 
który pomoże w tym złym i dobrym,
Dlatego odpłyń w marzenia,
policz do trzech:
raz, dwa trzy...

Od Decron'a - Zapoznawanie się z watahą [Quest #2]

Decron obudził się wcześnie rano, by coś zjeść. Jednak jego zapasy w spiżarni były puste. Dlatego też wyruszył na polowanie. Tam przez pół godziny węszył za zdobyczą, a kiedy już ją ujrzał, rzucił się na spłoszone zwierzę. To zaczęło wierzgać i kopać, ale wilk nie zamierzał się poddać. Szybkim ruchem przejechał zębami po gardle zwierzęcia i zobaczył tylko jak jego przestraszone oczy zamykają się. Ucieszył się ze swojej zdobyczy, która miała mu starczyć przynajmniej na trzy dni i zaciągnął ją do swojej jaskini. Później do spiżarni i odgryzł kawałek. Kiedy pożarł swoje śniadanie ruszył na zwiedzanie terenów. Zaczął padać śnieg, a młody wilk zauważył bawiącą się w nim Sheirę. Ta popatrzyła na niego i ruszyła w jego kierunku.
- Cześć, jestem Sheira. - powiedziała. - A ty? Jak masz na imię?
- Decron. - burknął w jej stronę i przeszedł obok. 
- Hej! Czemu idziesz? - spytała i dogoniła odchodzącego basiora. 
- Uwierz mi, nie zwiedziłem wszystkich terenów tej Watahy, daj mi spokój. - odparł i przyspieszył kroku.
- Idę z tobą! - rzuciła stanowczo i pewnie wadera i jak powiedziała tak zrobiła. 
- *Czemu każdy wilk chce się ze mną przyjaźnić? To denerwujące...* - pomyślał Decron i nawet nie odwracał się w stronę wilczycy idącej obok. Ona próbowała chociaż nawiązać z nim krótką rozmowę, ale on zawsze odpowiadał jej warcząc przy tym. - Możesz iść w ciszy? Wkurza mnie to, że ty odzywasz się do mnie prawie co chwilę. Możesz iść, ale z zamkniętym pyskiem. - rzucił i zapadła cisza. Sheira nagle stanęła i zawróciła, nie szła dalej z Decron'em, który wcale się za nią nie oglądał. Uśmiechnął się tylko, że wreszcie może dalej iść sam. Jego radość nie trwała długo. Zauważył Crystal, która uśmiechnęła się do niego. Jego uśmiech zszedł z twarzy, a wilczyca podeszła.
- Kim jesteś? - spytała. - Ja jestem Crystal.
- A co cię to obchodzi? - odparł wilk.
- Jestem członkiem tej Watahy. Chcę też poznać inne wilki. - odparła. - Więc...?
- Decron, wszystkie wilki mnie o to pytają. - warknął. - Ty też chcesz iść ze mną na zwiedzanie terenów? - dodał uszczypliwie.
- Chętnie. - odparła wadera nie widząc w tym błędu. Decron westchnął i ruszył przed siebie. 
- *Jednak Crystal nie jest taka rozgadana. Całe szczęście.* - pomyślał i popatrzył na jezioro, które było całe zamarznięte. - *Ładne.* - uznał w myślach.
- Tak, piękne. - odpowiedziała Crystal.
- Czytałaś w moich myślach? - spytał lodowatym głosem.
- Może. - rzekła.
- Morze jest szerokie i głębokie. A poza tym, nie wiesz, że nie wolno czytać innym wilkom w myślach?- Ona nic nie odpowiedziała tylko popatrzyła na Decron'a. On ruszył na przód i ostrzegł waderę za pomocą telepatii. - *Nie próbuj czytać mi w myślach.*
- *No dobra...*
Nagle zaczął biec. Zgubił Crystal. Wspiął się na drzewo, a ona nie zauważyła go, kiedy schował się w liściach. Odetchnął z ulgą. Ruszył później w stronę swojej jaskini i tam siedział wykończony. Nagle Crystal weszła do jego jaskini.
- Zostawiłeś mnie tam. - rzekła. - Dlaczego?
- Bo jestem zmęczony. Wyjdź stąd. - Warknął a wilczyca wyszła. Później położył się i zasnął głębokim, smacznym snem...

