niedziela, 12 kwietnia 2015

George - profil wilka

Imię: George [pseudonim sceniczny: Johnny 3 Tears]
Płeć: Samiec
Wiek: 6 lat
Hierarchia: Omega
Stanowisko: Tłumacz
Głos: Hollywood Undead [Johny 3 Tears]
Cechy charakteru: George jest wilkiem, którego źle oceniają; po jego stylu bycia, po muzyce jaką reprezentuje, często nawet po głosie. Większość ma go za wilka niesamowicie wrednego, przesadnie agresywnego i kierującego się żądzą zniszczenia. Jakże mylące są te przypuszczenia! Owszem, Johnny nigdy nie ukrywa swojej natury gangstera i potrafi być zagrożeniem, jednak na co dzień - to bardzo sympatyczny i wesoły wilk, który uwielbia obracać się w towarzystwie swoich przyjaciół. Nikomu nie odmawia pomocy, jest rozmowny i chętnie zawiera nowe znajomości, ale nie traktuje jak przyjaciela pierwszego z brzegu wilka: stosuje on dziwną zasadę "prób", potrzebuje lat aby uznać kogoś za przyjaciela, więc jeśli wydaje Ci się, że znasz przyjacielskiego, pomocnego i oddanego wilka jakim jest George, poczekaj aż się z nim zaprzyjaźnisz. Cechuje się ogromną lojalnością i szczerością, co z resztą widać po jego sposobie odnoszenia się do pozostałych członków jego zespołu. Jest bardzo opiekuńczy, uwielbia dzieci i do każdego szczenięcia podchodzi z ogromną ostrożnością i szerokim uśmiechem na pysku. Uwielbia alkohol i zdarza się mu przesadzić z piciem, jednak te uzależnienia gasną w świetle jego Paczki - to za Nich, za swych przyjaciół - zrobiłby wszystko. Oddałby życie, byleby ocalić osoby, które są tak bliskie jego sercu. Lubi drażnić się z innymi, często to on jest pośrednikiem między... "Sektą HU" a "Światem zewnętrznym" - tak, cały Zespół powie Ci jedno; ,,Jeśli chcesz coś załatwić - kieruj się do George'a". Jest marzycielem, szuka dobra w każdej istocie, jednak szybko traci cierpliwość: Choć zwykle ma nerwy ze stali, szczerze nienawidzi zakochanych w sobie wader i wilków, które myślą, że mogą robić co im się żywnie podoba: kiedy raz obierze cel, nic ani nikt temu nie zaradzi, wyniszczy nadmierną pewność siebie w kilku groźnych ciosach. Raz na jakiś czas, miewa takie dni, kiedy rany po stracie rodziny ponownie się otwierają a wówczas, wilk jakim jest Johnny 3 Tears odcina się od wszelkich istot i nikt nie chciałby widzieć go w stanie poważnej depresji jaką ciągle przeżywa. Nigdy nie kryje się ze swoimi emocjami; nie skrywa się za kamienną maską, tylko mówi co myśli, okazuje empatię i zrozumienie. I nigdy, ale to nigdy, nikogo nie odtrąca...
Cechy fizyczne: Głównym atutem George'a jest jego ogon, który traktuje jak dodatkową kończynę - mięśnie w ogonie Johnny'ego są bardzo dobrze rozwinięte, dzięki czemu wilk może użyć jej do złapania się jakiegoś przedmiotu, co więcej, jego ogon wyposażony jest w dwa rzędy ogromnych, szpiczastych kolców, które basior jest w stanie kryć pod skórą, oraz "wyciągać je" na zawołanie. Posiada on niezwykle długie pazury u tylnych łap, dzięki czemu jest zadać potężne rany cięte przy użyciu nóg. Jego siła to coś, czego pozazdrościć może nie jeden wilk; jest wytrzymały i zręczny. Skoczny i giętki, jednak na to tutaj kończą się zalety fizyczne George'a. Przez tak długie szpony nie jest w stanie stąpać cicho, co wyklucza go z kariery wzorowego szpiega. Nie jest też żadnym sprinterem - nigdy nie był zbyt szybki i tak już zostało. W ramach ciekawostki można dopowiedzieć, że zwykle porusza się nad ziemią; chwyta ogonem gałęzi drzew, półek skalnych i przerzuca się z jednego miejsca w drugie niczym małpka.
Znak szczególny: Niezwykle długi, puszysty ogon. Nigdy nie ścierające się pazury u tylnych łap.
Słaby punkt: Przez lata jego nadgarstki spotykały się z wymyślnymi ostrzami - nic dziwnego, że teraz to tamte okolice są najbardziej wrażliwe na ból. 
Boi się: Śmierci w odosobnieniu, straty przyjaciół
Waga: 52 kilogramy
Wzrost: 88 centymetrów
Najlepsi przyjaciele: Daniele, Jordan, Jorel, Dylan. (nadal wierzy w powrót Arona)
Kraj pochodzenia: Ameryka Północna, USA, California, Hollywood
LubiMuzykę, szczenięta, treningi, nocne wędrówki, roztropne wadery, przesiadywanie na drzewach, bliskość swych przyjaciół, motyle.
Nie lubi: BARDZO nie lubi wody, egoizmu, zuchwałości, rozpieszczonej młodzieży i tym podobnych cech

art by Anerris on dA
Żywioł: Temperatura, Pogoda, Czas, Muzyka
Moce: [11/20] Telepatia, telekineza, kiro oraz pirokineza (zmniejszenie/zwiększenie temperatury obiektu oraz własnego ciała [dzięki temu basior jest w stanie przetrwać w bryle lodu nawet przez tysiące lat]), inokineza (tworzenie nowych obiektów, zmienianie przestrzeni itp.), atmokineza (panowanie nad pogodą), witokineza (umiejętności samoleczenie, sterowanie szybkością starzenia się), regeneracja energii, podróże w czasie (wywoływanie zmian w czasoprzestrzeni), zdolność gry na instrumentach, modulacja głosu (wilk potrafi np. zaśpiewać/mówić czyimś głosem.)
Partner/ka: Szuka, szuka i szuka... pytanie, czy znajdzie?
RodziceValka i Sebho [nie żyją, nigdy nie należeli do Watahy]
PotomstwoZmarła córka Ava
Inna rodzina: Nie ma

art by Hioshiru on dA
Data dołączenia: 12 kwiecień 2015
Upomnienia: 0/3
Krwawe Pioruny: 150.000
Wykonane Questy: Brak
Poziom: 0
PD: | Ogólnie: 50 | Wykorzystano: 0 | Zostało: 50
Umiejętności: | Walka: 0 | Instynkt: 0 | Umysł: 0 | Polowanie: 0 |
Jaskinia: numer 38
Ekwipunek: Brak
Zbroja: Brak
Towarzysz: Brak
Historia Szczerze? Nie lubię mówić o stratach jakie odniosłem przed dołączeniem do Hollywood Undead; jednak zakończenie żywota bez opowiedzenia mojej historii wydaje mi się być nie na miejscu, więc przedstawię ją Wam już w niedalekiej przyszłości, moje dawne życie ściśle powiązane jest z łzami, motylami i straconą miłością, o której się dowiecie...
Inne zdjęcia: | Maska, w której występuje |
Kontakt z właścicielem wilka: | Howrse: DKK |

art by Anerris on dA

Od George'a - Jak tu dotarłem?