Od Blue Rose - C.D. Zain'a ''Na granicy''


Popatrzyłam na nowo poznanego wilka, upewniając się, że nadąża. Stawiałam dość szybkie kroki, a on jakoś mnie doganiał.
- Ech, Blue, możesz iść wolniej? Nie chodzi o mnie, ale o nią, o Sheirę... Ma bardzo głęboką ranę, proszę. - spytał patrząc na mnie. Ja stanęłam jak wryta i odwróciłam się, uważając przy tym, by wilczyca którą niosłam, nie spadła z mego grzbietu.
- Oczywiście. - odparłam. - Przepraszam.
Zaczęłam iść spacerem i podziwiałam widoki. Mijaliśmy ośnieżone łąki, lasy i bagna. Wciągnęłam powietrze i wypuściłam je ze świstem.
- Pomóc? - spytał wilk podchodząc do mnie bliżej.
- Jak chcesz. - odpowiedziałam krótko. Na to wilk kiwnął głową i na swój grzbiet położył głowę, szyję i klatkę piersiową Sheiry, natomiast ja niosłam grzbiet. Jej skrzydła są naprawdę ciężkie, jestem pewna że jest niezwykle silną waderą. Po jakimś czasie dotarliśmy do jaskini Demona, medyka.
- Proszę, Demonie, pomóż jej... - wyszeptał Zain przez łzy.
- Zrobię co w mojej mocy. Wy możecie już tylko czekać... - odparł. Ja i basior usiedliśmy pod drzewem i patrzyliśmy za wchodzącym do jaskini Demonem, który zabrał również Sheirę do środka. 
- Blue?
- Tak, Zain?

<Zain? ;3>

niedziela, 13 września 2015

Od Decron'a - Co działo się przed...? [Quest #1], cz. 3


Biegłem przed siebie nie zbaczając z wyznaczonej trasy. Nagle zrobiłem się głodny. Oblizałem się ze smakiem, na myśl o rozpływającym się w pysku mięsie sarny, czy lepiej, karibu. Te zwierzęta, były moimi ulubionymi. Zawsze polowałem w stadzie, a teraz miałem okazję sprawdzić swoje umiejętności łowieckie i upolować samodzielnie wielkie karibu. Wszedłem na teren tych zwierząt i od razu poczułem zapach, który wydzielały. Kierowałem się w stronę, z której zapach stawał się silniejszy. Nagle oderwałem nos od ziemi, gdyż oto przede mną pasło się stado karibu. Postanowiłem, że na pierwszy raz upoluję młodą samicę. Schowałem swoje sztylety, bo muszą tu pracować pazury i kły, nie one. Zacząłem się skradać i kiedy wyznaczyłem cel, skoczyłem. Zwierzę zaczęło kopać. Było trudniej, niż myślałem. Nagle dostałem kopytem. Uderzyłem w drzewo i zsunąłem się po nim, zostawiając ślad krwi na ostrej korze. Syknąłem z bólu. Nie miałem siły się podnieść. 

***Kilka godzin później***

Obudziłem się, a stado karibu dalej się koło mnie pasło. 
- *No dobra, móc albo przemóc.* - pomyślałem i spróbowałem ponownie. Wskoczyłem na karibu i wgryzłem się w jego, a właściwie jej kark. Zwierzę ryknęło i upadło. Reszta stada uciekła. Zawyłem nad zdobyczą i zacząłem jeść. Resztę schowałem do torby, gdzie nie zostało już mięsa, lecz tylko jagody i ryby. Teraz będę miał trochę czegoś lepszego, od tego, co już miałem. Aczkolwiek łyknąłem trochę jagód i ruszyłem dalej. Niedaleko ujrzałem małego kojota. Leżał i dygotał z zimna. Niestety był to jego jedyny znak życia. Prawie zamarzł. Zrobiło mi się go żal... Wziąłem koc, który miałem w drugiej torbie i owinąłem malucha. Jedzenie przełożyłem do tamtej torby, gdzie był koc, a kojota do tej, gdzie było jedzenie, by go widzieć, gdyż tamtej torby prawie nie widziałem. Po około godzinie on obudził się. Nie poczułem tego, kiedy się poruszył.
- Niewygodnie mi. - usłyszałem szept. - Mogę się przekręcić?
- Naturalnie. - odparłem. - Mogę wiedzieć, jak masz na imię?
- Ja... Ja nie mogę ci powiedzieć. Mama powiedziała, że nie mogę. 
Nagle przypomniało mi się coś. Że widziałem zamarzniętą samicę kojota.
- Twoja mama nie żyje.
- Jak to? - szepnął, a kiedy na niego spojrzałem, miał łzy w oczach. Później płakał. Kiedy zrobiło się ciepło, zrobiłem przerwę od wędrówki. Zdjąłem torby. Zapomniałem założyć sztyletów. 
- *Zaraz...Czy ja je przełożyłem?* - Szybko spojrzałem na kojota, a ten bawił się jednym sztyletem. - Zostaw to! Nie możesz się tym bawić! - krzyknąłem, wyrywając mu sztylet i sięgając drugi.
- Dlaczego nie?
- To jest ostre, nie widzisz? - powiedziałem. - Słuchaj, powiedz mi, jak masz na imię. Pomaganie komuś, kogo nawet imienia nie znam, jest dla mnie dziwne.
- Mam na imię Nick. - odpowiedział. Później wyciągnąłem kawałek mięsa i podzieliliśmy się nim. Po skończonym posiłku, mały powiedział, że chce iść sam. Zgodziłem się na to, choć wiedziałem, że prędzej czy później, będzie chciał wrócić do swojego ciepłego "gniazdka". Nie myliłem się. Pobawił się chwilę w śniegu i narzekał, że jest mu zimno w łapki i że chce wtulić się w koc. Położyłem się, a on wgramolił się do środka. Szliśmy dalej i nastała noc. Mały spał, a ja zdjąłem torby i usiadłem na klifie. Lekki podmuch wiatru rozwiał mój kaptur powodując, że ten spadł. Poprawiłem go i usłyszałem trzask gałęzi. Odwróciłem się energicznie i zauważyłem, że jakiś wilk próbuje porwać śpiącego Nicka. Naskoczyłem na niego i odepchnąłem od śpiącego dzieciaka. 
- Co ty na dziecko napadasz? - warknąłem.
- A czemu by nie? Przecież jest taki bezbronny, idealny na przekąskę. - odparł wilk.
- Zostaw go. - wilk bez słowa rzucił się na mnie, a ja ugryzłem go w łapę. Nagle obudził się Nick.
- Mały, rzuć mi sztylety! - krzyknąłem, a kojot wykonał to polecenie. Złapałem je i założyłem. Wbiłem je wilkowi w brzuch, patrząc jak kona. Upaprany krwią wróciłem do podopiecznego. Później umyłem się z krwi. Tak minęło jeszcze wiele, wiele miesięcy i kiedy Nick był dorosły rozstaliśmy się. Później chodząc odkryłem teren Watahy. Wtedy poczułem, że zaczyna się dla mnie nowe życie...

sobota, 5 września 2015

Wintry odchodzi z watahy!

Wintry odchodzi.
~
Kontakt z właścicielem wilka: | Howrse: Kaloszówka |
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Piastowane stanowiska: Morderca do zadań specjalnych, samiec epsilon
Data dołączenia: 14 czerwiec 2015
Data odejścia: 5 wrzesień 2015
Imię partnera: Brak
Ilość szans na powrót: Dwie
KLIKNIJ, ABY ZOBACZYĆ PEŁNY PROFIL
~
Żegnaj!