Ogromny, fioletowy ptak przysiadł właśnie w krzewach. Rozpiętość jego skrzydeł wynosiła grubo ponad trzy metry, a lotki z zewnętrznej strony skrzydeł połyskiwały różnymi odcieniami błękitu i turkusu. Ów stworzenie posiadało złotawy, zakrzywiony dziób, którego dolna płyta nieznacznie zachodziła na górną. Sama sylwetka przywodziła na myśl kraskę zwyczajną, choć, jak już wspomniałem - ptak ten cieszył się naprawdę sporą rozpiętością skrzydeł. Paciorkowate oczęta zdawały się rejestrować każdy mój ruch i każde drżenie najmniejszych listków. Wyciągnąłem łapę jednocześnie zwracając uszy w stronę ptaszka, aby uświadomić mu, iż nie stanowię zagrożenia. Białawe nóżki zgięły się, a ptak wyskoczył w moim kierunku. W momencie, gdy ptaszyna miała przysiąść na krańcu moich łap, jakiś ogromny czerwono-czarno-biały cień mignął mi przed oczami, sprzątając ze sobą niewinnego ptaka. 
Kiedy szarpnąłem głową na prawo aby dostrzec sprawcę, ujrzałem Jorela, który, z szatańskim uśmiechem, pożerał ptaka odrywając mu skrzydła.
- CO. TY. ROBISZ?! - ryknąłem twardo i rzuciłem się w odsieczy, która i tak, nie miała już celu.
- Jem śniadanie, chcesz trochę? - zaśmiał się, jakby nie widząc błędu w czynie, który właśnie popełnił. Warkotałem cicho, przeskakując z miejsca w miejsce. Danny, Jordan i Dylan udali się na polowanie, aby załatwić nam PRAWDZIWE śniadanie, zostawiając mnie z tą żywą bombą, sam na sam. Fakt: Jorel to mój przyjaciel, nie wiem, co bym ze sobą zrobił gdyby go zabrakło. Ale z drugiej strony, często obawiałem się tego wilka... i mimo, iż był dla mnie jak brat, nadal zdawałem sobie sprawę, że wystarczy jeden niewłaściwy ruch a z Jorela wylezie demon. Dosłownie. 
Przyglądałem się, jak długie, zakrzywione kły rozdzierają mięso mojego nowego znajomego. Jego mokry od krwi pysk pobłyskiwał w słońcu, a w wyraziście zielonych oczach migotała ekscytacja. Od dwóch dni nic nie jedliśmy, będąc w stałej drodze. Nic więc dziwnego, że J-Dog pozyskał taką satysfakcję z uśmiercenia ptaka. Westchnąłem po raz kolejny i ułożyłem się wygodnie w trawie. 
Zaledwie cztery dni temu, niebo przesłonione było gęstymi, szarymi chmurami, które co kilka godzin gorzko płakały, skazując nas na przymusową kąpiel. Dotychczas chłodny wiatr, w dzisiejszym dniu przemienił się w letni zefirek, słońce grzało przyjemnie, zatapiając wszystkie drzewa w swym złotym blasku. Na tle błękitu przemykały drobne obłoczki, a raz po raz, tuż nad moim pyskiem przelatywał jakiś motyl. Wysoka, zielona trawa kołysała się na wietrze w kojący sposób. Chcąc nie chcąc, robiłem się senny. W momencie, gdy moje powieki opadały, a mózg udawał się na odpoczynek, coś zaszemrało w krzewach. Gdyby nie złowrogi warkot jaki wydał z siebie mój kompan, uznałbym, że to po prostu chłopcy wrócili z łowów. Choć zapach należał do wilka, nie byli to moi przyjaciele. Podniosłem się i mrużąc oczy, dostrzegłem bieluteńką waderę, której liczne ogony wirowały w powietrzu. Jorel rzucił się w moją stronę, natychmiast przybierając złowrogą pozycję. Zanim zdążyłem zareagować, J-Dog rzucił się pędem w kierunku dużo mniejszej samicy.

< Nira? Taki szok... >

Od Aelity - Nowe dni

Szłam przez las nucąc pod nosem. Nucenie zmieniło się w śpiew. 
Mój śpiew było słychać w całym lesie. Nie ma co się dziwić, przecież ja kocham śpiewać. Nagle wpadłam na wilka. 
- Przepraszam.
Skuliłam uszy i spuściłam głowę. Było mi bardzo głupio. 
- Nic się nie stało. 
Po głosie domyśliłam się, że jest to basior. Spojrzałam na niego z za grzywki. Był on czarny z żółtymi znamionami, które przypominały pioruny. 
- Jak masz na imię, nieznajoma? - zapytał 
- Aelita, a ty ?
- Dylan. To ty śpiewałaś?
- Tak.
- Było to słychać w całym lesie. Wiesz?
- Domyślam się.
- Tak w ogóle, bardzo ładnie śpiewasz. 
- Dzięki. - Powiedziałam. - Nowy? 
- Tak, i wiem co powiesz.
- Niby co takiego?
- Że mnie oprowadzisz.
- Może tak, a może nie. - Uśmiechnęłam się. 

( Dylan? Sorry, że tak krótko :I )

Od Alice - C.D. opowiadania Jason'a ''Jak tu dotarłam?''

Patrzyłam przez chwilę na oddalającego się basiora. Po czym zwróciłam się do Alfy, który gestem zaprosił mnie do jaskini. W środku wypytał mnie o najmniejsze szczegóły. Rozpoczynając od mojej historii poprzez umiejętności a kończąc na wadach i słabych punktach. Wychodząc ujrzałam znajomego basiora, który przedstawił się jako Jason.
- Miło mi poznać. Ja jestem Alice. Cieszę się, że na mnie poczekałeś. Zwłaszcza, że teraz należymy do tej samej watahy. – dodałam z dumą.
- Gratulacje! 
- Jeśli nie masz żadnych planów to może się przejdziemy? Nie znam tu nikogo poza tobą… - Nie wiedziałam co basior pomyśli o mojej propozycji. Jednak uśmiechnął się do mnie przyjaźnie. 
-Jasne. Chętnie się przejdę. 
Po chwili wędrówki ujrzałam przed nami górę i zaczęłam biec.
- Dogonisz mnie? 
Dotarliśmy na górę śmiejąc się. 
- Szybki jesteś.
- Ty również. 
- Jason… Nie podziękowałam Ci za radę co do Alf. To wszystko jest dla mnie nowe i …
- Rozumiem. Nie ma sprawy.
Rozglądając się wokół zrozumiałam, że nie mam pojęcia gdzie jestem. Basior spostrzegł moje zakłopotanie.
- Coś nie tak? 
- Chyba będę miała do ciebie prośbę- powiedziałam lekko rumieniąc się.
- Jaką? - spytał ciekawy.
- Nie za bardzo wiem, gdzie powinnam się teraz udać. Może znasz jakieś miejsce w którym mogłabym się zatrzymać? 

<Jason? Poradzisz coś?>

sobota, 11 kwietnia 2015

Od Notte - Krew wspomnień

Kiedy zauważyłam, że Infinity poszła, dałam sobie spokój. Gdy zbliżała się noc, ułożyliśmy w rogu wielkiej sali liście. Jekyll zasnął, ale ja nie mogłam. Wyszłam na powierzchnie patrząc się w księżyc. Popatrzyłam na naszyjnik wiszący na mojej szyi. To było szklane oko, które dało się otworzyć. Nigdy tego nie zrobiłam. Powoli otworzyłam i małe zawiasy skrzypnęły. W środku było małe wykonane z rubinu serce. Wyjęłam je i położyłam na trawie. Zalśniło w świetle księżyca. Usłyszałam cichy szloch w głowie. Szybko zgarnęłam serce i przez nieuwagę skaleczyłam się. Moja łapa o dziwo strasznie krwawiła. Zawyłam. Emocje cisnęły mną o zimną ziemię. Łza spłynęła po moim czarnym futrze. Zaczęłam śpiewać.
Nie mogłam zapomnieć o śmierci całej mojej rodziny. Zaklinałam los za to, że zabrał mi całą rodzinę i wszystkich ludzi, którzy mu w tym pomogli. Włożyłam serce do szklanego oka i położyłam łeb przy wodzie. Zawyłam jeszcze raz smutno. Wróciłam do jaskini. Najwyraźniej obudziłam Jekylla, bo patrzył się na moje przepełnione łzami i goryczą oczy.

<Jekyll?>

Lacrime Ombra - profil wilka

Imię: Lacrime Ombra [włoski - płacz cienia / łzy cienia]
Płeć: Samiec
Wiek: 2 lata
Hierarchia: Omega
Stanowisko: Szpieg powietrzny
Głos: Skillet [John Cooper]
Cechy charakteru: Zachowuje się bardzo specyficznie. Po pierwsze nie ma co go atakować słownie, bo jest na to odporny. Co do cierpliwości to trochę inaczej choć nie brak mu jej. Szczery do bólu, wcale nie żałuje jak kogoś urazi. Bezwzględny, nie boi się z pozoru niczego. Zawsze broni przyjaciół.
Cechy fizyczne: Jest zwinny jak cień, którym jest jego ojciec, ale sam nim nie jest. Dobrze się wspina i lata, ale nie umie pływać i nie jest bardzo silny.
Znak szczególny:  "Krew" pod oczami i ogólnie malunki na całym pysku oraz puste spojrzenie czarnymi oczami.
Słaby punkt: Uszy
Boi się: Że jego ojciec zabierze go znów do niższych sfer i zabije Infinity
Waga: 50 kilogramów
Wzrost: 90 centymetrów
Najlepsi przyjaciele: Infinity
Kraj pochodzenia: Afryka, Egipt, podziemia piramidy Cheopsa
LubiNoc, księżyc, bieganie, latanie, ćwiczenie, cienie
Nie lubi: Swojego ojca, "kocha" wręcz opowieści o miłości, za pewnych siebie wilków, wilków, które myślą, że są najlepsze
***
Żywioł: Mrok, Świtało, Elektryczność, Czas
Moce: [6/20] Telepatia, kontrolowanie cieni, regeneracja ran, teleportacja, zabijanie prądem, podróż w czasie
Partner/ka: E tam. Która, by go pokochała?
RodziceOjciec Król cieni (prawdziwe imię jest nie znane nikomu, nawet mi choć jestem jego synem) matka Iluzja (martwa)
PotomstwoSzczeniaki? Zastanowię się.
Inna rodzina: Nie ma
***
Data dołączenia: 11 kwiecień 2015
Upomnienia: 0/3
Krwawe Pioruny: 150.000
Wykonane Questy: Brak
Poziom: 0
PD: | Ogólnie: 50 | Wykorzystano: 0 | Zostało: 50
Umiejętności: | Walka: 0 | Instynkt: 0 | Umysł: 0 | Polowanie: 0 |
Jaskinia: numer 39
Ekwipunek: Brak
Zbroja: Brak
Towarzysz: Brak
HistoriaUrodziłem się w jednym z najbardziej odgrodzonych od powierzchni miejsc świata. Mój ojciec był bardzo surowy i nie pozwalał mi się zadawać z wilkami z powierzchni. Ja nie słuchałem. Zamknął mnie w celi. Widziałem coś co napełniło mnie nadzieją i potrzebą ucieczki. Zobaczyłem małą samiczkę, którą desperacko prowadziła opiekunka małych cieni. Jednak ona była inna... To właśnie była Infinity. Nie wiedziałem wtedy o tym, ale zatrzymałem ojca przed zabiciem jej. Mianowicie SAM zacząłem z nim walczyć. To było głupie. Powalił mnie tylko na ziemię, a ja zacząłem krztusić się krwią. Uciekłem z piramidy Cheopsa, by ujrzeć światło dzienne. Po długiej ucieczce z Egiptu dotarłem do Azji. Tam spotkałem pewną waderę... Infinity. Ona wzbudziła we mnie ogień buntu w więzieniu i doprowadziła mnie do watahy. Zawdzięczam jej bardzo wiele, więc nie ma mocy, która zabiłaby ją w mojej obecności.
Kontakt z właścicielem wilka: | Howrse: Kaloszówka |

Od Lacrime ombry - Iluzja życia

Moje sklejone krwią oczy nie mogły się otworzyć. Krew właściwie pokryła też ściany korytarza. Moja cela miała urwane drzwi. Jednak to nie była wygrana... Mój siejący postrach ojciec prawie mnie zabił, ale byłem jego synem, więc mnie oszczędził. Po ciemnym korytarzu jeszcze błąkało się stłumione echo twardych kroków. Moje ciało przykrywała szkarłatna powłoka, która powoli ściekała. Próbowałem wstać. Usłyszałem cichy śmiech. Desperacko wstałem i kulawy na prawą łapę wybiegłem z mojego więzienia - mojego domu. To był morderczy bieg przez stłumione piaski pustyń egipskich. Oddech powoli uciekał razem z upałem. Ognista kula dalej nieubłaganie trzymała okolicę w swoich płomieniach. Zmęczony padłem pyskiem na gorący jak rozgrzany węgiel piasek. Nie zwracałem już uwagi na to, że moje futro prawie się pali. Przeklinałem ojca za to, że mnie nie zabił. Zamknąłem oczy czekając, aż umrę. Jednak coś mi się przypomniało... Ta mała wadera... Spojrzałem przed siebie. Chwiejnie wstałem i ruszyłem na przód. W końcu moje skrzydła były już zdolne mnie unieść. Wzleciałem do góry. Wolny jak ptak poleciałem ku zielonym terenom. Zanim dotarłem do Azji minęło dużo czasu.Odetchnąłem z ulgą. Stanąłem nad jeziorem i przejrzałem się w tafli wody. Zobaczyłem pod okiem krew. To była krew mojego ojca... Podczas walki ugryzłem go w kark. To było zaraz przed moją porażką. Odwróciłem się i popatrzyłem na okolicę. Zauważyłem, że biegnie jakaś znajoma mi wadera... To była ta sama samiczka dla, której się poświęciłem... Poznaliśmy się mniej więcej i ona zaczęła prowadzić mnie do watahy. Jednak po drodze ktoś do mnie strzelił. Mój lot został przerwany i upadłem na twardy grunt. Przejęta Infinity nie dopuściła do mej śmierci i rana zagoiła się. Znów ruszyliśmy przed siebie. Dotarliśmy w końcu do terenów Watahy Krwawego Wzgórza. Infinity zaprowadziła mnie do Alf i udało mi się dojść do watahy. Gdy szedłem do swojej nowej jaskini spotkałem jakiegoś basiora.

<Basiorze?>

piątek, 10 kwietnia 2015

Od Infinity - To tylko iluzja...

Wyszłam szybko ze świątyni gdy ci zasnęli. Szłam bez sensu po lesie. Skakałam po drzewach jak wiewiórka wypatrując kogoś. Nagle coś mnie popchnęło. Szybko obróciłam głowę. Zobaczyłam tylko czerwony ogon. Zawarczałam.
- Wyjdź z ukrycia tchórzu! - zero odpowiedzi.
Słyszałam dyszenie. Wilk chyba zwolnił krok. Już nie było widać, ani słychać, żeby biegł. Szłam między drzewami. Wskoczyłam na coś. 
- Mam cie! No kim jesteś?
Basior popatrzył na mnie pustymi oczodołami. Uśmiechnął się. Sam jego wygląd wzbudzał we mnie respekt, a jego obecność przyprawiała mnie o dreszcze.
- Król cieni?! - Wykrzyczałam odskakując.
- Ha... Nie. Jego syn.
- Nie zabijaj mnie... Proszę...
- Nie mam zamiaru cie zabić.
- Nie...?
- A co robi tu taka wadera? 
- Szlajam się po lesie.
- Czemu?
- Opuściłam tereny watahy i teraz szukam drogi powrotnej.
- Watahy? Czy mogę ci towarzyszyć?
- Tak. Ruszajmy więc.
Zaczęliśmy biec na przód. Biegliśmy i biegliśmy. Mijaliśmy lasy, góry, łąki, pola, jeziora... Drogę zagrodziło nam morze. Położyłam łapę na tafli wody. Za chwilę już stałam na tafli wody.
- Come on. Chodź. - powiedziałam patrząc się na basiora.
Skrzywił się. Podszedł do wody i postawił łapę. Ale nie na tafli wody tylko w wodzie.
- Nie jestem cieniem. Nie umiem chodzić po wodzie.
- Eh... To będziesz leciał. Umiesz?
- Owszem.
Wzbił się powietrze i zaskakująco szybko poleciał na przód.
- Zaczekaj! - krzyknęłam a wilk zatrzymał się.
Teraz przemieszczaliśmy się mniej więcej równo. Biegliśmy już trzy dni, a samiec potrzebował odpoczynku. Na szczęście zza mgły było już widać ląd. Przyspieszyłam. Nagle basior zaczął spadać. Rozłożył skrzydła a za nim ciągnęła się smuga krwi. Pobiegłam w miejsce jego upadku. Bardzo mocno krwawił. Przyłożyłam pysk do jego rany. Spojrzał na mnie. Wystawił język, by zaczerpnąć powietrza. Wyciągnęłam łuskę z pocisku, a samiec zawył krótko z bólu. 
- Będzie dobrze... Wszystko będzie dobrze. - wyszeptałam. 
Odkaszlnął krwią. Zerwałam kwiatka rosnącego blisko, bo zdawało mi się, że był leczniczy. Jego pyłek i kwiat ułożyłam na ranie wilka. Położyłam głowę na ranie i popatrzyłam nań. Uśmiechnął się. Zasnął, a ja krótko po nim. Gdy obudziliśmy się rano jego rana była zrośnięta. Wstałam leniwie się przeciągając. Wilk otworzył oczy czarne oczy rozglądając się po okolicy. Z trudem wstał. 
- Jak ty w ogóle masz na imię? Podróżuję z tobą już od około czterech dni i nie wiem jak masz na imię.
- Lacrime ombra. A ty moja droga? Jak ci na imię?
- Lacrime ombra? Ciekawie. Ja Infinity.
- Infinity? Znam to imię.
- Ojciec ci o mnie mówił. Prawda?
- Tak. Ale może zamiast mówić ruszajmy?
- Dobrze. Chodźmy. 
Ombra ruszył galopem, a ja za nim. Ku mojej uciesze było już widać Wzgórza należące do terenów watahy. Zatrzymałam się. 
- Ombra teraz musisz podjąć decyzje. Idziesz jeszcze ze mną chwilę i później pójdziesz inną drogą czy idziesz do końca i dołączasz do watahy.
- Idę do końca i dołączam.
- Nie wracasz do niższych sfer?
- Nie! Nigdy więcej! - obrócił się nerwowo i pokazał kły - Sorry, poniosło mnie.
- Dobra, to chodź. - pokazałam łbem ścieżkę.

Od Lucy - C.D. opowiadania Zoryi ''Spotkanie''

Leżałam obok Zoryi. Posłanie z miękkich krokusów pachniało ładnie. Słońce powoli znikało z widnokręgu, gubiąc ostatnie promienie.
- Zorya? - spytałam 
- Tak? 
- Czy kiedyś zastanawiałeś się co jest tam? - spytałam i podniosłam łapę wskazując miejsce, gdzie słońce stykało się z lądem. 
- Pewnie nieznane lądy, lasy, morza, pustynie. 
- Byłeś tam kiedyś? - spytałam zaciekawiona.
- Nie... urodziłem się w Kanadzie. Jest tam wiele lasów....
- Nie chcę być nachalna, ale... dlaczego opuściłeś to miejsce? 
- Ach.... wolałby, o tym nie mówić.
- Dobrze, a teraz patrz. - powiedziałam i podniosłam głowę do góry, to samo zrobił Zorya. - Co tam widzisz? 
- Księżyc i gwiazdy. - powiedział spokojnie. 
- Przyjrzyj się dokładnie, widzisz tą wielką gwiazdę? 
- Tak... pięknie świeci na firmamencie niebios. 
- To planeta Wenus, wiesz dlaczego chciałam ci to powiedzieć? 
- Niezbyt. - odpowiedział i spojrzał na mnie.
- Ponieważ ja... się w tobie zakochałam.

<Zoryi?>

Od Alone - C.D. opowiadania Jorel'a ''Szum wodospadu, czyli jak tu dotarłem''

   Gdy zwietrzyłam zapach mokrej sierści, całkiem niedaleko miejsca, w którym wówczas się znajdowałam, odruchowo rzuciłam się w stronę rzeki, gdyż wiedziałam, że na tym odcinku jest ona nieco bardziej wzburzona, niż normalnie, a momentami potrafi porwać wraz ze swoim nurtem ciężkiego, dorosłego basiora. Woń z każdym kolejnym krokiem, oddechem, czy też uderzeniem serca, stawała się coraz bardziej wyrazista. Warstwa wysokich, leśnych drzew, zaczęła ustępować mniejszym krzewom i innym roślinom należącym do warstwy podszytu. Nie wiedziałam, czy zastanę tam martwego wilka, o którego zadrapany pysk będą biły fale, czy też może silnego przeciwnika, który postanowi mnie zabić. Po kolejnych kilku metrach, mogłam już oszacować, że nie był to zapach jednego wilka, tylko kilku, pięciu bądź nawet sześciu. Przyspieszyłam tempa, a moje serce z każdą chwilą pompowało więcej krwi, nadążając za narzuconą prędkością. Wreszcie wypadłam z lasu i natychmiast stanęłam w miejscu, wodząc wzrokiem po okolicy, która nie wyglądała tak, jak wyglądać miała w zwyczaju, a tym bardziej jak wyglądać powinna. Wśród różnorakich zepsutych i zmasakrowanych instrumentów, dostrzegłam grupę wilków, prezentującą się dość groźnie. Kiedy złapaliśmy kontakt wzrokowy, byłam pewna, że za chwilę któryś z nich mnie zabije. Wtedy wyszedł jeden z nich, grzywka zasłaniała mu jedno oko, a łańcuch pobłyskiwał w promieniach wiosennego słońca. Cofnęłam się kilka kroków, kiedy spostrzegłam, że nie jest on przyjaźnie nastawiony, po czym zamknęłam oczy w nadziei, że któryś z jego przyjaciół mnie przed nim uratuje. Tak też się stało i przed niego wyskoczył inny wilk, czarny, posiadający fluorescencyjne, złote tatuaże na grzbiecie. 
 - Witaj. Czy możesz nam powiedzieć, gdzie jesteśmy? - Zapytał.
 - Na terytorium Watahy Krwawego Wzgórza. Nazywam się Alone i jestem jej członkinią. - Odpowiedziałam, zachowując się już dużo swobodniej. Tak, po tym jednym zdaniu, rozluźniłam się. Niestety, aż za bardzo. Dałam sobie chwilę luzu i w momencie moja ciemniejsza, znienawidzona, choć czasem przydatna strona, wzięła górę i zapanowała nade mną. Czekałam na kolejny ruch któregoś z basiorów.

< Jorel? Dylan? Wena mi zniknęła ;-; >